Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia



A A A

Pułkownik i mumie

Taki był klimat intelektualny Europy, w którym rozwijała się egiptologia i jej niechciane dziecię — piramidologia. Obie „logie" patrzyły na siebie spode łba, nie ufając sobie za grosz, każda broniła swoich racji, zarzucając drugiej brak lub nadmiar wyobraźni. Czy pułkownik Howard-Vyse w duchu sympatyzował z piramidologią czy też skłaniał się raczej ku racjonalnej egiptologii — tego się możemy jedynie domyślać. Wiadomo zaś, że gdy jako pięćdziesięciodwuletni mężczyzna, ojciec 8 synów i 2 córek znalazł się w kraju swych młodzieńczych marzeń, pierwsze kroki skierował na cmentarzysko piramid w Gizie.

Jest rok 1835, gdy Mr Howard-Vyse ląduje w Aleksandrii. Po Egipcie grasują bandy łowców zabytków w kraju roi się od złodziei mumii i pospolitych rabusiów, wśród nich jest również kilku Europejczyków, podających się za archeologów, którzy oferują swe usługi bogatym mecenasom interesującym się antykami. Pułkownik odprawia z kwitkiem kilku natrętów, ale zdając sobie sprawę, iż póki nie pozna miejscowych stosunków, niewiele zwojuje, dochodzi do porozumienia z pewnym włoskim kapitanem żeglugi wielkiej, który 20 lat wcześniej zdradził morze dla pustynii i szczycił się nawet pewnymi sukcesami na polu egiptologii. Giovanni Battista Caviglia — bo tak nazywał się ów kapitan — zobowiązuje się za pieniądze Anglika przeprowadzić rzetelne wykopaliska wokół piramid w Gizie, a także dokonać wszelkich niezbędnych pomiarów wewnątrz i zewnątrz tych budowli.

Pan pułkownik nie zamierzał nadzorować „swego archeologa", gdyż nie miał powodów, aby mu nie ufać. Ubiwszy, jego zdaniem, doskonały interes i zostawiwszy sutą zaliczkę udał się w długą podróż w górę Nilu aż do granicy sudańskiej. W przyszłości chciał bowiem sam prowadzić wykopaliska, do czego musiał się należycie przygotować. A jak lepiej i szybciej można odbyć praktyczny kurs egiptologii nie udając się feluką na wycieczkę do Abu Simbel i z powrotem.

Po kilku miesiącach Mr Vyse niespodziewanie wrócił do Gizy i już w godzinę po pierwszym spotkaniu z Caviglią wybuchła awantura, od której ponoć trzęsły się piramidy. Okazało się bowiem, iż obaj dżentelmeni zupełnie się nie zrozumieli albo też nie chcieli, zrozumieć. Vyse, który płacił za wszystko, miał — w swoim mniemaniu —prawo wymagać, Caviglia zaś uważał się za bardziej uprawnionego do zabierania głosu w sprawach — powiedzmy — merytorycznych i sobie pozostawił swobodę wyboru czego warto szukać i gdzie należy kopać. Słowem, kapitan ośmielił się nie wykonać rozkazu pułkownika, czego ten ostatni nie mógł ścierpieć. Włoch, zamiast rozkopywać otoczenie Wielkiej Piramidy, biegać z calówką wokół Dostojnej Staruszki, ostukiwać jej ściany i zaglądać do wewnętrznych korytarzy (gdyby coś tam było, Arabowie na pewno by to znaleźli — powtarzał Anglikowi) i szukać po próżnicy ukrytych pomieszczeń (które są chyba tylko w umyśle tego zwariowanego pułkownika), pognał za — jego zdaniem — łatwiejszym łupem, jakim bez wątpienia było rozkopywanie okolicznych grobów w poszukiwaniu mumii i sarkofagów. Jakież więc było jego zdziwienie, gdy „Signor Howardo" na widok przedstawionych mu trofeów wpadł we.wściekłość, o jaką trudno go było nawet podejrzewać. Flegmatyczny, zdawałoby się, pułkownik wskazując palcem na świeżo odkopane mumie — nie nadzwyczajnej zresztą jakości — wrzeszczał, że nie interesuje go, co mają w brzuchach te trupy. Zapłacił za to, aby się dowiedzieć, co kryje się wewnątrz Wielkiej Piramidy, i tylko to chciałby wiedzieć. Po tej burzliwej dyskusji Signor Caviglia postanowił do końca życia nie zadawać się z Anglikami, a że — delikatnie mówiąc — czuł się zwolniony od współpracy, postanowił wracać do Europy. „Klimat Egiptu i Anglicy w dostatecznym stopniu nadszarpnęli mi zdrowie i nerwy" — napisał, po czym... związał się z następnym Anglikiem, lordem Elgi-nem, na którego utrzymaniu pozostawał aż do śmierci.

