Rabusie królewskich snów
Przesadą byłoby twierdzić, że właściciele piramid, faraonowie III i IV dynastii za życia wegetowali w lepiankach, po śmierci zaś „mieszkali" w pałacach, ale jest w tym stwierdzeniu trochę prawdy. Oddaje ono bowiem w lapidarnej formie głęboką przepaść, jaka w mentalności egipskiej istniała między życiem a śmiercią, między doczesnością a wiecznością, charakteryzuje bardzo złożony stosunek Egipcjan do tego, co chwilowe i codzienne, i do tego, co wieczne i ostateczne."
Domy i pałace budowano w Egipcie z czego się dało: z cegły suszonej na słońcu, czyli z tzw. adoby, z drewna akacjowego, z pni tamaryszków i liści palmowych, z mułu nilowego zmieszanego z sieczką, a także z gipsu i trzciny. Wznoszono je prędko i niestarannie, bardziej jak szałasy niż jak domy, nie troszcząc się specjalnie ani o ich wygląd, ani trwałość, toteż ówczesne budowle świeckie prawie w ogóle nie dochowały się do naszych czasów. Egipski pałac królewski w większym stopniu stanowił mieszkanie służby, dworaków, niewolników i nałożnic niż dom faraona, który większość czasu spędzał polując, kontrolując nomarchów (nadzorców nomów, czyli prowincji), wojując, odprawiając modły, wreszcie doglądając budowy swego domu wieczności, w którym miał „zamieszkać" po śmierci otoczony przepychem, o jakim nie śniło mu się za życia, opatrzony sakramentami, obłożony setkami zaklęć, magicznych formuł, przedmiotów symbolicznych i całkiem realną furą jadła i picia.
Ponieważ ich mieszkania były skromne i liche w porównaniu z wystawnością ich grobów, nic dziwnego, że mogił swych strzegli Egipcjanie pilniej niż domostw. Między budowniczymi grobów a rabusiami grobów trwała swoista „zimna wojna". Obie strony prześcigały się w pomysłowości, jedni drugich pragnęli przechytrzyć, jedni drugich wywieść w pole. Stawką w tej grze było złoto — dużo złota i kosztowności, zbytkownych sprzętów, naczyń, klejnotów, wonności i kadzideł. Dla zmarłych te bogactwa zdeponowane w grobach oznaczały dostatnie i szczęśliwe życie w zaświatach, dla żywych — beztroską egzystencję na ziemi. Biedak, który okradł grobowiec, stawał się niemal z dnia na dzień bogaczem, a ziemski padół łez zmieniał się dla niego w rajski ogród rozkoszy. Oprócz innych rzeczy stać go było teraz na własny... grób, w którym rad by spocząć w otoczeniu sług — uszebti, dzbanów z winem, mis jadła i bogactw zrabowanych z innego grobu.
Hiena cmentarna była więc w Egipcie zwierzęciem rozmnożonym, ale też i trzebionym niemiłosiernie. Za rabunek grobów groziły najwyższe kary. Nekropole były pilnie strzeżone, komory grobowe kute głęboko w skałach, a cielska mastab i piramid, które je przykrywały — olbrzymie. Stąd też przygotowanie „skoku" na piramidę lub mastabę trwało miesiące, a nawet lata. Rabuś grobów musiał, oprócz chęci zysku, mieć wysokie „kwalifikacje" zawodowe. Złodzieje dobierali sobie kompanów najchętniej spośród architektów, kapłanów (!), nadzorców, strażników, a nawet — historia uczy — samych namiestników prowincji.
Sądzi się — nie bez racji — iż w starożytnym Egipcie działała zorganizowana mafia rabusiów grobów, która miała oparcie w najwyższych urzędnikach państwowych i kręgach kapłańskich. Ryzyko „wpadki" można więc było ograniczyć do minimum, jeżeli na „procencie" u rabusiów znalazł się dowódca straży nekropoli, kapłan pośmiertnego kultu faraona lub jakaś inna osobistość z kręgów zbliżonych do umarłych...
