Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia



A A A

Requiem dla gladiatora

„W czas do bitwy naznaczony — pisze cytowany już wielokrotnie Grzegorz Piramowicz — prowadzono z okazałością te nieszczęśliwe ofiary. Z początku lekko się nagabywali różne ruszania sztuczne wyrabiając, wnet za daniem znaku przez trąbę do ciężkich razów i do krwi przychodziło".

Zawodowi gladiatorzy z reguły unikali głównych aren cesarstwa, a już szczególnie-takich okazji jak inauguracja Koloseum. Nawet bowiem mistrzom fechtunku trudno było wówczas zarobić na kawałek chleba. O wiele bardziej opłacały się „krwawe chałtury" na prowincji w czasie igrzysk organizowanych z byle jakiej okazji dla miejscowej gawiedzi, ot na przykład jak te zapowiedziane przez ogłoszenie (programata) odczytane przez archeologów ze ściany bazyliki w Pompejach: „Drużyna gladiatorska N. Festusa Ampliatusa walczyć będzie ponownie dnia 16 maja; widowisko — walka ze zwierzętami".

Aby przeżyć na arenie Koloseum 100 dni Tytusa, a później 123 dni Trajana, zorganizowane po powrocie cesarza z wyprawy naddunajskiej, należało dać z siebie wszystko. Na tak wyjątkową okazję sprowadzano ze szkół gladiatorskich samych prymusów, toteż walczyli między sobą mistrzowie i najmniejszy błąd w sztuce kosztował życie. Plebs rzymski znał się na tych pojedynkach — pod tym względem była to najbardziej wyrobiona publiczność cesarstwa, za chwyty i uderzenia, które gdzie indziej wywołałyby być może oklaski, tu można było zostać conajwyżej wygwizdanym. Tłum zgromadzony na widowni reagował podobnie jak publiczność na corridzie lub meczu bokserskim. Zwykle widzowie dzielili się na dwa obozy. Jedni dopingowali Traków, drudzy hoplomachów lub retiariusów, kiedy zaś walczyły sławy areny — ulubieńców zagrzewano do walki po imieniu. Ogólny nastrój podniecenia i ekstazy potęgowała jeszcze orkiestra, ulokowana tuż pod lożą cesarską.

Na arenie praktycznie dozwolone było wszystko, sędziowie reagowali bardzo rzadko. Publiczność, wśród której trafiali się prawdziwi koneserzy, ceniła sobie styl i technikę, ale najwyżej punktowano skuteczność. Najbardziej podobał się cios ostatni, owo pchnięcie rozstrzygające, po którym jeden z walczących walił się w piach. Na ten moment 80 tysięcy ludzi zgromadzonych na widowni czekało z największym wytęsknieniem. O losie leżącego nie rozstrzygał bowiem zwycięzca, ale tłum przybyłych do amfiteatru. Trębacze zatrzymywali wówczas akcję i podczas gdy zwycięski gladiator oczekując na pozwolenie stał obok, jego pokonany rywal odrzucał tarczę i palec wskazujący lewej ręki unosił w górę w geście błagania o litość. Na dobrą sprawę panem życia i śmierci każdego gladiatora był cesarz, który go wynajmował i płacił za wszystko, co dzieje się na arenie, ale zwyczajowo władca pozostawiał decyzję zgromadzonym, którzy wyrokowali wedle własnego widzimisię. Jeśli lud uznał, że nieszczęśnik walczył mężnie, nie udawał i nie oszukiwał, wtedy las pod niesionych kciuków darowywał mu życie. Jeśli jednak nie spodobał się publiczności, wtedy opuszczone kciuki były sygnałem, aby go dobić. Oczywiście, jak przy każdej egzekucji cesarz miał prawo skorzystać z prawa łaski, ale czynił to rzadko. Wszak widowiska były organizowane po to, aby się przypodobać, a nie narażać plebsowi.