Wiemy już, iż Richard William Howard-Vyse był urodzonym żołnierzem, ale nie wiemy jeszcze — co się wkrótce okaże — iż nikim innym być nie potrafił, a już najmniej sumiennym, rzetelnym i cierpliwym badaczem ruin. Zbyt przesiąkł atmosferą koszar i oficerską butą, aby cackać się zbytnio z egipskimi starożytnościami. Obiekt, do którego się zabierał, traktował bardziej jako nieprzyjacielską twierdzę, którą — obojętnie jakim sposobem — należy zdobyć, ujarzmić i odrzeć ze wszystkich tajemnic, niż jako przedmiot badań naukowych. Nic dziwnego, że jego metody, żywcem przeniesione ze sztuki wojennej, od początku jego działalności w Gizie wzbudzały liczne protesty ze strony szczupłego jeszcze grona egiptologów. Zastanawiano się wówczas, czym właściwie jest strażnik piramid — słynny Sfinks z Gizy — czy w środku jest pusty, czy wypełniony skarbami, a może kryją się w nim jakieś tajemnicze korytarze.

Vyse rozwiązał ten problem bardzo prosto: ponieważ nie miał zwyczaju rozsupływać węzłów, które dają się przeciąć, zakupił najlepszy świder, jaki można było dostać w Egipcie i... przewiercił Sfinksa na wylot. Już po tygodniu mógł zakomunikować zainteresowanym, że kamienny lew o ludzkiej twarzy, zwany przez Arabów ojcem grozy, jest zwykłym os-tańcem skalnym, pozostałym zapewne po wybraniu kamieniołomu, z grubsza obrobionym i upodobnionym do figury króla zwierząt.

Poczynania Vyse'a po części są usprawiedliwione obyczajami, jakie wówczas panowały w „archeologicznym półświatku". Belzoni, niedoszły mnich, jarmarczny siłacz, bożyszcze europejskiej gawiedzi i gwiazda znanego Sadler's Wells Theatre, największy wówczas autorytet w dziedzinie „egiptologii stosowanej", używał do otwierania komór grobowych taranu własnej konstrukcji, w słynnej zaś „Pyrami-dographii" Johna Greavesa, z której Vyse uczył się jak z podręcznika, znajdujemy kompromitujący autora pasus, w którym przyznaje on, iż z powodu słabego światła i mroku, jaki panował wewnątrz Komory Królewskiej w Wielkiej Piramidzie, nie mógł dokładnie przyjrzeć się sarkofagowi, a że był bardzo ciekaw, z czego on jest wykonany, odłupał kawał i wyniósł na światło dzienne. Dzięki temu mógł stwierdzić, iż wykuto go z granitu...