Samo włamanie do grobu było błahostką i rabusie osiągnęli w tej materii niesłychaną wprawę. Znajomością architektury grobowej, obyczajów pogrzebowych, a nawet matematyki ani na jotę nie ustępowali oni nadwornym architektom, najlepszym majstrom budowlanym i najmądrzejszym kapłanom. Wszystko na to wskazuje, że rabusie musieli się także rekrutować spośród „budowniczych królewskich snów". Nie dziwi nas to specjalnie, bo miraż złota zakopanego pod ziemią, ukrytego w kryptach, zawsze oddziaływał z jednakową siłą na biednych, co na bogatych. Architekci projektujący mastaby i piramidy wcześniej czy później musieli się zorientować, że w tym wyścigu, polegającym na wynajdywaniu wciąż nowych forteli i zasadzek z jednej strony, a na unikaniu i pokonywaniu tych „utrudnień" — z drugiej strony — pozostają w tyle. Włamywacze na wszystko znajdowali sposób. Nic ich nie było w stanie zaskoczyć. Nawet jeśli korytarz wewnątrz piramidy zablokowano granitowymi plombami, kuli chodnik naokoło, nadkładali drogi, łukiem omijali twardą przeszkodę i koniec końców trafiali tam, gdzie im dotrzeć było zakazane. Co bezczelniejsi złodzieje oprócz kosztowności zabierali również mumię, która była wprost nafaszerowana amuletami z drogich kamieni, zaklęciami wypisanymi na skrawkach papirusu i biżuterią. Niewykluczone, że w grę wchodziła tu również chęć wyłudzenia... okupu od rodziny zmarłego.
Ponieważ nawet najtwardszy kamień nie stanowił przeszkody, zaczęto uciekać się do forteli. I tak pod niektórymi mastabami wykuwano dwie komory zamiast jednej, licząc na to, że rabusie dotarłszy z trudem do pierwszej komory, odejdą zastawszy ją pustą, sądząc że ktoś ich uprzedził. W ten sposób istniał cień szansy, że druga komora — ta, w której spoczywał zmarły — pozostanie nie zauważona. Ale po latach wykopaliska archeologiczne pokazały, że płonne to były nadzieje. Jak dotąd Tutenchamon najdłużej cieszył się swymi skarbami, wszyscy inni postradali je dużo, dużo wcześniej — głównie z powodu niedyskrecji i chciwości żywych bądź... dociekliwości uczonych.
W annałach światowego „kasiarstwa" powinno zostać odnotowane staroegipskie włamanie do olbrzymiej mastaby w Medum, opatrzonej przez archeologów numerem 17, o której wiemy, że jest najdziwniejszą z egipskich mastab, choć kształtem niewiele się różni od swych sióstr. Jej przypadłość jest bardzo osobliwa — nigdy nie miała ona wejścia... F.M. Petrie i G.A. Wainwright doszli do tego wniosku po kilkunastu bezowocnych próbach dostania się do środka. Mało kto znał się lepiej na egipskiej architekturze od Sir Flindersa, a mimo to roboty pod numerem 17. w Medum stały w miejscu. Petrie gotów był nawet uznać się za pokonanego. Cóż, w końcu egipscy architekci mogli przechytrzyć i jego. Nie to jednak najbardziej drażniło jego ambicję. Starego wygę egiptologii bolał fakt, iż starożytni rabusie okazali się lepszymi znawcami architektury od niego i trafili do komory grobowej „siedemnastki" jak po sznurku już za „pierwszym podejściem".
Istotnie, w gigantycznej, jednolitej masie kamieni tworzącej część nadziemną grobowca, rabusie wykuli tylko jeden tunel, wybierając przy tym drogę najkrótszą z możliwych. Już ich pierwszy „strzał na komorę" okazał się celny, czego nie można powiedzieć o kilku nieudanych próbach fachowców, do jakich bez wątpienia zaliczali się Petrie i Wainwright.
