Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia



A A A

Piazzi, będziesz astronomem

William Henry Smyth (1788—1865) był królewskim admirałem, jednym z najświatlejszych umysłów w całej brytyjskiej flocie — jego opracowania z dziedziny nawigacji używane były jeszcze w czasie I wojny światowej. W swym życiu żeglarza Sir William więcej się namachał piórem niż szpadą; ledwie powąchał prochu na wojnie z Francuzami, a już został dowódcą floty stacjonującej na dalekich tyłach w Neapolu, gdzie żadne odgłosy wielkich wydarzeń na frontach Europy nie przeszkadzały mu w gromadzeniu dzieł sztuki i pisaniu podręczników żeglarstwa. Smyth prowadził nawet własne wykopaliska nad Zatoką Neapolitańską, gdzie mógł być blisko swych dwóch pasji — morza i antyków.

W uznaniu zasług naukowych w roku 1821 Smyth-senior został członkiem dwóch towarzystw królewskich: Towarzystwa Starożytności oraz Królewskiego Towarzystwa Astronomicznego. Wkrótce po przejściu na emeryturę wybudował w swojej angielskiej posiadłości prywatne obserwatorium astronomiczne, skąd dokonywał jak najbardziej prywatnych obserwacji gwiazd. Jak podaje słownik biografii angielskiej, w kwiecie wieku został on członkiem prawie wszystkich naukowych i literackich towarzystw europejskich. Jak na człowieka, który sam o sobie pisał, iż jest spadkobiercą korsarzy, to bardzo wiele.

W chwalebnym, pełnym glorii i tryumfów życiu admirała łacno można by było przeoczyć zdarzenie, które przydarzyło mu się w roku 1815. Tegoż roku, nazajutrz po ostatecznym zwycięstwie Anglii nad Napoleonem, Smyth — podówczas admirał floty ńe-apolitańskiej — poślubił Annarellę Warington, z którą będzie miał sporą czeladź dzieci. Pierworodnemu z tego związku, który urodził się w Neapolu, dano dwa imiona: Charles Piazzi (po Giuseppe Piazziin, astronomie, sycylijskim).

Chłopak chował się zdrowo, był zdolny, ciekawy świata i ludzi, ale najbardziej interesowały go gwiazdy. Tak często synowie idą przez życie własną drogą, inną od tej, jaką wyznaczyli im rodzice, że wypadek Charlesa Piazzi Smytha wydaje się wyjątkowy, zarówno on sam, jak i jego ojciec, matka i znajomi chcieli tego samego — aby został astronomem. I tak się stało.

Już w czasie pierwszych podróży na statku ojca Charles Piazzi nauczył się zasad nawigacji, a pierwszą w życiu konstelację rozpoznał w wieku lat sześciu. Gdy miał lat szesnaście, pożeglował z ojcem do południowej Afryki, gdzie na Przylądku Dobrej Nadziei, w słynnym wówczas obserwatorium, zetknął się ze znanym — nam również — astronomem Sir Johnem Herschelem.

Przyjaźń i współpraca tych dwóch ludzi miała w przyszłości zaowocować wieloma wielkopomnymi dziełami. Złączyło ich wspólne zamiłowanie do gwiazd i fotografii, wspólna niechęć do europejskiego systemu metrycznego oraz nieprzeparta fascynacja... Wielką Piramidą w Gizie.

Ale na razie Smyth-junior wraca do Anglii, gdzie nie bez pomocy ustosunkowanego ojca robi błyskotliwą karierę akademicką. Rok 1845 zastaje go na stanowisku kierownika katedry astronomii uniwersytetu w Edynburgu, nominacja zaś na zaszczytne stanowisko Królewskiego Astronoma Szkocji (Astronomer Royal for Scotland) przychodzi niedługo potem.

