Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia
- zaręczyny
- projekty domów dwurodzinnych
- serce choroby serce leczenie serca



A A A

Piramidomanii ciąg dalszy

Przez całe życie Petrie oblegał mury Ciemnogrodu. Zawzięcie tępił fantastów, naukowych szarlatanów, a przede wszystkim piramidologów i piramidiotów. Już jego pierwsza książka: „Piramidy i świątynie w Gizie" uznana została przez świat naukowy za współczesny „młot na czarownice" — niezwykle cenny oręż przeciwko okultystom, zwolennikom magii piramid i tym wszystkim, którzy wiedzę o Egipcie czerpią z „Sennika Egipskiego", a nie z naukowych podręczników.

Petrie miał bardzo trzeźwy pogląd na temat piramid. Tam, gdzie inni widzieli zaklęte tajemnice wszechświata, dzieło rozumnych istot z kosmosu lub produkt boskiej inspiracji, on dostrzegał tylko znane mu skądinąd przyrodzone cechy Egipcjan, jak biegłość w operowaniu wielkimi masami ludzkimi, znajomość astronomii (choć daleko im było w tej dziedzinie do Chaldejczyków) oraz niesłychaną wprawę w obróbce i transporcie kamieni. „Trzeba powiedzieć naszym czytelnikom — pisał — że nadzwyczajne urojenia i nieścisłości na temat Wielkiej Piramidy są pożałowania godnym nonsensem. Profetyczne teorie, które autorzy tworzą niezmordowanie, są niczym innym jak tylko starymi przepowiedniami snutymi już od lat sześćdziesięciu, zawsze przepowiadającymi przyszłość tylko na kilka lat z góry, kiedy zaś czas pokazuje coś zgoła innego, przetasowuje się te karty i układa nowego pasjansa dopasowanego do nowych realiów i nowych wydarzeń. Wróżenie na 50 lat z góry byłoby dla tych jasnowidzów na pewno bezpieczniejsze, ale już nie tak sensacyjne".

Wystąpienie Petriego potraktowane zostało przez egiptologów jako „sygnał do rzezi." Za przykładem sławnego profesora poszli jego młodsi koledzy po fachu i na zwolenników mistyki piramid, wyznawców teorii o boskiej inspiracji, odwiedzin z kosmosu zewsząd posypały się tęgie razy. Problem był nabrzmiały, książki na tematy związane z Egiptem - ziemią tajemnic i kolosów, szły jak woda, toteż aby przeciwdziałać „mistycznej chorobie" szerzącej się z szybkością i gwałtownością epidemii — zabrali głos po kolei wszyscy wielcy egiptolodzy. Krajan Petriego, Wallis Budge (1857—1934) wypowiedział się w tej sprawie we wstępie do kolejnego wydania swej książki „The Nile": „Trzeba to dobitnie, raz jeszcze podkreślić — pisał — że piramidy były grobami faraonów i niczym więcej. Nie ma żadnych przekonywających dowodów, że powodem ich wybudowania były obserwacje astronomiczne, teoria zaś, która mówi, że Wielką Piramidę w Gizie wzniesiono po to, aby służyła jako wzorzec miary, jest pomysłowa, ale bezwartościowa".

Niemiec Ludwig Borchardt (1863—1938), wielkiej sławy egiptolog, współautor „Katalogu Muzeum Kairskiego" i autor wielu dzieł z dziedziny archeologii poświęcił „piramidiotyzmowi" całą książkę zatytułowaną „Przeciwko mistyce liczb związanej z Wielką Piramidą w Gizie" („Gegen die Zahlenmystik an der grossen Pyramide bei Gise"), którą wydał drukiem w Berlinie w roku 1922. Z jakim skutkiem?

Bajka Smytha, Taylora, Eytha okazała się zbyt piękna, aby umrzeć tak z dnia na dzień od pierwszego ciosu. Jak każda teoria zbudowana na ludzkiej naiwności miała wyjątkowo twardy żywot, toteż mimo nieubłaganej krucjaty, jaką przeciwko fantastom prowadziła naukowa egiptologia, co jakiś czas odradzała się znowu, tyle że w nieco zmienionej postaci — zawsze jednak dostosowanej do nowego obrazu wiedzy, mody, nastrojów, słowem, zapotrzebowania społecznego.

