Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia
- Ekspresowe wywoływanie zdjęć w atrakcyjnych cenach



A A A

Ogień przyszedł z Baalbek

„Ogień grecki — czytamy w „Nauce Rycerskiej" Flawiusza Wegecjusza Renata wydanej w Łowiczu w roku 1776 — z siarki, tłustości ziemnej, gumy, smoły i żywicy zrobiona materia i zapalona służyła rzucona z machin przyzwoitych do spalenia miasta lub wojska. Woda nie tylko ognia tego nie gasi, lecz bardziej rozżarza, nie w górę on, ale w bok i w dół moc swoją wywiera i chyba surowemi skórami albo octem z uryną i piaskiem zmieszanym ugaszony bywa. Wynalezienie ognia tego przypisują Galynikowi inżynierowi Heliopola miasta syryjskiego, którym on flotę nieprzyjacielską mającą 30 tysięcy ludzi spalił. Nazywamy ten ogień greckim od Greków, którzy go najpierw używać zaczęli".

Przez blisko pięćset lat „święty ogień Greków" chronił słabowite cesarstwo bizantyńskie przez zakusami Arabów, Turków, Bułgarów. Nic więc dziwnego, że mieszaninę Kallinikosa Bizantyńczycy uważali za dar nieba, zesłany przez Boga ku pognębieniu niewiernych. Wydarzenia, które doprowadziły do pojawienia się na arenie dziejów tej cudownej broni, miały miejsce w roku 634 nad rzeczką Jermak, 150 kilometrów na południe od Baalbeku.

Jermak to strumyk który spływa z góry Hermon, nawadnia równinę Dekapolis (Dziesięciu Miast) i kończy swój krótki, acz wartki bieg w Jeziorze Tyberiadzkim. W starożytności rzeka zwała się Hieromax. Okoliczni rolnicy czcili jej bożka opiekuńczego, wierząc, iż to dzięki niemu Hieromax nawadnia równinę Dekapolis, rodząc oliwki, daktyle i winne grona.

W roku 634 nad Jermakiem rozbiła namioty armia- Chaleda ibn al-Walida, jednego z największych wodzów islamu. W czasie gdy Arabowie czekali na posiłki z głębi półwyspu oraz na wieści z Medyny, od strony Jerozolimy zbliżał się cesarz bizantyński Herakliusz prowadząc 80 tysięcy chrześcijańskich żołnierzy, ściągniętych w pośpiechu z Europy, Azji, a nawet Afryki. Siły obu stron nie były równe. Chaled wiedział o tym aż nadto dobrze, ale liczył po cichu, iż liczebniejszym i lepiej uzbrojonym oddziałom cesarskim zdoła przeciwstawić dziki fanatyzm swych piechurów i niezwykłą operatywność swej pustynnej jazdy.

Sprawa zwycięstwa była kwestią otwartą. Z jednej strony bowiem cesarska piechota skuła się łańcuchami, przysięgając, iż prędzej polegnie, niż cofnie się z pola, z drugiej zaś za plecami Saracenów stanęły kobiety arabskie, uzbrojone w kije i kamienie, gotowe karać tchórzy opuszczających plac boju.

Dosłownie w ostatniej chwili Chaled otrzymał posiłki: z Arabii przygalopowało 8 tysięcy jeźdźców, przywożąc ze sobą upragnione wieści od Omara. Kalif błogosławił obrońców wiary słowami: „Raj jest przed wami, a za wami ogień piekielny".

Ale dostać się do raju nad Jermakiem nie było wcale łatwo. Bizantyńczycy stali murem, a armeńscy łucznicy razili nad wyraz celnie mierząc prosto w oczy Arabów. Trzy razy łamały się szeregi muzułmanów i trzy razy kobiety zawracały pierzchające oddziały, lżąc i bijąc uciekających z placu boju. Dopiero drugiego dnia bitwy, pod wieczór, gdy blisko 5 tysięcy wojowników Allacha i dwakroć tyle Bizantyńczyków padło trupem, linia piechoty cesarskiej rozluźniła się i poszła w rozsypkę.

Po klęsce nad Jermakiem cała Syria, aż do gór Taurus, dostała się w ręce niewiernych. Już następnego roku padł Damaszek, a wraz z nim dwa miasta-sanktuaria, słynne z olbrzymich starożytnych świątyń: Emessa i Eeliopolis. Herakliusz uciekł aż do Konstantynopola zabierając ze sobą tylko święty Krzyż Jerozolimski, największą relikwię chrześcijan. Żegnając krainę, którą niedawno odebrał Persom po to tylko, aby oddać Arabom, zawołał: „Vale Syria" — Żegnaj Syrio.