Sfinks był pierwszą, ale nie ostatnią „ofiarą" szalonego pułkownika. Piramidy nie miały zbyt wiele czasu, aby opłakiwać swego „strażnika", jako że Howard-Vyse zabrał się do nich w następnej kolejności. Swych „metod" wykopaliskowych nie zmienił ani na jotę. Do Wielkiej Piramidy w Gizie wszedł jak ra-buś, każąc nieść za sobą wielką skrzynię pełną... materiałów wybuchowych — nie zamierzał bynajmniej wysadzić wiekowej budowli w powietrze, o nie, chciał jedynie upewnić się co do słuszności swoich podejrzeń, które nurtowały go od pewnego czasu. Otóż od roku 1765 wiedziano, iż nad Komorą Królewską znajduje się inna pusta komora, której zadaniem jest odciążenie stropu, zbudowanego z dziewięciu bloków o wadze 50 ton każdy (są to najcięższe bloki w całej piramidzie). Odkrycia tego dokonał Nathaniel Davison, późniejszy angielski konsul w Algierze — dlatego pomieszczenie to nazywamy czasami Komorą Davisona. Howard-Vyse, mający niezłe przygotowanie inżynieryjne, prawidłowo obliczył, iż jedna komora odciążająca to za mało jak na monstrualny ciężar bloków nad nią spiętrzonych i że muszą być jeszcze inne. Aby się przekonać, czy ma rację, założył silny ładunek wybuchowy, podpalił lont i po dłuższej chwili, gdy kurz nieco opadł, mógł już spokojnie wejść do pomieszczenia, którego istnienia słusznie się był domyślał. Całą operację powtórzył trzy razy z rzędu, za każdym razem z podobnym skutkiem, okazało się bowiem, że nad bezpieczeństwem stropu przykrywającego Komorę Królewską czuwało aż pięć komór odciążających, leżących jedna nad drugą. Każda okazja — jak się okazuje — jest dobra, aby przypodobać się zwierzchnikom; odkryte przez siebie pomieszczenia Mr. Howard-Vyse nazwał Komorą Wellingtona, Komorą Nelsona, Lady Arbuthnot i pułkownika Campbella, ówczesnego konsula angielskiego z Aleksandrii...

Włamując się po kolei do tych pomieszczeń miał on być może cichą nadzieję, że uda mu się odnaleźć jakieś wartościowe przedmioty ukryte tam przez kapłanów — może słynną zastawę grobową Cheopsa lub choćby jej część. Ostatecznie zadowoliłby się nawet kilkoma naczyniami — a tu nic. Kompletna pustka! Cały jego łup, nad którego zdobyciem tyle się nabiedził, stanowiło kilka napisów hieroglificznych wykonanych byle jak, czerwoną farbą. Nie było to odkrycie o jakim śnią archeolodzy a szczególnie łowcy zabytków, toteż z początku Anglik był wyraźnie rozczarowany. Ale później, gdy zorientował się w treści owych inskrypcji, rozpogodził się i z radością zatarł ręce. Odkrył bowiem coś o wiele cenniejszego od złota. Jeden z napisów, będący najwyraźniej podpisem ekipy kamieniarzy zatrudnionych przy budowie, zawierał imię faraona Chufu, drugiego władcy IV dynastii, znanego lepiej pod greckim imieniem Cheopsa.

Była to prawdziwa sensacja. Dotąd bowiem poza niepewnym przekazem Herodota egiptolodzy nie mieli żadnych archeologicznych przesłanek, aby Wielką Piramidę w Gizie kojarzyć z Cheopsem. Pierwszego dowodu dostarczył właśnie Vyse. Był to w dodatku dowód pewny i niezawodny, informacja z pierwszej ręki, bo od budowniczych tej tajemniczej budowli. Odtąd w przewodnikach, podręcznikach, opracowaniach monograficznych na trwałe rozgościło się nowe określenie: Piramida Cheopsa w Gizie.

