Summa piramidologiae
Za ojca magii piramid z powodzeniem uchodzić może średniowieczny podróżnik arabski, który w połowie X wieku napisał, iż „korytarze piramid w Gizie pełne są talizmanów i nieznanych idoli, na ścianach zaś czyjaś ręka wyryła moc mądrych maksym, nazwy ziół leczniczych, zasady arytmetyki i wiedzy tajemnej". Z tego samego źródła dowiadujemy się, iż oprócz hieroglificznej „encyklopedii" zawierające prawie całą wiedzę ludzką znajdowała się tam ponoć jeszcze długa inskrypcja, w której zapisane były wszystkie wydarzenia z przeszłej i... przyszłej hi storii Egiptu oraz świata. „Gdyby te napisy przepi sać ze ścian — konkluduje arabski dziejopis — za jęłoby to przynajmniej 10 tysięcy stron".
Skąd ta niedorzeczna informacja u rozsądnego i skądinąd powściągliwego w swych sądach kronikarza? Arabski autor, pisząc o tajemniczych inskrypcjach, miał zapewne na myśli graffiti wydrapane na ścianach piramid przez antycznych turystów, którzy podobnie jak nam współcześni lubili gryzmolić na ścianach napisy w rodzaju: „Ja, Androkles, byłem tu w 5 roku panowania Dioklecjana", itd., itp.
Ów średniowieczny kronikarz, nawet nie wiedząc tym, odkrył prawdziwą żyłę złota. Ton jego pieśni podjęło w XIX wieku kilku przedsiębiorczych publicystów, którzy na tajemnicach piramid, przepowiedniach faraonów, mistyce liczb i magii egipskiej dorobili się wielkich pieniędzy. Piramidiotyzm spadł na Europę niczym plaga egipska. Już w pierwszych latach XIX stulecia europejska piramidologia ma swego proroka. Jest nim bardzo kontrowersyjny pisarz i teolog anglikański w jednej osobie — George Stanley Faber.
Jak na teologa chrześcijańskiego miał G. S. Faber niebezpieczne zainteresowania: parał się pokątnie wróżbiarstwem, studiował czarną magię, pisał książki o pogańskich rytuałach. Dwieście lat wcześniej spalono by go zapewne na stosie za czarnoksięstwo, ale u zarania oświeconego XIX stulecia mógł on zupełnie bezkarnie oddawać się swym namiętnościom. Napisał nawet kilka uczonych dzieł, prawdziwą sławę przyniosła mu jednak dopiero pewna udana przepowiednia: na dwa lata z góry przewidział on „zmartwychwstanie Napoleona" w roku 1815!
Początkowo nikt nie brał poważnie przestróg „zwałowanego pastora", ale kiedy Cesarz uciekł z Elby wylądował na południu Francji niczym zjawa tamtego świata, George Stanley Faber stał się sławny i popularny. Swoje credo w sprawie piramid ogłosił już w roku 1803. Jego teoria na ten temat świetnie oddaje purytańskiego ducha epoki, w której żył. „Ponieważ wszystko — pisał — ma swoje źródło w piśmie świętym, przeto i początków piramid tam należy szukać". Przedsiębiorczy teolog zorganizował trzódkę swych zwolenników w towarzystwo tzw. „faberystów", którzy gorliwie krzewili jego naukę. Jednym zaś z dogmatów „faberyzmu" było przekonanie, że egipskie i meksykańskie piramidy, babilońskie ziguraty oraz kilkaset kurhanów, znanych wówczas z terenu Azj i Europy — to kopie góry Ararat. Miniaturki świętej góry Ormian, wykonane w kamieniu, glinie lub usypane z ziemi, były według faberystów świątyniami jednego uniwersalnego boga zwanego w Egipcie Ozyrysem, w Babilonii Tammuzem, w Indiach Iszwarą, a w Ameryce Hu. Wszystkie one miały wewnątrz komorę — symboliczny grób bóstwa, na szczycie zaś platformę służącą kapłanom dla dokonywania ofiar z ludzi i zwierząt.