Ale w końcu i oni dostali się do środka grobowca. W obszernej krypcie znaleźli olbrzymi sarkofag z różowego granitu, z odwalonym wiekiem — resztę oczywiście zabrali rabusie. Ogołocili oni grób jak piranie, tak dokładnie, iż nie pozostał nawet jeden napis, który zdradziłby egiptologom imię właściciela grobowca.
Być może Petrie wstydził się swych nieudanych prób, a być może kierował się również innymi motywami dość, że zatarł ślady wszystkich swych nieudanych prób. Dlatego dziś, aby dostać się do wnętrza „siedemnastki" w Medum, trzeba skorzystać z u-przejmości rabusiów i przecisnąć się przez wąziutki korytarz, który oni przebili.
Satysfakcja rabusia lub nawet archeologa, który znalazł drogę do „serca" piramidy czy mastaby, jest w pełni usprawiedliwiona, zważywszy niemały kunszt, jaki Egipcjanie wkładali w dzieło zabezpieczenia grobowca przed intruzami. Na śmiałka, który podjął rękawicę rzuconą mu z zamierzchłej przeszłości, czyhały pułapki, ślepe wrota, korytarze prowadzące donikąd, fałszywe ślady itd. Jeśli nie działał on w dobrze zorganizowanej grupie, nie korzystał z rad zdrajców lub fachowców, długo mógł się błąkać z oskardem w dłoni po wnętrzu mastaby lub piramidy. Egipski grobowiec przypomina doskonały sejf, który otwiera się tylko przed tym, kto zna szyfr — inni mogą równie dobrze próbować dostać się żywcem do raju lub znaleźć igłę w stogu siana, grobowiec jest dla nich niedostępny. Dlaczego? Po zakończeniu ceremonii religijnych kapłani zamykali sarkofag na cztery spusty. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, iż kamienna trumna była tylko przywalona wiekiem o horrendalnym ciężarze i opieczętowana. Nic podobnego; hermetycznie dopasowana pokrywa najczęściej zasuwała się jak szuflada, przez co nijak nie można było jej unieść. Dodatkowo wsuwano ją w specjalne wyżłobienia, używając jako smaru specjalnej substancji żywicznej, która później twardniała na kamień.
Strzeżonego Pan Bóg strzeże — wychodząc z komory grobowej kapłani zamykali za sobą drzwi. Ba, jakie drzwi! Trzy ruchome płyty granitowe wagi kilku ton każda, które przez cały czas trwania uroczystości pogrzebowych stały podparte na drewnianych kołkach, a po opuszczeniu ich na miejsce tworzyły przeszkodę nie do sforsowania. Toteż rabusie zazwyczaj nie wchodzili drzwiami, woleli wykuć naokoło nich tunel, nadłożyć przez to znacznie drogi, ale oszczędzić sobie syzyfowej pracy, jaką jest wykuwanie miedzianym dłutem dziury w bazalcie lub granicie.
Aby jednak dostać się do drzwi, należało przedtem pokonać korytarz, który był zwykle szczelnie wypełniony blokami wapienia. Pierwszy — licząc od zewnątrz, a ostatni licząc od komory blok wykonywano z materiału twardszego niż wapień. Dlaczego? Głównie z powodów psychologicznych: któż, widząc kamień granitowy, domyśli się, że za nim są już tylko kamienie wapienne, a nie rząd granitowych bloków? Te pierwsze napotykane przez rabusiów przeszkody oprócz twardości miały również odstraszające rozmiary. W wypadku piramidy Chefrena kamienny „kołek" miał 3,5 metra długości, wszelkie rekordy pobiły zaś trzy granitowe monolity, długie od 7 do 9 metrów, którymi zaczopowano wejście do piramidy Sezostrisa w Liszt. Pewien passus w Strabona pozwala nam sądzić, Iż Wielka Piramida w Gizie, podobnie jak piramidy w Medum i Dahszur, zamknięta była od zewnątrz ruchomymi płytami, osadzonymi na metalowych sworzniach.