Umieranie na arenie było sztuką, którą gladiatorzy mieli opanowaną do perfekcji. Wielokrotnie w szkole pod bacznym okiem łenisty ćwiczyli ten epizod. Nic dziwnego, że później na arenie śmierć wypadała znakomicie, wzbudzając zachwyt jednych, a refleksje drugich. Cicero zalecał swym rodakom, aby chodzili do amfiteatru głównie, by uczyć się trudnej sztuki umierania: „nawet ci niewolnicy — pisał — którzy nie posiadają nic prócz własnego życia mogą nam pokazać, jak mężczyzna powinien umierać". Niepisane bowiem prawo areny mówiło, aby śmierć była zadana i przyjęta w sposób jednakowo godny. Wymagał tego organizator — w tym wypadku cesarz Tytus — i 80 tysięcy zgromadzonych ludzi.

Dla pokonanych gladiatorów, opuszczających amfiteatr, przeznaczone były dwie bramy: Porta Scavinaria i Porta Libitinensis. Przez tę pierwszą chyłkiem przemykali się ci, którym lud darował życie, przez drugą zaś wyciągano martwych. Śmierci na arenie towarzyszył makabryczny, na poły teatralny rytuał. Gdy Trak, retiarius lub hoplomachus padł martwy na piasek, jak spod ziemi, przy dźwiękach muzyki wynurzali się czarni niewolnicy przybrani w szaty Charuna — etruskiego boga śmierci — z rogami na głowie i z ogromnymi młotami w dłoniach. W trakcie swego upiornego tańca miażdżyli oni poległym czaszki, aby do końca przekonać publiczność iż moriturus definitywnie pożegnał ziemski padół. Kiedy odtańczyli już swój „totentanz", znikali z powrotem w czeluściach areny, a na ich miejsce pojawiali się niewolnicy odziani w strój Merkurego, mitycznego przewodnika dusz w zaświatach. Ci wbijali w ciała zabitych ostro zakończone haki i wśród szalonego bicia w bębny, jazgotu trąb i piszczałek wywlekali zwłoki przed Bramę Libityńską (nazwaną tak na cześć Libitini — rzymskiej bogini pogrzebu). Oczywiście o żadnym pogrzebie nie było mowy. Jeśli zmarły nie należał do specjalnego bractwa pogrzebowego — a zwykle nie należał — jego ciało po krótkim pobycie w miejscowej kostnicy kończyło swą ziemską tułaczkę w wykopanym nie opodal rowie, między cielskami słoni, lwów i lampartów. Rzymska trupiarnia, istniejąca przy każdym amfiteatrze, zwała się „spoliarium", co na polski należałoby przełożyć jako „odzieralnia", jako że nazwa pochodzi od czasownika spolio, spoliare — odzierać z odzienia, łupić, grabić itd. W rzeczy samej w spoliarium ciało gladiatora odzierano ze zbroi i odzienia, a ponadto wyrywano mu zęby i obcinano palce. Krew zaś — jeśli obficie krwawił — zbierano do specjalnego naczynia. Ten makabryczny proceder był nader intratny. Relikwie po zabitych „wysiekaczach" były bowiem bardzo poszukiwane. Może się to wydać dziwne, ale gladiatorzy mimo całej podłości swego stanu uchodzili za „sui generis" świętych areny, których doczesne szczątki miały cudowne właściwości leczenia niektórych chorób, odstraszania zła, odpędzania duchów i odżegnywania uroków. Gladiator w oczach Rzymian i Rzymianek był żywym bóstwem płodności, męskiej siły witalnej, jurności, odwagi i — co dziwniejsze — szczęścia i pomyślności. Świeża krew gladiatora uchodziła za sprawdzony afrodyzjak. U mężczyzn leczyła ona impotencję, u kobiet zaś nie płodność i niektóre choroby kobiece.

Pokrwawione szaty wysiekacza, a także fragmenty jego uzbrojenia chroniły przesądnych od złego oka, zaś narzeczona, której włosy rozczesano włócznią poległego na arenie, mogła być pewna szczęścia w małżeństwie. Poszukiwane były również włosy, zęby, palce, a nade wszystko te intymne części ciała, które każdy gladiator posiadał — niestety tylko w jednym egzemplarzu.