Traf chciał, że ogłoszenie „teorii Fabera" zbiegło się w czasie z odkryciem przez Belzoniego komory grobowej wewnątrz piramidy Chefrena, a w niej sarkofagu zawierającego kości byka, co nasz pastor uznał za dowód potwierdzający jego teorię. W pamflecie zatytułowanym „Uwagi o piramidzie Chefrena ostatnio otworzonej przez Belzoniego" Faber napisał: „wewnątrz tej budowli składano jednak widaćofiary Ozyrysowi, o czym dowodnie świadczą znalezione tam kości zwierzęce". Tej i wielu innych teorii swego mistrza faberyści bronili jeszcze długo po śmierci George'a Stanleya Fabera, która nastąpiła w roku 1854.
Uderzające już na pierwszy rzut oka podobieństwo między piramidami i babilońskimi ziguratami stało się przyczyną kilku sensacyjnych teorii, których żywot był dłuższy niż niejednej teorii naukowej, a sława ich i powodzenie wielokroć większe niż by na to zasługiwały. Na fałszywie postawione pytanie: Czy piramidy były obserwatoriami astronomicznymi? — tuzin zawodowych astronomów i przynajmniej pięć razy tyle amatorów — odpowiadało twierdząco.
Już w roku 1837 pewien anonim, kryjący się pod tajemniczym pseudonimem Hermogenesa, ogłosił w angielskim periodyku naukowym cykl artykułów, w których, dowiódł niezbicie, iż Wielka Piramida w Gizie służyła Egipcjanom jako... olbrzymi zegar słoneczny i astrolabium. Autor tej teorii wolał się ukryć pod pseudonimem, ale na dobrą sprawę nie miał się czego wstydzić. Wszak przed nim astronomicznymi właściwościami Wielkiej Piramidy zajmował się sam Sir Izaak Newton, który nie uważał tego za coś zdrożnego, a i później problem ten absorbował wielu wybitnych astronomów, między innymi Sir Johna Fredericka Herschela (1792—1871), o którym za chwilę.
Dość wcześnie zauważono, że piramida Cheopsa jest zorientowana w stosunku do czterech stron świata w sposób zasługujący na baczniejszą uwagę. Już sama nadzwyczajna dokładność wytyczenia podstawy skłaniała znawców do pewnych — na ogół zbyt uogólnionych — refleksji, ale prawdziwa bomba wybuchła dopiero w chwili, gdy okazało się, iż tzw. korytarz Zstępujący (przypominamy: rodzaj sztolni prowadzącej w głąb budowli do tzw. Komory Królowej) jest wycelowany — jak gigantyczna luneta — prościutko na gwiazdę polarną. Traktując — i słusznie — tę właściwość Wielkiej Piramidy jako nieprzypadkową, John Herschel postanowił dokładnie obliczyć czas powstania tej niezwykłej budowli. Rozumował on niesłychanie logicznie: oto stojąc w głębi Korytarza Zstępującego i obserwując stamtąd gwiazdę polarną widzimy, iż porusza się ona po niebie i co 26 tysięcy lat powraca do punktu wyjścia. Jeśli założymy, że w chwili wytyczania kierunku korytarza gwiazda polarna znajdowała się dokładnie na przedłużeniu jego hipotetycznej osi, możemy obliczyć, kiedy to miało miejsce — według Herschela około połowy 22 wieku p.n.e. John Herschel — autor astronomicznej teorii piramid — cały swój czas dzielił między astronomię fotografię — której był jednym z pionierów — filozofię, politykę i... piramidologię. W opinii współczesnych zapisał się jednak głównie jako gorący przeciwnik wprowadzenia w Anglii systemu metrycznego tego — jak go nazywał — „oręża którym francuscy bezbożnicy chcą ujarzmić Anglię". Dwa razy — jak sam z dumą pisał o sobie — ocalił Albion przed „dziesiętnym nonsensem". To głównie dzięki memu i jego zwolennikom Anglicy do dziś posługują się calem i milą zamiast centymetrem i kilometrem.
Jego książka o piramidzie Cheopsa i jej astronomicznych implikacjach spotkała się jednak z umiarkowanym zainteresowaniem. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że angielska publiczność żywiła się wówczas inną strawą, oczekując od Herschela raczej sensacyjnych teorii, astrologicznych przepowiedni, a nie naukowego traktatu, napisanego nieprzystępnym językiem, pełnego niezrozumiałych obliczeń i diagramów.