Mimo sprzeciwu i opozycji ze strony tradycyjnej nauki świat wariował (i wariuje) nadal, tumaniony rzez pseudonaukowych opętańców, których poza Wielką Piramidą w Gizie i Egipcjanami interesowały pieniądze i teoretyczne granice ludzkiej naiwności, kto wymyśli większą bzdurę? Czyja bzdura rozejdzie się w większym nakładzie? Autorzy, podjudzani przez wydawców, którzy w piramidomanii i naukowym bajkopisarstwie odkryli prawdziwą żyłę złota, prześcigali się w wynajdowaniu nowych rewelacji, w wyrywaniu Wielkiej Piramidzie coraz to nowych tajemnic: „Apokalipsy Cheopsa", „Przepowiednie piramid", „Zagadki Wszechświata zaklęte w Wielkiej Galerii", „Nieznana historia człowieka odczytana z wymiarów Korytarza Zstępującego", „Tajemnica Komory Królowej" — ludzie łapczywie rzucali się na tę wielokrotnie już odgrzewaną strawę duchową, jakiej nie skąpiły im wielkie oficyny wydawnicze. Literatura ta czyniła prawdziwe spustoszenie w umysłach podatnych, nie przygotowanych, nie uodpornionych. Nie dziwota! Wszak najniebezpieczniejsze są wybuchy „bomb bestseller owych". Bo jeśli — proszę państwa — między tryby reklamowej maszynki dostanie się książka pełna błędów, która w imię nauki lansuje zwykłe brednie, wtedy — uwaga — zaczyna tykać bomba bestselleru! Jeśli wybuchnie, ofiar może być i pół miliona! Żmudna robota podręczników i solidnej popularyzacji wniwecz się obróci! Na pobojowisku pozostanie kilkaset tysięcy ogłupiałych i zdezorientowanych, ludzie nauczą się setki błędów, nieścisłych informacji, bałamutnych komentarzy, nieprawdziwych faktów, interpretacji wyssanych z palca, pseudonaukowych teorii. To już po stokroć lepsze są wydawnicze niewypały!

W roku 1925 w Londynie wybuchła taka właśnie bomba. Zatytułowana była ona niewinnie „Wielka Piramida", a „podłożył" ją niejaki Basil Steward. Nadzwyczajna popularność tego „bestselleru nad bestsellerami" zmusiła samego Flindersa Petrie do napisania stosownego komentarza, w którym sławny archeolog starał się sprostować rewelacje autora. Na nic się zdały te wysiłki! Mr. Stewart po prostu trafił w dziesiątkę. Jego książka mówiła o tym o czym każdy rad by wiedzieć jak najwięcej — tzn o tym, co będzie.

„Wielka Piramida" dotyczyła przeszłych i przyszłych dziejów świata od roku 1844 do 20 sierpnia 1953, kiedy to miał nastąpić koniec świata. Proroctwo opierało się na pomiarach (calowych, oczywiście) wnętrza piramidy Cheopsa. „Oś czasu" Anglik przeprowadził przez środek Komory Królewskiej przejście, przedsionek i kawałek Wielkiej Galerii. Na tej osi oznaczył przełomowe daty w historii ludzkości odpowiadające układowi pomieszczeń i ich wymiarów. Wróżba wyglądała więc następująco: 1 sierpnia 1914 roku ludzkość weszła do niskiego korytarza (poniżenie i upodlenie I wojny światowej), którego wyszła dnia 11 listopada 1918 roku do przestronnego przedsionka, w którym — w stanie względnej, ale nie za wielkiej szczęśliwości — będzie trwała aż do 29 maja 1928 roku (notabene, książka ukazała się w roku 1925), kiedy to znów schyli głowę (jakieś nieszczęścia?) wchodząc do Komory Królewskiej. Sama „komora" miała być dla ludzkości okresem wielkiej szczęśliwości, prawdziwym „złotym wiekiem", jako że jest to pomieszczenie, w którym nie trzeba chylić czoła ani zginać karku, można tam się natomiast wyprostować i nabrać powietrza w płuca. Sztuki i nauki miały wówczas wybujać wysoko — jak tylko na to pozwala wysokość Krypty Cheopsa — ludziom zaś miało się żyć dostatnio i szczęśliwie. Aż do feralnego 20 sierpnia 1953 roku.

Historia, jak widać, nie potwierdziła tej przepowiedni. Wedle Basila Stewarta „okres wielkiej pomyślności" zacząć się miał w roku 1936 (agresja Hiszpanii i wielkie przygotowania do wojny w Europie), kulminacja zaś „złotego wieku" miała natąpić w roku 1945 (wybuch pierwszej bomby atomowej!). Z końca świata też nic nie wyszło; dnia 10 sierpnia 1953 roku świat skończył się jedynie dla sułtana Maroka, który przypadkowo tego właśnie dnia został zdetronizowany przez Francuzów.