Howard-Vyse jeszcze kilka miesięcy buszował we wnętrzu Piramidy Cheopsa, oczyścił tam między innymi tzw. przewody wentylacyjne prowadzące do Komory Królewskiej — za co niech mu będzie wieczna chwała, gdyż zaduch i żar w środku budowli stał się przez to bardziej znośny, potem przeniósł się w pobliże piramidy Mykerinosa (najmniejsza z trzech piramid w Gizie). Zafascynowały go tam monstrualne bloki kamienne, z których zbudowana jest świątynia grobowa Mykerinosa (najcięższe ważyły po 220 ton — rekord Starego Państwa!). Postanowił odnaleźć oryginalne wejście do tej piramidy, przy czym poszukiwania rozpoczął nie od zewnątrz, jak należałoby oczekiwać, ale od... wewnątrz. Na koniec pomierzył w miarę starannie wszystkie trzy siostry i z poczuciem dobrze — bardzo dobrze — spełnionego obowiązku wobec swych młodzieńczych marzeń wrócił do Anglii.

Zanim jednak wsiadł na statek, wyekspediował drogą morską do Londynu swoje trofea: bazaltowy sarkofag znaleziony we wnętrzu piramidy Mykerinosa wraz z drewnianą pokrywą od trumny i mumią :— te dwa ostatnie zabytki są dziś w Muzeum Brytyjskim w Londynie, sarkofag zaś spoczywa na dnie Morza Śródziemnego, gdyż statek, który go wiózł, zatonął w czasie burzy morskiej. Wkład pułkownika do egiptologii znacznie zmalał, gdy po dokładnych badaniach w laboratorium British Museum okazało się, iż pokrywę trumny wykonano w piętnaście wieków po Mykerinosie, w tzw. Epoce Późnej, mumia zaś — o której znalazca nieśmiało przebąkiwał, iż być może jest mumią samego Mykerinosa — okazała się produktem epoki chrześcijańskiej.

Po wyjeździe Howard-Vyse'a Giza wyglądała jak po przejściu huraganu. Należałoby więc potępić metody pana pułkownika, gdyby nie szlachetny obyczaj robienia szczegółowych notatek, który rozgrzeszył go w oczach nauki. Dzięki tym notatkom i paru operacjom przeprowadzonym bez pomocy materiałów wybuchowych, za to przy pomocy fachowców, uchodzi on nawet za jednego z pionierów egiptologii.

Po wyrzuceniu na bruk — a raczej — na piasek kapitana Caviglii, Howard-Vyse zaangażował na jego miejsce angielskiego inżyniera, Johna Shae Perringa. Perring w dzień układający tory kolejki łączącej kamieniołomy w El-Meks koło Aleksandrii z morzem, a w nocy śniący o rzeczach wielkich, bez wahania porzucił dotychczasowe zajęcie, zostając najpierw pomocnikiem, a potem następcą naszego pułkownika. Razem opublikowali oni w latach 1840 —1842 w Londynie staranną trzytomową publikację noszącą nieco przydługi tytuł: „Prace przeprowadzone przy Piramidach w Gizie w roku 1838, wraz z opisem Podróży do Górnego Nilu i Apendyksem zawierającym pomiary Piramid w Abu Roasz wykonane przez J.S. Perringa". Książka ta, jedna z pierwszych publikacji egiptologicznych, mimo pokaźnej objętości i nie zawsze klarownej treści, stała się bestsellerem. Wybuchło wokół niej sporo wrzawy, bo dzieło zasługiwało na to. Na pomiarach i obliczeniach tam zawartych oparli swe okultystyczne teorie pierwsi angielscy piramidomani, do których powrócimy jeszcze na łamach tej książki. Wprawdzie później okazało się, iż nie wszystkie dane zawarte w „Pracach" były prawdziwe, a pomiary często mało dokładne, ale na jakiś czas magia i mistyka piramid zdobyła sobie taki rozgłos, iż walka z nią okazała się prawie niemożliwa, czego skutki dają się odczuć i dzisiaj. Ale o tym za chwilę.