W roku 1847 profesor Charles Piazzi Smyth zo staje wybrany członkiem Królewskiego Towarzystwa Naukowego. W tym czasie włącza się w burzliwą „dysputę metryczną" i — biorąc stronę obrońców cala — idzie w sukurs swemu mistrzowi i przyjacielowi, Sir Johnowi Herschelowi. Sytuacja jest bardzo trudna, w pewnym momencie decymaliści biorą górę i Smyth-junior musi się odwoływać do autorytetu Newtona, który podobno był zagorzałym przeciwnikiem centymetra. Ale kiedy i to nie wystarcza, kiedy nie skutkują ani angielski patriotyzm, ani angielski konserwatyzm, ani autorytety sław takich jak Herschel i Newton, wtedy Smyth sięga po argumenty ostateczne — odwołuje się do Biblii i do „Wielkiej Piramidy" Johna Taylora, dwóch najpoczytniejszych książek w Anglii wczesnych lat sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Sam też chwyta za pióro. Jego publikacje na temat piramid i cala są bardzo śmiałe — może nawet zbyt śmiałe. Smyth idzie dalej niż Taylor (niektórzy współcześni mu przedstawiciele świata nauki twierdzą, że zabrnął za daleko). Co przystoi bowiem przegranemu krytykowi literackiemu, żadną miarą nie licuje z godnością członka Królewskiego Towarzystwa Naukowego. „Kim pan właściwie jest, panie Smyth, królewskim astronomem czy piramidiotą" — brzmi oficjalne zapytanie postawione mu przez uczonych kolegów.

Konflikt Smytha z Towarzystwem, który od da wna wisiał na włosku, wybucha w chwili, kiedy zarząd Royal Society w Edynburgu nie udziela mu prawa głosu, gdy pragnie on przedstawić swoją nową teorię dotyczącą piramid. Obrażony występuje z Towarzystwa (wypadek bez precedensu!), a jego krok szeroko komentuje przychylna mu prasa londyńska. Jest wówczas tajemnicą poliszynela, że właściwy powód zatargu Królewskiego Astronoma Szkocji z Królewskim Towarzystwem Astronomicznym to różnica zapatrywań na temat profetyzmu, okultyzmu i magii cyfr związanych z Wielką Piramidą w Gizie.

Brzmi to — przyznajmy — jak wyrok w procesie o czary, ale Smyth bynajmniej nie ma najmniejszej ochoty dać się spalić na stosie. Broni się, i to bardzo skutecznie. Jeszcze tego samego roku własnym sumptem wydaje jadowity pamflet zatytułowany „Wielka Piramida i Towarzystwo Królewskie", w którym do cna ośmiesza zacne gremium.

Smyth znacznie zmodyfikował poglądy Taylora, swego poprzednika na tronie króla nonsensu. Twórcą piramid w Gizie, które według niego są najstarszymi dziełami człowieka, był nie Noe, ale jego syn Szem! Rola Egipcjan w tym olbrzymim przedsięwzięciu była minimalna. Dostarczyli oni tylko niewykwalifikowanej siły roboczej. Budową kierował Szem, nad wszystkim czuwał Bóg. Ponieważ inspiracja, natchnienie i dyrektywy szły prosto z nieba, robota szybko posuwała się naprzód.

Jahwe zdradził ponoć swemu architektowi kilka tajemnic dotyczących przyszłej historii człowieka. „Te tajemnice — wołał Smyth — trzeba czym prędzej wydrzeć piramidzie. Są one tam na pewno, zaklęte w kamieniu, zaszyfrowane w wymiarach, proporcjach. Należy rozszyfrować dostojną staruszkę w Gizie!" A kto tego dokona? Oczywiście profesor Charles Piazzi Smyth.

Mimo swych piramidologicznych zainteresowań Smyth nie zaniedbywał sprawy cala, mało tego, starał się nawet łączyć obie namiętności. Byłby idiotą, gdyby w sporze z angielskim światem naukowym nie wykorzystał całej armii tradycjonalistów, która stała za nim murem, gotowa sprzymierzyć się choćby z samym diabłem, byle tylko ukręcić łeb „francuskiej hydrze (sic!), która swymi centymetrowymi mackami oplata calową Brytanię". Szkocki astronom — trzeba mu to przyznać — miał zwinne pióro i wyraźny talent literacki: „Cal — pisał w jednym z niezliczonych pamfletów — to nie jest zwykła miara_długości, to oręż dany Brytyjczykom przez Boga. Cal to miara objawiona. Wszak Wielka Piramida w Egipcie została zbudowana w oparciu o cal hebrajski, który niczym prawie nie różni się od cala brytyjskiego".

Niestety, Smyth w świętym zapale nie dobierał zbyt starannie sojuszników. W Anglii było wówczas liczne grono wyznawców teorii głoszącej, iż Anglicy są jednym z zaginionych plemion Izraela. Twórcą tej teorii był niejaki Richard Brothers, szarlatan i jasnowidz, który sam się nazwał „bratankiem Wszechmogącego". Jego błyskotliwą i jak zwykle niebezpieczną karierę proroka we własnym kraju przerwała policja londyńska, która aresztowała go i osadziła najpierw w więzieniu, a potem w szpitalu dla umysłowo chorych. Powodem były przepowiednie Brothersa dotyczące śmierci króla angielskiego, w które wprawdzie nikt nie wierzył, ale zawsze...

