Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia



A A A

U krewnych w Ameryce

Rok 1952 złotymi zgłoskami zapisał się w dziejach archeologii. W roku tym dyscyplina Winckelmanna, Schliemanna i Petriego święciła swoje wielkie tryumfy. Najpierw pani Kathleen Kenyon wykopaliskami w Jerycho rozpoczęła nowy rozdział w dziejach archeologii biblijnej, a potem odkrycia posypały się już jak z rękawa: Max Mallowan, mąż słynnej Agathy Christie, znalazł w studni w Nimrud wspaniałą kolekcję asyryjskich wyrobów z kości słoniowej, a Michael Ventris złamał szyfr pisma linearnego B i tysiące tabliczek pokrytych niezrozumiałymi dotąd znakami przemówiło po... grecku. W tym samym roku wypróbowano również cudowny wynalazek prof. W.F. Libby'ego pozwalający określać wiek zabytków zawierających części organiczne na podstawie zawartości węgla radioaktywnego C-14. W tym tłumie wielkich wydarzeń i wspaniałych sukcesów prawie bez echa przeszły dwa mniejsze wydarzenia: pierwsze w Grecji, gdzie archeolog Papadimitrou odkrył w Mykenach nowy krąg grobów królewskich, drugie w Meksyku w miejscowości Palenque...

Jest więc rok 1952, jesteśmy w Meksyku u nasady półwyspu Jukatan, w dorzeczu rzeczki Usumacinto, w stanie Chiapas, w pobliżu Palenąue — małej osady, która swą wielką świetność przeżyła bardzo dawno temu, w czasach Majów, tzn. w VII—X wieku n.e.

Atrakcją turystyczną Palenque są cztery świątynie: Słońca, Krzyża, Krzyża Liściastego i Inskrypcji, przemyślny akwedukt, kanały przeciwpowodziowe i pałac z wieżą. Turyści lubiący fotografować się na stopniach piramidy, na której wznosi się Świątynia Inskrypcji, latem 1952 roku byli stamtąd grzecznie acz stanowczo przepędzani. Z wnętrza olbrzymiej budowli wynoszono gruz, wychodzili z niej ludzie w górniczych hełmach, zmęczeni jak po pracy w kopalni. Obserwując przez chwilę tę nerwową krzątaninę wokół piramidy łatwo można się zorientować, że najważniejszą osobą jest tu mężczyzna w średnim wieku z potężną latarką przewieszoną przez ramię, do którego współpracownicy zwracają się: Signor Ruz.

W lipcu 1952 roku robotnicy doktora Alberto Ru-za, odgrzebujący korytarz prowadzący w głąb budowli, osiągnęli względną głębokość 22 metrów poniżej platformy, na której stoi świątynia. W tym miejscu korytarz zakręca pod kątem prostym i kończy się ścianą kilka metrów grubą. Czyżby więc koniec przygody trwającej już trzy lata? Czy poza murem jest coś jeszcze?

Trzy dni trwa przebijanie się przez twardą ścianę z kamieni złączonych zaprawą wapienną, aż po drugiej stronie pokazuje się dalszy ciąg korytarza. Oddech ulgi. Robotnik, który pierwszy przecisnął się przez dziurę wybitą w murze, idzie dalej po omacku i... potyka się o kamienne naczynie wypełnione kośćmi sześciorga młodych ludzi. Napięcie rośnie. Nikt nie ma złudzeń, że przepastny korytarz nie został wymurowany tylko po to, aby pogrzebać tę szóstkę. Doktor Ruz przepuszczony przez robotników oświetla latarką dalszą część chodnika. Po chwili snop białego światła pada na trójkątną płytę, wysoką na 2 metry, która tkwi w bocznej ścianie tuż obok naczynia z kośćmi sześciorga „odźwiernych". Co kryje się za tymi kamiennymi drzwiami?