Dla cesarstwa nastały teraz ciężkie czasy. Apetyty Saracenów bynajmniej nie zostały jeszcze zaspokojone, śniły im się następne podboje, a granice swego szybko powiększającego się imperium widzieli nad Bosforem albo jeszcze dalej. Konstantynopolowi — ówczesnej stolicy chrześcijańskiego świata — groził atak od lądu i od morza.

W takich to niewesołych okolicznościach do gmachu cesarskiej admiralicji zgłosił się syryjski uciekinier z Heliopolis, który nazywał się Kallinikos i był z zawodu architektem, ale parał się również chemią i inżynierią Wojskową. Zaproponował on dowództwu bizantyńskiej floty płynną mieszaninę samozapalającą („pyr automaton"), której skład sam zestawił i która — według niego — zdolna była spalić flotę niewiernych.

Ponieważ okręty Arabów podpłynęły już pod same miasto, zaufano mu, dając jednocześnie do dyspozycji wszystko, czego tylko zapragnął. A potrzebował OD głównie dużo owej „tłustości ziemnej, czyli ropy naftowej, siarki, niegaszonego wapna i smoły.

Trudno powiedzieć, czy Kallinikos sam opracował recepturę mieszanki samozapalającej, czy przepisał ją z jakiś innych, wcześniejszych źródeł. Wiemy skądinąd, że czterysta lat wcześniej produkował się w Grecji pewien mag i czarnoksiężnik nazwiskiem Kseno-fanes, który w swojej „torbie kuglarza" miał płynną substancję zwaną ni mniej, ni więcej tylko... „pyr automaton". Podobno płyn ten .zapalał się wtedy, gdy dodało się doń odrobinę wody i płonął jasnym, żółtym płomieniem, dzięki domieszce soli, która czyniła go ponoć jeszcze bardziej gorącym. Wynalazek Kallinikosa zrobił błyskawiczną karierę w bizantyńskiej flocie. Każde jego użycie — zawsze traktowane jako pomoc z nieba — ratowało cesarstwo z ciężkich tarapatów. Tak było i w pamiętnym roku 678, kiedy to nad Konstantynopolem pojawiła się kometa — co zwykle zapowiadało jakieś nieszczęście. Tym razem jednak był to omen pomyślny dla cesarstwa, albowiem jeszcze tego samego roku „święty ogień" spalił na morzu na wysokości Kyzikos okręty arabskie.

Wśród bizantyńskich cesarzy największym entuzjastą „świętego ognia" był Leon III Izauryjski (716—740). Jego nabożna cześć dla owej cudownej broni brała się zapewne stąd, iż już pierwszego dnia panowania udało mu się puścić z dymem flotę Saracenów, która niepomna uprzednich doświadczeń, zapuściła się pod mury stolicy.

W notatkach Leona pełno jest słów pochwalnych na temat wynalazku Kallinikosa. Cesarz wychwalając nową broń nakazywał ostrożność tym wszystkim, którzy się nią posługują. „Płonne" to były obawy — sto lat prób, poparzeń, doświadczeń dało Grekom bizantyńskim niesłychaną wprawę w obchodzeniu się z „antycznym napalmem". Bizantyńscy piechurzy i marynarze ze zręcznością cyrkowców rozlewali na wrogów „pyr automaton" z małych syfonów („mikroi syphones") lub przy pomocy ciężkich katapult miotali go w wielkich glinianych baniach.