Smyth zdawał się ulegać argumentacji „bratanka Wszechmogącego", skoro swoją „Odę do cala" zakończył takim pasusem: „Hebrajczycy przenieśli tę największą tajemnicę Wszechświata (tzn. cal — przyp. B.Ż.) z Egiptu do Anglii; tak jak z miejsca na miejsce przenosi się wiecznie płonący «święty ogień». Odrzucanie cala jest najdzikszą, najbardziej rwawą, najbardziej bezbożną rewolucją, w jaką nieodpowiedzialne jednostki wciągają nieświadomy naród". Nic dziwnego, że cal, mając takich obroń-ów, do dziś jest w Anglii podstawową miarą długości.

Obrzucanie błotem decymalistów, powoływanie się na autorytet Biblii, szukanie i znajdowanie teoretycznych argumentów na niwie egiptologii, a ściślej piramidologii, było zadaniem stosunkowo łatwym, trudniej było udowodnić, iż Egipcjanie naprawdę posługiwali się calem identycznym z brytyjskim. Aby tego dowieść i przekonać niedowiarków, należało udać się do Egiptu, wejść do wnętrza Wielkiej Piramidy i znaleźć tam jeden lub kilka przekonywających dowodów.

Smyth, coraz bardziej przyciskany do muru, w imię nauki i dla ochrony własnego imienia — bo nawet własna rodzina, nie tylko Towarzystwo Królewskie, zaczęła uważać go za czarną owcę — udaje się do Gizy, aby znaleźć tam „brakujące ogniwo" i przekonać Anglię, że Cheops posługiwał się calem w takim samym stopniu, jak Napoleon Bonaparte używał centymetra. Egipska wyprawa szkockiego astronoma miała również udowodnić światu, iż cal został dany ludziom po to, aby tworzyli rzeczy wielkie, takie jak Piramida Cheopsa lub... Imperium Brytyjskie. W Gizie spędza Smyth zimę 1864/1865. Nie marnuje czasu. W dzień, gdy żar jest nieznośny, siedzi w pokoju hotelowym i pisze kolejną filipikę przeciwko decymalistom, pod wieczór zaś, z lampą naftową w dłoni, wchodzi do wnętrza Wielkiej Piramidy i mierzy, mierzy, mierzy...

Towarzyszy mu wszędzie żona, która wiernie sekunduje mężowi w jego (drugiej po piramidach) życiowej pasji — fotografii. Małżonkowie Smyth dokonują przy pomocy magnezji pierwszych udanych zdjęć wnętrza Piramidy Cheopsa! Poza tym Mr. Charles bez ustanku pomstuje na arabskich przewodników, którzy nachalnie oferują mu swoje usługi, ale jeszcze bardziej denerwują go turyści — to przez nich w ciągu kilku godzin piramida jest dla niego praktycznie niedostępna. Do furii doprowadza go głupota Europejczyków i Amerykanów, którzy dają bakszysz tylko za to, aby ich imię zostało wyryte na jakimś wolnym kawałku kamienia możliwie jak najbliżej szczytu piramidy. Poczciwy astronom nie rozumie, że ten zupełnie niewinny zwyczaj nie szkodzi w ogóle piramidzie, gdyż przedsiębiorczy Arabowie co jakiś czas pokrywają stare napisy nową warstwą wapna, aby zyskać miejsce pod następne inicjały.

Plonem tej zimy spędzonej oko w oko z kolosem z Gizy stała się książka „Życie i praca przy Wielkiej Piramidzie". Trzytomowe to dzieło (Londyn 1867) zawierało oczywiście wszystkie argumenty potrzebne do rozprawienia się z opozycją. Dowód, jakiego szukał, znalazł Smyth w pomieszczeniu poprzedzającym Komorę Królewską. Wypukłość na powierzchni jednego z bloków przeoczona lub najprawdopodobniej celowo pozostawiona przez kamieniarzy, którzy w ten sposób ułatwiali pracę tragarzom i murarzom zamocowującym ów blok na swoim miejscu, została zmierzona i uznana za „egipski wzorzec cala" (pomiary te nie były widać zbyt dokładne, skoro kilka lat później jeden ze zwolenników Smytha złapany został przez dozorców wewnątrz piramidy, jak przypiłowywał ów wzorzec do jego „idealnych" wymiarów).