Wejścia do piramid maskowano bardzo starannie, a i sama natura okazywała tu pomoc, gdyż piasek, gromadzący się zawsze szybciej w pobliżu środka ściany niż na jej narożach, podchodził bardzo wysoko, skutecznie zasłaniając wejście do grobowca.
Domy i pałace budowano w Egipcie z czego się dało: z cegły suszonej na słońcu, czyli z tzw. adoby, z drewna akacjowego, z pni tamaryszków i liści palmowych, z mułu nilowego zmieszanego z sieczką, a także z gipsu i trzciny. Wznoszono je prędko i niestarannie, bardziej jak szałasy niż jak domy, nie troszcząc się specjalnie ani o ich wygląd, ani trwałość, toteż ówczesne budowle świeckie prawie w ogóle nie dochowały się do naszych czasów. Egipski pałac królewski w większym stopniu stanowił mieszkanie służby, dworaków, niewolników i nałożnic niż dom faraona, który większość czasu spędzał polując, kontrolując nomarchów (nadzorców nomów, czyli prowincji), wojując, odprawiając modły, wreszcie doglądając budowy swego domu wieczności, w którym miał „zamieszkać" po śmierci otoczony przepychem, o jakim nie śniło mu się za życia, opatrzony sakramentami, obłożony setkami zaklęć, magicznych formuł, przedmiotów symbolicznych i całkiem realną furą jadła i picia.
Ponieważ ich mieszkania były skromne i liche w porównaniu z wystawnością ich grobów, nic dziwnego, że mogił swych strzegli Egipcjanie pilniej niż domostw. Między budowniczymi grobów a rabusiami grobów trwała swoista „zimna wojna". Obie strony prześcigały się w pomysłowości, jedni drugich pragnęli przechytrzyć, jedni drugich wywieść w pole. Stawką w tej grze było złoto — dużo złota i kosztowności, zbytkownych sprzętów, naczyń, klejnotów, wonności i kadzideł. Dla zmarłych te bogactwa zdeponowane w grobach oznaczały dostatnie i szczęśliwe życie w zaświatach, dla żywych — beztroską egzystencję na ziemi. Biedak, który okradł grobowiec, stawał się niemal z dnia na dzień bogaczem, a ziemski padół łez zmieniał się dla niego w rajski ogród rozkoszy. Oprócz innych rzeczy stać go było teraz na własny... grób, w którym rad by spocząć w otoczeniu sług — uszebti, dzbanów z winem, mis jadła i bogactw zrabowanych z innego grobu.
Hiena cmentarna była więc w Egipcie zwierzęciem rozmnożonym, ale też i trzebionym niemiłosiernie. Za rabunek grobów groziły najwyższe kary. Nekropole były pilnie strzeżone, komory grobowe kute głęboko w skałach, a cielska mastab i piramid, które je przykrywały — olbrzymie. Stąd też przygotowanie „skoku" na piramidę lub mastabę trwało miesiące, a nawet lata. Rabuś grobów musiał, oprócz chęci zysku, mieć wysokie „kwalifikacje" zawodowe. Złodzieje dobierali sobie kompanów najchętniej spośród architektów, kapłanów (!), nadzorców, strażników, a nawet — historia uczy — samych namiestników prowincji.
Sądzi się — nie bez racji — iż w starożytnym Egipcie działała zorganizowana mafia rabusiów grobów, która miała oparcie w najwyższych urzędnikach państwowych i kręgach kapłańskich. Ryzyko „wpadki" można więc było ograniczyć do minimum, jeżeli na „procencie" u rabusiów znalazł się dowódca straży nekropoli, kapłan pośmiertnego kultu faraona lub jakaś inna osobistość z kręgów zbliżonych do umarłych...