Minęło ledwie pięć lat od ukazania się „Wielkiej Piramidy" Stewarta, a Budge i Petrie znowu zmuszeni byli zabrać głos w starej kwestii. Pytanie: "Kto i po co wybudował Wielką Piramidę?" ciągle wzbudzało kontrowersje. Budge potępił „naukowych odszczepieńców" ze stanowiska kustosza Muzeum Brytyjskiego, Petrie zaś „ex cathedra" Uniwersytetu Londyńskiego. Do tej dwójki „niezłomnych obrońców nauki" wkrótce przyłączyli się i inni. Niemal każda poważna książka na temat Egiptu, jaka ukazała się w owym czasie, zawierała jakiś mniejszy bądź większy passus poświęcony okultystom, fantastom, mistykom eksploatującym najmodniejszy najatrakcyjniejszy wówczas temat — tajemnice piramid. W roku 1928 amerykański archeolog Arthur napisał we wstępie do monumentalnego opracowania dziejów starożytnego Egiptu: „należy wspomnieć w tym miejscu, że współczesne teorie przypisujące prorocze właściwości wymiarom i układom pomieszczeń wewnątrz Wielkiej Piramidy w Gizie są całkowicie bezpodstawne i żaden zdrowo myślący egiptolog ich nie popiera". W trzy lata później inny Amerykanin, George A. Reisner, użył już słów dużo ostrzejszych, bo i problem stał się bardziej palący: „Zupełnie innego rodzaju — pisał — jest zainteresowanie wzbudzane przez rzekome tajemnice piramid i ich twórców. Rozprawy na ten temat nigdy nie miały żadnej wartości archeologicznej i nie zasługują na najmniejszą wzmiankę".

G.A. Reisner (1867—1942) w chwili, gdy zabierał głos w sprawie piramidomanii, był już uczonym o ugruntowanej sławie naukowej. Wykształcony na Harvardzie (studiował tam prawo!) i w Berlinie miał więcej szczęścia niż Sir Flinders; w annałach egiptologii zapisał on się na trwałe kilkoma znakomitymi odkryciami, z których najwięcej sławy przysporzyło mu odnalezienie w roku 1925 nietkniętego grobowca królowej Hetepheres, matki Cheopsa. Ale nawet autorytet uczonego tej miary nie przekonał spadkobierców Piazzi Smytha i Johna Taylora. Dysputa piramidologiczna trwała nadal, a spór wokół mistyków, cyfr i profetyzmów, związanych z Wielką Piramidą przypominał wielki wyścig zbrojeń. Po obu stronach kuto nowe argumenty, przygotowano nowe dowody uciekając się do pomocy techniki, wynalazków, ostatnich zdobyczy nauki itd. itp. Piramidiotyzm tępiony niczym herezja, obłożony interdyktem tradycyjnej egiptologii rozwijał się jednak w najlepsze, raz po raz notując na swym koncie podziwu godny sukces wydawniczy.

„Wielka Piramida" Basila Stewarta (1925) nie była ostatnim słowem piramidomanów. Sprawiała wprawdzie wrażenie „najwyższego wcielenia bzdury", ale nie była nim. Na tronie nonsensu zastąpiła inną „Wielką Piramidę i jej duchowy symbolizm" — braci Johna i Mortona Edgarów (1924) — tylko po to, aby dwa lata później ustąpić miejsca następnej „Wielkiej Piramidzie i jej świętemu posłannictwu" pióra niejakiego Davidsona (1927).

Wszystkie te dzieła, będące kamieniami milowym na drodze nonsensu przez wieki, okazały się być niczym innym jak tylko nowymi adaptacjami starych szlagierów Smytha, Taylora i Eytha. (W dziedzine piramidomanii już wtedy trudno było wymyślić coś naprawdę nowego). Edgarowie podobnie jak Steward i Davidson co krok odwołują się do autorytetu Królewskiego Astronoma Szkocji, którego poglądy o dziwo — mimo kolosalnego postępu nauki nic nic nie straciły na aktualności. Tak więc stare, liczące osiemdziesiąt lat karty zostały przetasowane, a egipski pasjans ułożony na nowo, z tą tylko różnicą, że stare oklepane argumenty zostały ukryte wewnątrz talii, a nowe „pomysły" wyłożone na stół.