Czasami zdarzało się, iż mimo przebicia mieczem i dobicia młotem gladiator zawleczony do spoliarium dawał jeszcze słabe oznaki życia. Nikt go wtedy nie ratował. Odwrotnie, do obowiązków zatrudnionych tam niewolników należało poderżnięcie mu gardła, gdyż wedle podstawowego niepisanego prawa areny skazany na śmierć z woli ludu nie miał prawa żyć.

Ci, którym się poszczęściło, otrzymywali gałązki palmowe, symbole zwycięstwa, no i oczywiście pieniądze w ilości zagwarantowanej kontraktem. Historia uczy, iż ci pierwsi w historii sportu „zawodowcy" .zarabiali jak na owe warunki całkiem nieźle — oczywiście, jeśli dopisywało im szczęście.

Zwykle igrzyska po występach gladiatorów miały się już ku końcowi, ale widowisko inauguracyjne Tytusa w tym momencie dopiero się rozkręcało. Następne dni przyniosły nowe niespodzianki. W innej części miasta zorganizowano dla marynistów parodię bitwy morskiej z udziałem prawdziwych okrętów, a w cyrku wielbiciele wielkiej epiki historycznej i talentu Homera mogli obejrzeć oblężenie Troi wystawione w konwencji hiperrealistycznej, z autentycznym pożarem miasta, z krwawymi pojedynkami przestępców, jeńców wojennych i gladiatorów. Nie brakło tam rzecz jasna takich homeryckich akcentów jak śmierć Patroklesa czy pojedynek Achillesa z Hektorem zakończony, ma się rozumieć, śmiercią tego ostatniego.

Gdy w Wielkim Cyrku (Circus Maximus) przestępcy, jeńcy wojenni i gladiatorzy wycinali się wzajemnie przed drewnianą makietą Troi, w Koloseum trwały popisy tesalskich akrobatów — arcymistrzów zręczności — którzy w biegu wskakiwali na grzbiety byków, siadali na nich okrakiem i skręceniem rogów miażdżyli im szyje. Często rozjuszony byczek zrzucał z grzbietu natrętnego dwunoga, tratował go lub przebijał rogiem, ale takie wypadki zwiększały zainteresowanie widowni, która głośno wyrażała zadowolenie.

W ciągu tego tasiemcowego festiwalu, trwającego przynajmniej o 99 dni za długo, nadchodziła wielokrotnie chwila, w której widownia zaczynała się nudzić. Ciągłe eksploatowanie tego samego tematu, ciągłe sycenie tych samych namiętności i instynktów wywoływało w końcu przesyt i publiczność w sposób mniej lub bardziej skryty manifestowała swoją obojętność w stosunku do tego, co dzieje się na arenie.

Tytus starał się uprzedzać każdą taką falę nudy. Z podziwu godnym wyczuciem podsycał zainteresowanie, gdy zebrani zaczynali już ziewać. Ni stąd, ni zowąd w kierunku widowni wylatywały drewniane kule, a każda kryła w sobie niespodziankę. Najczęściej były to pieniądze, bony na ryby, ziarno lub na chleb, całe kurczaki, talony na konie lub szaty, a nawet na całe domostwa. Władcy prześcigali się w hojności: brat, następca i być może morderca Tytusa — cesarz Domicjan, obrzucał widownię Koloseum gradem złotych monet, mrożonych owoców i... numidyjskich kuropatw.

I tak trwała ta feta nad fetami przez 100 dni, z których każdy następny nie był podobny do poprzedniego, każdy wnosił bowiem coś nowego, okrutniejszego, bardziej wyrafinowanego. A wszystko po to by należycie uroczyście oddać do użytku największą budowlę Wielkiego Rzymu, w której geniusz wziął ślub ze zbrodnią, rzeźnik zbratał się z artystą, architekt z szaleńcem. Pięćsetletnie blisko istnienie Koloseum zaczęło się od odegrania tragikomedii w stu aktach, pióra Tytusa, pomysłu Wespazjana — spektaklu obliczonego na kilkanaście tysięcy aktorów i statystów dwu i czworonożnych, z tragicznym prologiem i równie tragicznym epilogiem, z udziałem bogów ludzi i gladiatorów, bez udziału kobiet, bez tytułu i bez pardonu, gdzie wszystko było naprawdę, nic na niby.