Samo włamanie do grobu było błahostką i rabusie osiągnęli w tej materii niesłychaną wprawę. Znajomością architektury grobowej, obyczajów pogrzebowych, a nawet matematyki ani na jotę nie ustępowali oni nadwornym architektom, najlepszym majstrom budowlanym i najmądrzejszym kapłanom. Wszystko na to wskazuje, że rabusie musieli się także rekrutować spośród „budowniczych królewskich snów". Nie dziwi nas to specjalnie, bo miraż złota zakopanego pod ziemią, ukrytego w kryptach, zawsze oddziaływał z jednakową siłą na biednych, co na bogatych. Architekci projektujący mastaby i piramidy wcześniej czy później musieli się zorientować, że w tym wyścigu, polegającym na wynajdywaniu wciąż nowych forteli i zasadzek z jednej strony, a na unikaniu i pokonywaniu tych „utrudnień" — z drugiej strony — pozostają w tyle. Włamywacze na wszystko znajdowali sposób. Nic ich nie było w stanie zaskoczyć. Nawet jeśli korytarz wewnątrz piramidy zablokowano granitowymi plombami, kuli chodnik naokoło, nadkładali drogi, łukiem omijali twardą przeszkodę i koniec końców trafiali tam, gdzie im dotrzeć było zakazane. Co bezczelniejsi złodzieje oprócz kosztowności zabierali również mumię, która była wprost nafaszerowana amuletami z drogich kamieni, zaklęciami wypisanymi na skrawkach papirusu i biżuterią. Niewykluczone, że w grę wchodziła tu również chęć wyłudzenia... okupu od rodziny zmarłego.
Ponieważ nawet najtwardszy kamień nie stanowił przeszkody, zaczęto uciekać się do forteli. I tak pod niektórymi mastabami wykuwano dwie komory zamiast jednej, licząc na to, że rabusie dotarłszy z trudem do pierwszej komory, odejdą zastawszy ją pustą, sądząc że ktoś ich uprzedził. W ten sposób istniał cień szansy, że druga komora — ta, w której spoczywał zmarły — pozostanie nie zauważona. Ale po latach wykopaliska archeologiczne pokazały, że płonne to były nadzieje. Jak dotąd Tutenchamon najdłużej cieszył się swymi skarbami, wszyscy inni postradali je dużo, dużo wcześniej — głównie z powodu niedyskrecji i chciwości żywych bądź... dociekliwości uczonych.
W annałach światowego „kasiarstwa" powinno zostać odnotowane staroegipskie włamanie do olbrzymiej mastaby w Medum, opatrzonej przez archeologów numerem 17, o której wiemy, że jest najdziwniejszą z egipskich mastab, choć kształtem niewiele się różni od swych sióstr. Jej przypadłość jest bardzo osobliwa — nigdy nie miała ona wejścia... F.M. Petrie i G.A. Wainwright doszli do tego wniosku po kilkunastu bezowocnych próbach dostania się do środka. Mało kto znał się lepiej na egipskiej architekturze od Sir Flindersa, a mimo to roboty pod numerem 17. w Medum stały w miejscu. Petrie gotów był nawet uznać się za pokonanego. Cóż, w końcu egipscy architekci mogli przechytrzyć i jego. Nie to jednak najbardziej drażniło jego ambicję. Starego wygę egiptologii bolał fakt, iż starożytni rabusie okazali się lepszymi znawcami architektury od niego i trafili do komory grobowej „siedemnastki" jak po sznurku już za „pierwszym podejściem".
Istotnie, w gigantycznej, jednolitej masie kamieni tworzącej część nadziemną grobowca, rabusie wykuli tylko jeden tunel, wybierając przy tym drogę najkrótszą z możliwych. Już ich pierwszy „strzał na komorę" okazał się celny, czego nie można powiedzieć o kilku nieudanych próbach fachowców, do jakich bez wątpienia zaliczali się Petrie i Wainwright.
Ale w końcu i oni dostali się do środka grobowca. W obszernej krypcie znaleźli olbrzymi sarkofag z różowego granitu, z odwalonym wiekiem — resztę oczywiście zabrali rabusie. Ogołocili oni grób jak piranie, tak dokładnie, iż nie pozostał nawet jeden napis, który zdradziłby egiptologom imię właściciela grobowca.