Ale nie to było główną przyczyną wydawniczej klapy książki znanego astronoma. Na nieszczęście dla niego i ze szkodą dla angielskich czytelników tego samego roku 1860 ukazała się w Anglii inna książka na podobny temat: „Wielka Piramida" Johna Taylora nosząca obiecujący podtytuł: „Kto i dla czego ją zbudował". Była ona prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Jej autor, krytyk i poeta o nie spełnionych ambicjach literackich, przyjaciel Keatsa i Coleridge'a był człowiekiem, który całe życie grzał się w słońcu swoich wielkich przyjaciół, w skrytości ducha marzył jednak o sławie i wielkim sukcesie wydawniczym.
Wymarzony sukces przyszedł dopiero w 80 roku życia wraz z „Wielką Piramidą", która z nauką nie miała wprawdzie zbyt wiele wspólnego, ale iście poetycka fantazja autora i przystępny język zapewniły jej szalone powodzenie. Doczekała się ona kilkunastu wydań (!), autor zaś upragnionego powodzenia, a nawet sławy, o jakiej być może i nie marzył.
Taylor, jak to było wówczas w zwyczaju, wyszedł od badań nad Pismem Świętym. Znalazł tam — jak sam stwierdził — wiele aluzji do Wielkiej Piramidy, co pozwoliło mu wysnuć przypuszczenie, że rzeczywistym budowniczym „Horyzontu Chufu" nie był jakiś nieznany z imienia egipski architekt, ale... biblijny Noe, konstruktor Arki, cieszący się podówczas sławą najzręczniejszego cieśli i niezrównanego kamieniarza. Uchodził również Noe za największego mędrca przedpotopowych czasów — dlatego zlecono mu wzniesienie budowli nad budowlami. Nadzwyczajnym życzeniom egipskiego faraona sprostał dzięki pomocy boskiej: Bóg ukazał mu się we śnie i objawił największą tajemnicę — cal i łokieć, dwie cudowne miary długości, których nie omieszkał zastosować przy budowie piramidy Cheopsa.
Ów cudowny łokieć — wywodzi dalej J. Taylor — obok niemniej cudownego cala, został przed laty przywieziony przez Hebrajczyków do Anglii (wierzono wówczas w możliwość takich kontaktów w czasach starożytnych!), gdzie znalazł swą drugą ojczyznę. Czyż można go stąd wypędzać? — zapytuje autor „Wielkiej Piramidy" — i nierozważnie pozbywać się systemu miar pochodzącego prosto od Boga? Przyznajmy: argument Taylora był perfidny; zwolennicy systemu metrycznego zostali za jednym zamachem oskarżeni o głupotę i... bezbożność.
Ale jak się raz jeszcze okazuje, już sto lat temu trudno było wymyślić coś nowego na temat egipskich piramid. W roku 1860 historia o „calu piramid" miała długą brodę. Taylor po prostu przepisał ją z broszury, która ukazała się drukiem w Anglii w roku... 1706. Jej przydługi nieco tytuł brzmiał w całej rozciągłości: „Starożytność naszych angielskich miar w świetle ich podobieństwa do standardów znalezionych ostatnio w piramidach egipskich". To zaś, co w książce Taylora było naprawdę oryginalne, to zauważona po raz pierwszy przedziwna zależność wysokości piramidy od jej obwodu mierzonego przy podstawie. Okazało się, iż wysokość grobowca Chufu do jego obwodu ma się tak jak 1/2 pi, przy czym wartość liczby „pi" '(3.14) podana tu jest z zadziwiającą dokładnością do kilku miejsc po przecinku. Czyżby Egipcjanie byli aż tak znakomitymi geometrami? Wrócimy do tego problemu trochę później.
„Wielka Piramida" pobiła w Anglii wszelkie rekordy popularności. Uznano ją za książkę roku, posypały się wznowienia i przekłady, autora zaś okrzyknięto ojcem... Ano właśnie! Ojcem czego?