Aby dobić swych przeciwników i udowodnić oponentom, że racja jest po jego stronie, Smyth zmierzył raz jeszcze obwód Wielkiej Piramidy, podzielił go przez ilość dni w roku, potem jeszcze przez 100 i trzymał dokładną wartość brytyjskiego cala. „Jakże można — wołał — w świetle takich niezbitych dowodów zrywać z tradycją, trwającą nieprzerwanie od 4,5 tysiąca lat i porzucić system calowy na rzecz jakiejś metrycznej fanaberii". Książka „Życie i praca przy Wielkiej Piramidzie" stała się od razu bestsellerem, ale przez świat naukowy została przyjęta bardzo chłodno. Zarzucano autorowi, że nagina fakty, żongluje cyframi i na pewno w skrytości ducha śmieje się w kułak z naiwności czytelników. Przeciwko tym wszystkim niedowiarkom Smyth wytoczył „kolubrynę" — nowe poprawione wydanie dzieła swego życia, którym bez wątpienia było liczące 600 stron, dwutomowe „Nasze dziedzictwo w Wielkiej Piramidzie".

To „fundamentum piramidologiae" ukazało się w Londynie w 1864 roku nakładem znanego wydawnictwa i szybko doczekało się kilku wznowień. Cyfry, pomiary, obliczenia przytoczone na łamach tej księgi długo były deliberowane w gabinetach uczonych i w londyńskich salonach. „Nasze dziedzictwo" dało początek nie kończącym się spekulacjom i przepowiedniom, dotyczącym nawet... końca świata.

Mnożąc, dzieląc, dodając poszczególne wymiary — dajmy na to mnożąc powierzchnię podstawy przez średnicę koła wpisanego w ścianę boczną i odejmując od tego połowę wysokości — dochodzono do najbardziej nieprawdopodobnych wniosków. Okazało się mianowicie, iż w monumentalnych proporcjach piramidy, w układzie jej wewnętrznych pomieszczeń, zaszyfrowana jest przeszła i przyszła historia świata, ciężary atomowe wszystkich ziemskich pierwiastków, wiek kobiecego i męskiego (!) klimakterium, długość ciąży u ludzi i u zwierząt, słowem: „summa" wiedzy ludzkiej, nie licząc kilkunastu wskazówek praktycznych od twórców piramid dla... współczesnych budowniczych. Okultyści i poważni matematycy na wyścigi żonglowali „liczbami faraonów" otrzymując zadziwiające rezultaty. Ktoś na przykład wyczytał z piramidy liczbę określającą ilość ludzi na Ziemi w roku pańskim 1864, ktoś inny dokładną datę narodzin... Chrystusa. Samych prób przewidzenia końca świata i wybuchu I wojny światowej było kilkadziesiąt.

Smyth w tej licytacji nonsensu starał się zachowywać umiar i powściągliwość, ale w końcu i on dał się ponieść fantazji. W oparciu o własne obliczenia przepowiedział „małą apokalipsę", która miała się wydarzyć na Ziemi w roku 1881. Kiedy jednak szczęśliwie minął ów feralny rok i na świecie poza zamordowaniem cara Aleksandra II nic się strasznego nie wydarzyło — Mr. Smyth stwierdził, że jeśli historia nie potwierdza jego przepowiedni, to widać myli się historia.

Publiczne wystąpienia, nieudane proroctwa i wrodzona zapalczywość, przejawiająca się w nieprzemyślanych pamfletach i publicznych filipikach, przysporzyły Smythowi tyluż wrogów co przyjaciół. Naukowa egiptologia, która wówczas wychodziła z powijaków, ogłosiła go szarlatanem) astronomowie również odnosili się nieufnie do jego ubocznych zainteresowań.

W sporze z egiptologami, astronomami i całym trzeźwo myślącym światem mógł profesor Charles Piazzi Smyth liczyć na brytyjskich obrońców cala, których był duchowym liderem oraz na licznych i zagorzałych przeciwników teorii ewolucji, sformułowanej przez Charlesa Roberta Darwina (1809— —1882).