Najmodniejszą tajemnicą roku pańskiego 1927 stała się sprawa dziwnego usytuowania Wielkiej Piramidy — rzekomo w samym środku Ziemi. Ktoś podumał nad atlasem i doszedł do wniosku, że południk i równoleżnik przecinające się w Gizie (wewnątrz Piramidy Cheopsa!) są najbardziej „ziemskie" ze wszystkich południków i równoleżników, jako że obejmują one najwięcej lądów a najmniej mórz i oceanów. Smyth proponował w swoim czasie, aby południk Wielkiej Piramidy" nazwać południkiem zero, gdyż: „Giza bardziej zasługuje na ten zaszczyt niż Greenwich".

Sensacji doszukiwano się nawet w tak prostym fakcie, iż ani wewnątrz, ani na zewnątrz Wielka Piramida nie posiada żadnych reliefów, napisów hieroglificznych, upiększeń itd. „Czyż można uznać za dzieło człowieka — zapytywano — taki pomnik czystej, boskiej formy pozbawiony jakichkolwiek dekoracji i ozdóbek, w których tak lubują się ludzie?", można! Grobowiec Cheopsa nie jest w tym względzie wyjątkiem, gdyż żadna z piramid 4 dynastii nie jest inskrybowana! Tak zwane Teksty Piramid pojawiają się dopiero w czasach 5 dynastii. Niechlubnym wyjątkiem od tych reguł jest bombastyczny dytyramb, wyryty w piśmie hieroglificznym obok wejścia do piramidy Cheopsa przez Karla Richarda Lepsiusa na cześć... cesarza Wilhelma i jego podróży bliskowschodniej. Dodajmy, że K.R. Lepsius (1810-1884) nie był żadnym zwykłym wandalem, ale poważnym naukowcem, autorem 142 (!) prac naukowych, głównie z dziedziny egiptologii. To on po raz pierwszy wyodrębnił zasady kanonu w rzeźbie egipskiej i zbiór tekstów grobowych ochrzcił mianem „Księgi Umarłych". Tego dnia, gdy hieroglificznym dytyrambem postanowił odwdzięczyć się Jego Cesarskiej Mości za pomoc —- głównie finansową - nie czuł się chyba najlepiej. A wracając do sprawy napisów i dekoracji na piramidach: Herodot wspomina wprawdzie o jakichś inskrypcjach i reliefach jakie widział na ścianach piramid w Gizie, ale najprawdopodobniej chodziło mu o którąś ze świątyń, bądź mastab, od których aż roi się w pobliżu. Nie zapominajmy, że od Cheopsa do Herodota upłynęło mniej więcej tyle samo czasu, co od Herodota do czasów nam współczesnych, dlatego do informacji ojca historii należy podchodzić z dużą rezerwą.

Wszystko, co dotyczyło piramid egipskich, było i jest nadal niezmiernie ciekawe, ale nie dlatego ludzie wykupywali kolejne wydania dzieł Edgarów, Stewarta, Davidsona i innych. Najciekawsze były owe wróżby, senniki, klątwy faraonów i przepowiednie dotyczące końca świata. W dobie wielkiego kryzysu ulubioną lekturą w Anglii i na kontynencie były przepowiednie egipskie dotyczące wybuchu wojny, głodu na świecie, „złotego wieku" itd. Ludzie z zapartym tchem czytali, jak to kapłani egipscy przewidzieli upadek Konstantynopola, wybuch I wojny światowej, zabójstwo arcyksięcia Ferdynanda, bitwę pod Waterloo, ucieczkę Żydów z Egiptu i datę przyjścia na świat Zbawiciela. Wszystkie te informacje zaklęte w wymiarach tzw. Wielkiej Galerii Komory Królewskiej bądź Korytarza Zstępującego, czytane geniuszem piramidologów, wydane nakładem szanujących się wydawnictw, staraniem autora podawane oto były po raz pierwszy do publicznej wiadomości. Słowem, sensacja!? Być może. Szalenie pouczające jest porównanie dajmy na to „Wielkiej Piramidy" braci Edgarów z „Wielką Piramidą" Davidsona. Korzystając z tych samych danych, opierając się na pomiarach tej samej Wielkiej Galerii, która — notabene — jest największym pomieszczeniem wewnątrz grobowca Cheopsa, Edgarowie wydedukowali, że Chrystus urodził się w 2 roku p.n.e., podczas, gdy Davidson doszedł do wniosku, iż Zbawiciel przyszedł na świat w roku 4 p.n.e. Widać cal calowi nierówny...