Nowa dyscyplina oficjalnie została ochrzczona mianem piramidologii, choć złośliwcy proponowali inne nazwy, jak np. piramidomania lub — zbyt dosadnie — piramidiotyzm. Taylor — pierwszy piramidolog — powetował sobie z nawiązką wszystkie literackie niepowodzenia. Wprawdzie zdawał sobie jasno sprawę, że jego sława ma dużo więcej wspólnego ze sławą Herostratesa niż Aleksandra, ale co tam — miał przecież światowy rozgłos, na którym zależało mu najbardziej, no i pieniądze — wielkie pieniądze. Toteż szybko pogodził się z losem, pocieszając się, że gdyby nawet jego wypieszczone studium o poezji Coleridge'a znalazło łaskawego wydawcę, to i tak mogłoby co najwyżej wywołać przysłowiową burzę w szklance wody. Kilku literaturoznawców skoczyłoby sobie do oczu i na tym zapewne by się skończyło. Piramidologią zaś pasjonowali się wszyscy. Cała Anglia podzieliła się na dwa obozy: decymaliści, tzn. zwolennicy systemu dziesiętnego, obrzucali Taylora błotem, a obrońcy cala wielbili go niczym Boga — trzeba nam bowiem wiedzieć, że w chwili gdy na półkach księgarskich Londynu ukazała się „Wielka Piramida" decymaliści święcili już pewne sukcesy (tytułem próby wprowadzono w Anglii do obiegu monetę dziesiętną — florena), tradycjonaliści potrzebowali więc pilnie argumentów i właśnie Taylor im ich dostarczył. Jego książka stała się ważkim argumentem w sporach, jakie wówczas toczyły się wśród wyspiarzy. Sir John Herschel, dowodzący w tym czasie krucjatą przeciwko zwolennikom centymetra, powitał w osobie, Taylora cennego sojusznika. Obaj panowie świetnie się uzupełniali: tezy wielkiego astronoma były, przyznajmy to uczciwie, nudne i mętne, ale opierały się na autorytecie nauki — co w ważkim sporze było okolicznością nader istotną — argumenty zaś czołowego piramidologa były wprawdzie wyssane z palca, ale za to nadzwyczaj poczytne. A właśnie na rozgłosie obu stronom zależało najbardziej.
Wydawało się więc, iż nowa dziedzina — piramidologią — będzie typową efemerydą, dyscypliną, która zgaśnie równie szybko, jak zabłysła. Ale gdzież tam! Fantazja ludzka nie zna granic — ograniczony bywa tylko rozsądek. W świetle tego, co w samym dziewiętnastym stuleciu napisano na temat piramid i piramidologii, „Wielka Piramida" Taylora wydaje się ubożuchna, mało pomysłowa i nieciekawa. Zresztą sam autor po niedługim okresie panowania stracił koronę króla piramidologii. Na tronie nonsensu zastąpił go, o dziwo, nie żaden szarlatan, jak by należało przypuszczać, ale mąż uczony, profesor, ba. członek Towarzystwa Królewskiego, teoretyk fotografii, astronom i zaprzysięgły piramidoman w jednej osobie — Charles Piazzi Smyth.
Skąd ta niedorzeczna informacja u rozsądnego i skądinąd powściągliwego w swych sądach kronikarza? Arabski autor, pisząc o tajemniczych inskrypcjach, miał zapewne na myśli graffiti wydrapane na ścianach piramid przez antycznych turystów, którzy podobnie jak nam współcześni lubili gryzmolić na ścianach napisy w rodzaju: „Ja, Androkles, byłem tu w 5 roku panowania Dioklecjana", itd., itp.
Ów średniowieczny kronikarz, nawet nie wiedząc tym, odkrył prawdziwą żyłę złota. Ton jego pieśni podjęło w XIX wieku kilku przedsiębiorczych publicystów, którzy na tajemnicach piramid, przepowiedniach faraonów, mistyce liczb i magii egipskiej dorobili się wielkich pieniędzy. Piramidiotyzm spadł na Europę niczym plaga egipska. Już w pierwszych latach XIX stulecia europejska piramidologia ma swego proroka. Jest nim bardzo kontrowersyjny pisarz i teolog anglikański w jednej osobie — George Stanley Faber.
Jak na teologa chrześcijańskiego miał G. S. Faber niebezpieczne zainteresowania: parał się pokątnie wróżbiarstwem, studiował czarną magię, pisał książki o pogańskich rytuałach. Dwieście lat wcześniej spalono by go zapewne na stosie za czarnoksięstwo, ale u zarania oświeconego XIX stulecia mógł on zupełnie bezkarnie oddawać się swym namiętnościom. Napisał nawet kilka uczonych dzieł, prawdziwą sławę przyniosła mu jednak dopiero pewna udana przepowiednia: na dwa lata z góry przewidział on „zmartwychwstanie Napoleona" w roku 1815!