Smyth twierdził, iż już od zarania dziejów, człowiek był istotą wysoce rozumną, gdyż inaczej nie mógłby tworzyć tak doskonałych budowli. Darwiniści, oczywiście, twierdzili coś zgoła przeciwnego. Spór toczył się więc w najlepsze, ale na dobrą sprawę to obie strony mówiły o czymś innym; ich argumenty po prostu mijały się w czasie — dotyczyły bowiem zupełnie innych okresów w długiej historii człowieka.

W tym czasie egipska choroba przeniosła się na kontynent. W Niemczech zwolennikiem profesora Smytha i jego poglądów był niejaki Max Eyth, inżynier i pisarz w jednej osobie. Z piramidami zetknął się on po raz pierwszy zupełnie przypadkowo. W roku 1863 firma produkująca maszyny rolnicze wysłała go do Egiptu z ofertą handlową. Inżynier Eyth miał za zadanie sprzedać kedywowi kilka niemieckich pługów parowych. Ale w kraju, gdzie podstawową jednostką czasu jest wieczność, niczego nie załatwia się od ręki. Niemiec był niezłym fachowcem, ale nie miał za grosz smykałki do interesów. Trafił w dodatku na kupca nad kupce: kedyw targował się niczym sprzedawca sznurowadeł, decydował się i rozmyślał bez końca, ciągle przemyśliwając całą transakcję od początku.

A Herr Eyth czekał, czekał, czekał... Wreszcie, znudzony tymi nie kończącymi się przetargami, skorzystał z dobrej rady niemieckiego konsula w Aleksandrii i ruszył w podróż w górę Nilu, aby rozejrzeć się nieco po kraju faraonów. Pierwsze kroki skierował oczywiście do Gizy, gdzie zabawił dłużej, niż to było przewidziane.

W końcu jego misja handlowa — co było do przewidzenia — zakończyła się fiaskiem, a jedynym pożytkiem z pobytu w Egipcie stała się powieść dla młodzieży zatytułowana „Spór o piramidę Cheopsa" (rzecz dotyczyła sporu dwóch braci, z których jeden chciał rozebrać Piramidę i zbudować z niej tamę na Nilu, drugi zaś pragnął przywrócić jej dawną świetność. Było odrobinę prawdy w tej zmyślonej historii: w tym czasie powstał bowiem pomysł zbudowania tamy na Nilu w Kaliub, niedaleko od Gizy. Mu-hammad Ali rozpoczął nawet wstępne roboty, ale rychło ich zaniechano, zdaniem bowiem ekspertów zapora w tym miejscu byłaby niepraktyczna. Oczywiście nikt w tym celu nie chciał rozbierać piramidy Cheopsa).

Jednym z bohaterów „Sporu" był sam... Charles Piazzi Smyth, który występował tam jako Ojciec Józef Thinker. Na kartach swej książki Eyth przedstawił również swoje stanowisko w kwestii funkcji, początku i przeznaczenia piramid. W usta wyimaginowanych postaci powkładał kwestie piramidologiczne i poglądy, które czytelnikom musiały zapierać dech w piersiach; książka przeznaczona dla nastolatków wkrótce stała się szlagierem wśród dorosłych.

Teoria piramid Maxa Eytha dojrzewała przez 40 lat. W ostatecznej formie przedstawił on ją dopiero 14 lipca 1901 roku na posiedzeniu matematyków miasta Ulm, zorganizowanym z okazji rocznicy... zdobycia Bastylii. Już pierwszym zdaniem wypowiedzianym z mównicy Eyth zbulwersował zacnych matematyków. „Byłoby nonsensem sądzić — powiedział — że taka budowla powstała tylko po to, aby okryć zwłoki jednego tylko człowieka...".

Tymczasem Charles Piazzi Smyth — jak każda kontrowersyjna wielkość, wielbiony przez jednych, obrzucany błotem przez drugich — dożył późnej starości. Swych poglądów nie wyrzekł się nigdy, nawet w obliczu katastrofy, jaką stały się dla jego teorii dokładniejsze pomiary przeprowadzone w Gizie. To paradoksalne, ale śmiertelny cios jego koncepcji zadał człowiek, który z początku nie żywił doń wrogich zamiarów, mało tego, był jego gorącym zwolennikiem i swymi badaniami w Gizie starał się mu nawet pomóc. Niestety, nowe argumenty okazały się zabójcze dla starej sprawy. Panowie Petrie, ojciec i syn, obaj zwolennicy brytyjskiego systemu calowego, idąc w sukurs Królewskiemu astronomowi, oddali mu niedźwiedzią przysługę. A zapowiadało się to zupełnie inaczej...