„W samo południe 15 lipca 1952 roku — wspomina tamten dzień signor Ruz — zdołaliśmy wysunąć ten kamień na tyle, aby człowiek mógł się wśliznąć do środka. Był to dla mnie moment emocji nie do opisania. Kiedy przecisnąłem się między murem a trójkątną płytą, znalazłem się w olbrzymiej komorze przypominającej jaskinę lodową; wokół wisiały sople stalaktytów, a ściany pokryte były kobiercami kalcytu narosłymi wskutek przeciekania wody w ciągu stuleci. Dodawało to jeszcze cudowności temu niesamowitemu miejscu, tak iż przez moment poczułem się jak przeniesiony w krainę baśni. Wśród wielkich kamiennych filarów podtrzymujących strop, zdawały się sunąć w bajkowej procesji postacie kapłanów. Kamienne słupy pokryte były siecią żółtawych żyłek, przez co wyglądały jakby je wykonano z polerowanego drewna. Prawie całą komorę wypełniał olbrzymi przedmiot o powierzchni około 8 metrów kwadratowych, pokryty reliefami — sądziliśmy wówczas, iż może to być ceremonialny ołtarz. Inskrypcje hieroglificzne wyryte na jego ścianach bocznych zdradzały wiek zabytku — początek VII wieku n.e. Aby się przekonać, co to takiego, postanowiłem wywiercić dwa otwory tuż przy podstawie. Po chwili pracy świder natrafił na pustkę — nasz rzekomy ołtarz był w środku pusty!? Trzeba było jednak sprawdzić, co jest w środku, aby powiedzieć o nim coś pewnego. Wprowadziłem więc poprzez jeden z otworów do wnętrza cienki drut i po wyjęciu go z powrotem ujrzałem przylegające doń drobiny czerwonej farby. Nie było już teraz żadnych wątpliwości: nasze wstępne założenie okazało się błędne, znajdowaliśmy się wewnątrz komory grobowej, a przedmiot, który stał przed nami, był bez wątpienia olbrzymim sarkofagiem". Należy w tym miejscu usprawiedliwić odkrywcę: do roku 1952, tzn. do chwili jego odkrycia w Palenque, uważano, iż meksykańskie piramidy, odwrotnie niż ich egipskie siostry, nie są grobowcami, ale świątyniami, ściślej biorąc podstawami pod świątynie (co je raczej upodabniało do babilońskich ziguratów). Wiadomo było, iż na szczytach meksykańskich piramid dokonywano krwawych ofiar z ludzi, z relacji konkwistadorów wiemy, że trup padał tam gęsto, ale do 1952 roku nie znaleziono w nich nawet śladu pochówku.

Człowiek pochowany wewnątrz piramidy w Palenque był mężczyzną wyższym niż współcześni Indianie ze szczepu Maja. Sposób przygotowania jego ciała do wędrówki w zaświatach przypomina po trosze wczesne praktyki egipskie. Zmarły zawinięty był w czerwony całun, aby zaś nie zatracił ludzkiego kształtu nawet po rozpadzie ciała i kości, powleczono go warstwą stiuku i pokryto pancerzem z płytek jadeitu.

Oczy zmarłego wykonano z muszli i obsydianu, w usta zaś, zgodnie z ówczesnymi zapatrywaniami na życie pozagrobowe, wetknięto sporych rozmiarów bułę jadeitu — miało to być symboliczne pożywienie w zaświatach. Z układu płytek pokrywających twarz daje się wyczytać chęć jak najwierniejszego oddania jego rysów, słowem sportretowania zmarłego, który — notabene — nie był typowym przedstawicielem Majów. Czyżby więc przybysz z daleka? Ale skąd? Wszak jego grób wewnątrz piramidy jest wyjątkiem. W całej Mezoameryce nie znaleziono dotąd czegoś podobnego. Poza tym — dlaczego kazał on się pochować jak egipski faraon, w kraju odległym o przeszło 10 tysięcy kilometrów od Egiptu?