Początkowo nikt nie brał poważnie przestróg „zwałowanego pastora", ale kiedy Cesarz uciekł z Elby wylądował na południu Francji niczym zjawa tamtego świata, George Stanley Faber stał się sławny i popularny. Swoje credo w sprawie piramid ogłosił już w roku 1803. Jego teoria na ten temat świetnie oddaje purytańskiego ducha epoki, w której żył. „Ponieważ wszystko — pisał — ma swoje źródło w piśmie świętym, przeto i początków piramid tam należy szukać". Przedsiębiorczy teolog zorganizował trzódkę swych zwolenników w towarzystwo tzw. „faberystów", którzy gorliwie krzewili jego naukę. Jednym zaś z dogmatów „faberyzmu" było przekonanie, że egipskie i meksykańskie piramidy, babilońskie ziguraty oraz kilkaset kurhanów, znanych wówczas z terenu Azj i Europy — to kopie góry Ararat. Miniaturki świętej góry Ormian, wykonane w kamieniu, glinie lub usypane z ziemi, były według faberystów świątyniami jednego uniwersalnego boga zwanego w Egipcie Ozyrysem, w Babilonii Tammuzem, w Indiach Iszwarą, a w Ameryce Hu. Wszystkie one miały wewnątrz komorę — symboliczny grób bóstwa, na szczycie zaś platformę służącą kapłanom dla dokonywania ofiar z ludzi i zwierząt.
Traf chciał, że ogłoszenie „teorii Fabera" zbiegło się w czasie z odkryciem przez Belzoniego komory grobowej wewnątrz piramidy Chefrena, a w niej sarkofagu zawierającego kości byka, co nasz pastor uznał za dowód potwierdzający jego teorię. W pamflecie zatytułowanym „Uwagi o piramidzie Chefrena ostatnio otworzonej przez Belzoniego" Faber napisał: „wewnątrz tej budowli składano jednak widaćofiary Ozyrysowi, o czym dowodnie świadczą znalezione tam kości zwierzęce". Tej i wielu innych teorii swego mistrza faberyści bronili jeszcze długo po śmierci George'a Stanleya Fabera, która nastąpiła w roku 1854.
Uderzające już na pierwszy rzut oka podobieństwo między piramidami i babilońskimi ziguratami stało się przyczyną kilku sensacyjnych teorii, których żywot był dłuższy niż niejednej teorii naukowej, a sława ich i powodzenie wielokroć większe niż by na to zasługiwały. Na fałszywie postawione pytanie: Czy piramidy były obserwatoriami astronomicznymi? — tuzin zawodowych astronomów i przynajmniej pięć razy tyle amatorów — odpowiadało twierdząco.
Już w roku 1837 pewien anonim, kryjący się pod tajemniczym pseudonimem Hermogenesa, ogłosił w angielskim periodyku naukowym cykl artykułów, w których, dowiódł niezbicie, iż Wielka Piramida w Gizie służyła Egipcjanom jako... olbrzymi zegar słoneczny i astrolabium. Autor tej teorii wolał się ukryć pod pseudonimem, ale na dobrą sprawę nie miał się czego wstydzić. Wszak przed nim astronomicznymi właściwościami Wielkiej Piramidy zajmował się sam Sir Izaak Newton, który nie uważał tego za coś zdrożnego, a i później problem ten absorbował wielu wybitnych astronomów, między innymi Sir Johna Fredericka Herschela (1792—1871), o którym za chwilę.