Ludzie, którzy w roku 81 naszej ery przez 100 dni z większym lub mniejszym zainteresowaniem przypatrywali się tej gigantycznej rzezi, być może nie zdawali sobie sprawy, że biorą udział w misterium quasi-religijnym, w spektaklu polegającym w gruncie rzeczy na ofierze z ludzi i zwierząt, obrzędzie, który swymi korzeniami sięga czasów przedhistorycznych. „Początki tego szermierstwa — pisze Grzegorz Piramowicz — pochodzą ze zwyczaju starożytnego zabijania na ofiarę bohaterom i rycerzom na wojnie poległym jeńców wojennych. Zamiast zarzynania ich kazano im samym między sobą się wysiekać. W pierwszych Rzeczypospolitej czasach, bywały te bitwy tylko na pogrzebach najwyższych urzędników i znaczniejszych senatorów, potem pospolicie dawano i na pogrzebach prywatnych ludzi, którzy nawet przez testament te wysiekania nakazywali". Ofiary z ludzi istniały we wszystkich społeczeństwach w zaraniu ich dziejów, w czasach odległych i barbarzyńskich, przez to chętnie zapomnianych — nie trzeba przypominać, że wraz z postępem dziejów owe hekatomby młodzieńców, dziewic, dzieci jeńców, a potem zwierząt zastępowały akty zgoła symboliczne. Rzym nie był wyjątkiem od powyższych reguł: w Wiecznym Mieście dość wcześnie zaprzestano czynić ofiarę z bliźniego swego. Pogrzebanie żywcem Westalki dla przebłagania bogów w roku 216 p.n.e., opisane przez Liwiusza, było bodaj ostatnim przykładem podobnych praktyk. Mniej więcej w tym samym czasie ofiara z człowieka przechodzi w Rzymie subtelną przemianę i pojawia się jej nowa, bardziej ucywilizowana forma: walka gladiatorów zorganizowana dla uświetnienia pogrzebu. Jako pierwsi dali się posiekać za zbawienie cudzej duszy trzej rębacze wynajęci przez spadkobierców zmarłego Brutusa Petusa. Działo się to w roku 264 p.n.e. Krew tej trójki była ofiarą dla zmarłego, próbą przebłagania bogów podziemia, głównym zaś motywem jej przelania była ciągle żywa pierwotna wiara w to, iż dusze zmarłych żywią się krwią ludzką. W Wiecznym Mieście jeszcze przez długi czas gladiatorów nazywano „bustiarii", tzn. ludźmi stosu pogrzebowego i najmowano na równi z płaczkami, płacąc im niewiele więcej. Bez tanich łez i nie mniej taniej krwi długo nie mógł się obyć żaden znaczący rzymski pogrzeb.

Już od samego początku krainą gladiatorów była Kampania, dawna posiadłość etruska. Tutaj najwcześniej walki straciły swój pogrzebowy charakter i tu powstały pierwsze szkoły kształcące „wysiekaczów". To właśnie w kampańskich Pompejach archeolodzy odkopali ze zwałów popiołu wielką szkołę gladiatorów, która dostarczała zawodników do miejscowego amfiteatru.

Była to budowla przypominająca po trosze grecki gymnazjon. Wokół centralnego placu otoczonego kolumnadą —dziś porośniętego trawą, a niegdyś zapewne wysypanego piaskiem — wznoszą się zabudowania, wśród których archeolodzy zidentyfikowali kuchnię, 68 sypialni, skarbiec, zbrojownię, apartamenty lenisty, czyli fechmistrza, oraz więzienie, w którym w chwili wybuchu Wezuwiusza przebywał czterech penitencjariuszy. W pomieszczeniach szkoły znaleziono 15 hełmów, 14 nagolenników, 5 paso oraz... pewną bogatą pompejankę, obwieszoną klejnotami, którą wybuch Wezuwiusza zastał w sypialni gladiatora, albowiem „ci, którzy się za gladiatorów najmowali — zacytujmy jeszcze raz Grzegorza Piramowicza — obowiązywali się do wycierpienia wszystkiego, żelaza, ognia, kajdan, śmierci samej gdyby swej powinności nie czynili zadość...".