Anna Komnena, Konstantynopolitanka bardzo zacnego rodu, opisała w księdze „Aleksjada" kilka lat panowania swego ojca, cesarza Aleksego. Oto jak relacjonuje ona przygotowania Bizantyńczyków do bitwy morskiej: „Cesarz znał doświadczenie Pizańczyków w bitwach morskich, bał się wojny z nimi, dlatego polecił umieścić na dziobie każdego statku żelazne lub brązowe głowy lwów czy innych zwierząt lądowych z otwartymi paszczami. Ponadto kazał je pozłocić tak, że sam ich widok wzbudzał strach. Według dalszego rozkazu ogień miotany na nieprzyjaciela z rur miał przechodzić przez te paszcze, tak żeby się wydawało, iż to lwy i inne podobne zwierzęt zieją ogniem ze swych wnętrzności". Mimo iż Bizantyńczycy strzegli tajemnicy ognia greckiego jak oka w głowie, Arabowie wykradli im recepturę i rychło sami zaczęli go produkować. Arabski ogień okazał się nie mniej gorący od greckiego. Wkrótce w armii Saracenów potworzyły się specjalne korpusy naftowe, zwane „naffatyn". Żołnierze służący w tych oddziałach — protoplastach współczesnych wojsk chemicznych — ubrani byli w specjalne ubrania ochronne uszyte z ogniotrwałego materiału. Arabskie „strażackie" kombinezony — jeśli wierzyć kronikarzom tych czasów — były ponoć tak dobre, że pozwalały „naffatynom" spokojnie wkraczać między płomienie.

W dziesiątym wieku „ogień grecki" nie był już żadną tajemnicą. „Syfony" z płynnym ogniem skutecznie odstraszały piratów od statków arabskich żeglujących do Indii. Później od Arabów tę „największą tajemnicę bizantyńskich cesarzy" za górę złota kupili kupcy chińscy, którzy jak dotąd nie mogli znaleźć skutecznej broni na malajskich korsarzy.

Ale i pod murami Konstantynopola trafił się czasem wróg nieobeznany z nowościami techniki wojskowej, któremu można było zgotować gorącą łaźnię. Tak się właśnie stało, gdy roku pańskiego 941 pod miasto podpłynęło mrowie małych łodzi. To ruski kniaź Igor przybył w tysiąc czajek. Cóż zrobili Bizantyńczycy?

Pod osłoną nocy na spotkanie wroga wypłynęło kilka okrętów. Na pokładach zamocowane były ka-tapulty i wielkie „syfony". Kiedy flota Igora była już blisko, padł rozkaz: „Ognia ze wszystkich syfonów!".

Ruska flota spłonęła niemal doszczętnie. To, co z niej pozostało, rozpędziły na cztery wiatry cesarskie galery. Później pechowy kniaź przyznał, iż pod murami Konstantynopola doznał największej w życiu porażki: „Grecy — powiedział, a kronikarz to zanotował —. mieli ogień podobny do błyskawicy na niebie, toteż kiedy skierowali go ku nam — spalili nas. Dlatego zostaliśmy pokonani".

Ta ostatnia uwaga była już zupełnie zbyteczna. Klęska była bowiem bezprzykładna. Wyrok na cesarstwo bizantyńskie został na pewien czas odroczony- Europa Zachodnia poznała ogień grecki po raz pierwszy na własnej skórze w dobie krucjat. Każde użycie przez Saracenów płynnego ognia wywoływało przestrach i trwogę zachodnich rycerzy. Joinville — uczestnik szóstej wyprawy krzyżowej (1250), której przewodził Ludwik IX zwany Świętym — pisze: „każdy rycerz, którego dosięgnie ten ogień nie umknie śmierci, a każdy statek w mig pożrą płomienie". Nie bez kozery już w dwa lata po tamtej — dość pechowej — krucjacie w Europie pojawił się traktat napisany przez niejakiego Marka Greka, pod nieco makabrycznym tytułem: „Sposoby palenia armii".

W tamtych czasach pod względem techniki wojennej Wschód stał daleko wyżej od Zachodu (wynalazki natury militarnej docierały wówczas do Europy „ex oriente"). Zachodni rycerze w najlepsze ostrzeliwali się z kusz i łuków, kiedy wódz Mongołów Hulagu stworzył około roku 1253 oddział złożony z 1 000 ludzi, których jedynym zadaniem było ciągłe ćwiczenie użycia katapult i granatów z płonącą naftą. O sprawności mongolskich wojsk chemicznych Europa miała się wkrótce przekonać.

Wynalazek prochu położył kres oszałamiającej karierze „ognia greckiego". Pola bitew zaczynają odtąd coraz głośniej rozbrzmiewać salwami armat i muszkietów. Ostatnia wzmianka o wynalazku Kallinikosa pochodzi z roku 1550 z dzieła francuskiego alchemika Błażeja de Vignieres. Potem brak już jakichkolwiek wzmianek o cudownej broni, która miała ocalić syryjskie Miasto Słońca, a w rezultacie przedłużyła żywot cesarstwa bizantyńskiego o kilka stuleci. Dobre i to.