Dość wcześnie zauważono, że piramida Cheopsa jest zorientowana w stosunku do czterech stron świata w sposób zasługujący na baczniejszą uwagę. Już sama nadzwyczajna dokładność wytyczenia podstawy skłaniała znawców do pewnych — na ogół zbyt uogólnionych — refleksji, ale prawdziwa bomba wybuchła dopiero w chwili, gdy okazało się, iż tzw. korytarz Zstępujący (przypominamy: rodzaj sztolni prowadzącej w głąb budowli do tzw. Komory Królowej) jest wycelowany — jak gigantyczna luneta — prościutko na gwiazdę polarną. Traktując — i słusznie — tę właściwość Wielkiej Piramidy jako nieprzypadkową, John Herschel postanowił dokładnie obliczyć czas powstania tej niezwykłej budowli. Rozumował on niesłychanie logicznie: oto stojąc w głębi Korytarza Zstępującego i obserwując stamtąd gwiazdę polarną widzimy, iż porusza się ona po niebie i co 26 tysięcy lat powraca do punktu wyjścia. Jeśli założymy, że w chwili wytyczania kierunku korytarza gwiazda polarna znajdowała się dokładnie na przedłużeniu jego hipotetycznej osi, możemy obliczyć, kiedy to miało miejsce — według Herschela około połowy 22 wieku p.n.e. John Herschel — autor astronomicznej teorii piramid — cały swój czas dzielił między astronomię fotografię — której był jednym z pionierów — filozofię, politykę i... piramidologię. W opinii współczesnych zapisał się jednak głównie jako gorący przeciwnik wprowadzenia w Anglii systemu metrycznego tego — jak go nazywał — „oręża którym francuscy bezbożnicy chcą ujarzmić Anglię". Dwa razy — jak sam z dumą pisał o sobie — ocalił Albion przed „dziesiętnym nonsensem". To głównie dzięki memu i jego zwolennikom Anglicy do dziś posługują się calem i milą zamiast centymetrem i kilometrem.
Jego książka o piramidzie Cheopsa i jej astronomicznych implikacjach spotkała się jednak z umiarkowanym zainteresowaniem. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że angielska publiczność żywiła się wówczas inną strawą, oczekując od Herschela raczej sensacyjnych teorii, astrologicznych przepowiedni, a nie naukowego traktatu, napisanego nieprzystępnym językiem, pełnego niezrozumiałych obliczeń i diagramów.
Ale nie to było główną przyczyną wydawniczej klapy książki znanego astronoma. Na nieszczęście dla niego i ze szkodą dla angielskich czytelników tego samego roku 1860 ukazała się w Anglii inna książka na podobny temat: „Wielka Piramida" Johna Taylora nosząca obiecujący podtytuł: „Kto i dla czego ją zbudował". Była ona prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Jej autor, krytyk i poeta o nie spełnionych ambicjach literackich, przyjaciel Keatsa i Coleridge'a był człowiekiem, który całe życie grzał się w słońcu swoich wielkich przyjaciół, w skrytości ducha marzył jednak o sławie i wielkim sukcesie wydawniczym.
Wymarzony sukces przyszedł dopiero w 80 roku życia wraz z „Wielką Piramidą", która z nauką nie miała wprawdzie zbyt wiele wspólnego, ale iście poetycka fantazja autora i przystępny język zapewniły jej szalone powodzenie. Doczekała się ona kilkunastu wydań (!), autor zaś upragnionego powodzenia, a nawet sławy, o jakiej być może i nie marzył.
Taylor, jak to było wówczas w zwyczaju, wyszedł od badań nad Pismem Świętym. Znalazł tam — jak sam stwierdził — wiele aluzji do Wielkiej Piramidy, co pozwoliło mu wysnuć przypuszczenie, że rzeczywistym budowniczym „Horyzontu Chufu" nie był jakiś nieznany z imienia egipski architekt, ale... biblijny Noe, konstruktor Arki, cieszący się podówczas sławą najzręczniejszego cieśli i niezrównanego kamieniarza. Uchodził również Noe za największego mędrca przedpotopowych czasów — dlatego zlecono mu wzniesienie budowli nad budowlami. Nadzwyczajnym życzeniom egipskiego faraona sprostał dzięki pomocy boskiej: Bóg ukazał mu się we śnie i objawił największą tajemnicę — cal i łokieć, dwie cudowne miary długości, których nie omieszkał zastosować przy budowie piramidy Cheopsa.
Ów cudowny łokieć — wywodzi dalej J. Taylor — obok niemniej cudownego cala, został przed laty przywieziony przez Hebrajczyków do Anglii (wierzono wówczas w możliwość takich kontaktów w czasach starożytnych!), gdzie znalazł swą drugą ojczyznę. Czyż można go stąd wypędzać? — zapytuje autor „Wielkiej Piramidy" — i nierozważnie pozbywać się systemu miar pochodzącego prosto od Boga? Przyznajmy: argument Taylora był perfidny; zwolennicy systemu metrycznego zostali za jednym zamachem oskarżeni o głupotę i... bezbożność.