Być może Petrie wstydził się swych nieudanych prób, a być może kierował się również innymi motywami dość, że zatarł ślady wszystkich swych nieudanych prób. Dlatego dziś, aby dostać się do wnętrza „siedemnastki" w Medum, trzeba skorzystać z u-przejmości rabusiów i przecisnąć się przez wąziutki korytarz, który oni przebili.
Satysfakcja rabusia lub nawet archeologa, który znalazł drogę do „serca" piramidy czy mastaby, jest w pełni usprawiedliwiona, zważywszy niemały kunszt, jaki Egipcjanie wkładali w dzieło zabezpieczenia grobowca przed intruzami. Na śmiałka, który podjął rękawicę rzuconą mu z zamierzchłej przeszłości, czyhały pułapki, ślepe wrota, korytarze prowadzące donikąd, fałszywe ślady itd. Jeśli nie działał on w dobrze zorganizowanej grupie, nie korzystał z rad zdrajców lub fachowców, długo mógł się błąkać z oskardem w dłoni po wnętrzu mastaby lub piramidy. Egipski grobowiec przypomina doskonały sejf, który otwiera się tylko przed tym, kto zna szyfr — inni mogą równie dobrze próbować dostać się żywcem do raju lub znaleźć igłę w stogu siana, grobowiec jest dla nich niedostępny. Dlaczego? Po zakończeniu ceremonii religijnych kapłani zamykali sarkofag na cztery spusty. Myliłby się jednak ten, kto by sądził, iż kamienna trumna była tylko przywalona wiekiem o horrendalnym ciężarze i opieczętowana. Nic podobnego; hermetycznie dopasowana pokrywa najczęściej zasuwała się jak szuflada, przez co nijak nie można było jej unieść. Dodatkowo wsuwano ją w specjalne wyżłobienia, używając jako smaru specjalnej substancji żywicznej, która później twardniała na kamień.
Strzeżonego Pan Bóg strzeże — wychodząc z komory grobowej kapłani zamykali za sobą drzwi. Ba, jakie drzwi! Trzy ruchome płyty granitowe wagi kilku ton każda, które przez cały czas trwania uroczystości pogrzebowych stały podparte na drewnianych kołkach, a po opuszczeniu ich na miejsce tworzyły przeszkodę nie do sforsowania. Toteż rabusie zazwyczaj nie wchodzili drzwiami, woleli wykuć naokoło nich tunel, nadłożyć przez to znacznie drogi, ale oszczędzić sobie syzyfowej pracy, jaką jest wykuwanie miedzianym dłutem dziury w bazalcie lub granicie.
Aby jednak dostać się do drzwi, należało przedtem pokonać korytarz, który był zwykle szczelnie wypełniony blokami wapienia. Pierwszy — licząc od zewnątrz, a ostatni licząc od komory blok wykonywano z materiału twardszego niż wapień. Dlaczego? Głównie z powodów psychologicznych: któż, widząc kamień granitowy, domyśli się, że za nim są już tylko kamienie wapienne, a nie rząd granitowych bloków? Te pierwsze napotykane przez rabusiów przeszkody oprócz twardości miały również odstraszające rozmiary. W wypadku piramidy Chefrena kamienny „kołek" miał 3,5 metra długości, wszelkie rekordy pobiły zaś trzy granitowe monolity, długie od 7 do 9 metrów, którymi zaczopowano wejście do piramidy Sezostrisa w Liszt. Pewien passus w Strabona pozwala nam sądzić, Iż Wielka Piramida w Gizie, podobnie jak piramidy w Medum i Dahszur, zamknięta była od zewnątrz ruchomymi płytami, osadzonymi na metalowych sworzniach.
Wejścia do piramid maskowano bardzo starannie, a i sama natura okazywała tu pomoc, gdyż piasek, gromadzący się zawsze szybciej w pobliżu środka ściany niż na jej narożach, podchodził bardzo wysoko, skutecznie zasłaniając wejście do grobowca.