Ale jak się raz jeszcze okazuje, już sto lat temu trudno było wymyślić coś nowego na temat egipskich piramid. W roku 1860 historia o „calu piramid" miała długą brodę. Taylor po prostu przepisał ją z broszury, która ukazała się drukiem w Anglii w roku... 1706. Jej przydługi nieco tytuł brzmiał w całej rozciągłości: „Starożytność naszych angielskich miar w świetle ich podobieństwa do standardów znalezionych ostatnio w piramidach egipskich". To zaś, co w książce Taylora było naprawdę oryginalne, to zauważona po raz pierwszy przedziwna zależność wysokości piramidy od jej obwodu mierzonego przy podstawie. Okazało się, iż wysokość grobowca Chufu do jego obwodu ma się tak jak 1/2 pi, przy czym wartość liczby „pi" '(3.14) podana tu jest z zadziwiającą dokładnością do kilku miejsc po przecinku. Czyżby Egipcjanie byli aż tak znakomitymi geometrami? Wrócimy do tego problemu trochę później.
„Wielka Piramida" pobiła w Anglii wszelkie rekordy popularności. Uznano ją za książkę roku, posypały się wznowienia i przekłady, autora zaś okrzyknięto ojcem... Ano właśnie! Ojcem czego?
Nowa dyscyplina oficjalnie została ochrzczona mianem piramidologii, choć złośliwcy proponowali inne nazwy, jak np. piramidomania lub — zbyt dosadnie — piramidiotyzm. Taylor — pierwszy piramidolog — powetował sobie z nawiązką wszystkie literackie niepowodzenia. Wprawdzie zdawał sobie jasno sprawę, że jego sława ma dużo więcej wspólnego ze sławą Herostratesa niż Aleksandra, ale co tam — miał przecież światowy rozgłos, na którym zależało mu najbardziej, no i pieniądze — wielkie pieniądze. Toteż szybko pogodził się z losem, pocieszając się, że gdyby nawet jego wypieszczone studium o poezji Coleridge'a znalazło łaskawego wydawcę, to i tak mogłoby co najwyżej wywołać przysłowiową burzę w szklance wody. Kilku literaturoznawców skoczyłoby sobie do oczu i na tym zapewne by się skończyło. Piramidologią zaś pasjonowali się wszyscy. Cała Anglia podzieliła się na dwa obozy: decymaliści, tzn. zwolennicy systemu dziesiętnego, obrzucali Taylora błotem, a obrońcy cala wielbili go niczym Boga — trzeba nam bowiem wiedzieć, że w chwili gdy na półkach księgarskich Londynu ukazała się „Wielka Piramida" decymaliści święcili już pewne sukcesy (tytułem próby wprowadzono w Anglii do obiegu monetę dziesiętną — florena), tradycjonaliści potrzebowali więc pilnie argumentów i właśnie Taylor im ich dostarczył. Jego książka stała się ważkim argumentem w sporach, jakie wówczas toczyły się wśród wyspiarzy. Sir John Herschel, dowodzący w tym czasie krucjatą przeciwko zwolennikom centymetra, powitał w osobie, Taylora cennego sojusznika. Obaj panowie świetnie się uzupełniali: tezy wielkiego astronoma były, przyznajmy to uczciwie, nudne i mętne, ale opierały się na autorytecie nauki — co w ważkim sporze było okolicznością nader istotną — argumenty zaś czołowego piramidologa były wprawdzie wyssane z palca, ale za to nadzwyczaj poczytne. A właśnie na rozgłosie obu stronom zależało najbardziej.
Wydawało się więc, iż nowa dziedzina — piramidologią — będzie typową efemerydą, dyscypliną, która zgaśnie równie szybko, jak zabłysła. Ale gdzież tam! Fantazja ludzka nie zna granic — ograniczony bywa tylko rozsądek. W świetle tego, co w samym dziewiętnastym stuleciu napisano na temat piramid i piramidologii, „Wielka Piramida" Taylora wydaje się ubożuchna, mało pomysłowa i nieciekawa. Zresztą sam autor po niedługim okresie panowania stracił koronę króla piramidologii. Na tronie nonsensu zastąpił go, o dziwo, nie żaden szarlatan, jak by należało przypuszczać, ale mąż uczony, profesor, ba. członek Towarzystwa Królewskiego, teoretyk fotografii, astronom i zaprzysięgły piramidoman w jednej osobie — Charles Piazzi Smyth.