Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia
- pozycjonowanie
- architekt wnętrz
- fotograf ślubny szczecin



A A A

Obelisk płynie do Paryża

15 kwietnia 1831 roku „Luksor" podniósł kotwic i łapiąc w żagle wiatr północny popłynął w kierunku brzegów Egiptu. 3 maja zarzucono kotwicę w Aleksandrii, tuż obok pałacu paszy.

Dowódcą całej operacji został Jean Baptiste Apollinaire Lebas, niezwykle uzdolniony inżynier, zatrudniony przez ministerstwo marynarki. Urodzony w roku 1797, miał dokładnie tyle lat, ile liczyła sobie idea sprowadzenia do Francji obelisku. Był zaprzysięgłym bonapartystą, z czym się specjalnie nie afiszował, a co było widoczne już na pierwszy rzut oka, jako że Lebas był równie maluśki jak i cesarz (później się przekonamy, że tych dwóch łączyło jeszcze wiele innych wspólnych cech).

Po krótkim postoju na redzie w Aleksandrii Lebas, według instrukcji, postanowił natychmiast płynąć dalej w górę Nilu, aby korzystając z dogodnej pory roku jeszcze przed wylewem spenetrować teren przyszłej akcji. Stało się jednak inaczej. „Luksor" nie wiedzieć czemu, został przetrzymany jeszcze przez następne 20 dni (czyżby robota Anglików?). Dopiero 26 maja francuski konsul generalny zdołał wyjednać audiencję u paszy.

W Polsce dogorywało powstanie listopadowe, toczyła się (26 maja 1831 roku) bitwa pod Ostrołęką, przełomowa dla jego losów, kiedy Lebas w towarzystwie swego konsula stanął przed obliczem Muhammada. Spodziewał się najgorszego, a tymczasem od razu na wstępie atmosfera została rozładowana głośnym wybuchem śmiechu paszy. Jak się okazało, powodem tego nagłego wybuchu wesołości był... wzrost Francuza. Ali wprost pokładał się ze śmiechu. A to dobre! Więc ten karzeł chce ruszyć z miejsca i wywieźć z Egiptu jeden z najcięższych kamieni, jakie można znaleźć w całym kraju nad Nilem!

W końcu rozbawiony władca dał placet na całą keję, zastrzegł sobie jedynie, aby to wielkie przedsięwzięcie odbywało się w jego imieniu, dla jego wiekopomnej chwały. Na koniec jeszcze raz zarechotał i skinieniem głowy odprawił Francuza. Tak więc dopiero w czerwcu „Luksor" w otoczeniu flotylli feluk wpłynął w koryto Nilu i rozpoczął mozolną „wspinaczkę" w górę rzeki.

Była to cudowna podróż — tak ją wspomina Lebas. Krajobraz zmieniał się jak w kalejdoskopie. Momentami wydawało się, iż statek płynie przez tropikalną dżunglę, a już po chwili miejsce bagiennej roślinności, trzcin, gajów palmowych i kęp mimozy zajmowała bezduszna, jałowa pustynia. Na każdym kroku szczątki dawnej chlubnej przeszłości sąsiadowały z nędzą dnia dzisiejszego, wokół potężnych ruin przypominających mieszkania gigantów rozpanoszyła się niska gliniana zabudowa, której wegetowali współcześni Egipcjanie. Na dachu prawie każdego domostwa założony był gołębnik, toteż niebo co chwila zaciągało się chmurą gołębi, do których — o dziwo — nikt nie strzelał. Lebas zanotował w swym dzienniku podróży, że „rozsądni Arabowie hodują te ptaki głównie dla znakomitego nawozu, nie dla mięsa". (Co nie było prawdą, jako nawozu ziemia egipska, użyźniana corocznymi wylewami Nilu, nie potrzebowała, natomiast gołębie nadziewane pszenicą były i są do dziś miejscowym przysmakiem. Oczywiście, strzelać do nich nie potrzeba, gdyż łapie się je ręką w gołębniku).

Kilkakrotnie w czasie tej podróży karawana felu — nie zważając na blisko miesięczne opóźnienie zatrzymywała się na dłużej, niż to było konieczne. Mimo wielkiego pośpiechu „mały Francuz" zwiedził wszystkie piramidy i wszystkie inne zabytki, koło których nie mógł przepłynąć spokojnie. Były to postoje na swój sposób zaplanowane, ale nie brak było i innych, których nikt nie mógł przewidzieć.

I tak oto pewnego wieczoru kapitan jednej z feluk — bardziej trwożliwy, a może tylko sprytniejszy od innych — wystraszył się cienia skały pełznącego po wodzie i odmówił żeglowania po zapadnięciu zmroku. Nie pomagały perswazje ani sowita zapłata. Rejs został wznowiony dopiero wtedy, gdy złe duchy rzeki zostały przebłagane ofiarą z... soli, co wykształconemu Francuzowi dało pretekst do wyrażenia ciekawej dygresji: „Ta ceremonia — pisał — .bardzo mi przypominała słoną ofiarę, którą Chińczycy robią za każdym razem, gdy przekraczają rzekę Czerwoną. Wydaje mi się, iż zawsze i wszędzie sól była koniecznym warunkiem skutecznej ofiary...".

Dodajmy, że ze swej strony Lebas również słono zapłacił, aby ofiara egipskiego żeglarza była skuteczna. Na szczęście później już żadne siły nie prześladowały ekspedycji, mało tego, dobre moce okazały swą przychylność. W miejscowości Kena (między Abydos a Koptos) Lebas spotkał się z gubernatorem prowincji obejmującej również i ruiny Luksoru. Spotkanie było więcej niż przyjazne, gościnność iście orientalna, serdeczność wylewna, a poczęstunek! Poczęstunku Francuz z niczym nie potrafił porównać.

Następnego dnia feluka Lebasa rzuciła kotwicę na wysokości Teb. „Luksor" został nieco w tyle, gdyż tak olbrzymi okręt mógł pokonać płycizny w środkowym biegu Nilu tylko przy najwyższym stanie wód. Jego przybycia spodziewano się więc najdalej połowie sierpnia, już po rozpoczęciu przyboru. Do tego czasu należało wszystko przygotować. A zaczęło się od sporego... zawodu. Widok homerowych „stubramnych Teb" był pierwszym, ale nie ostatnim rozczarowaniem, jakie spotkało Lebasa w Egipcie.

Teby to grecka nazwa egipskiej metropolii WaIset, Luksor zaś to południowe przedmieścia Teb. W VII wieku n.e. na tym terenie znajdowały się dwa bizantyjskie obozy wojskowe, stąd zapewne wzięła się nazwa miejscowości (al-Kusur to po arabsku obozy wojskowe).

W XIV wieku p.n.e. król Amenhotep wspaniale przyozdobił miejscową świątynię Amona, a naprzeciwko niej, po drugiej stronie Nilu, polecił wznieść dwa kamienne posągi, zwane dziś „Kolosami Memnona". Powstało zupełnie wyjątkowe założenie architektoniczne, które wraz z sanktuarium Amona w pobliskim Karnaku (z którym łączyła ją aleja sfinksów, długa na prawie 4 kilometry) było jednym z największym zespołów świątynnych w Egipcie. Raz do roku podobizna bóstwa opuszczała swoją siedzibę w Karnaku i na barkach kapłanów wędrowała do położnego w górę Nilu Luksoru, aby tam odwiedzić tzw. Harem Południowy.

Wszystkie obyczaje i praktyki religijne Egipcjan były długowieczne, ale ta procesja odbywana corocznie w Luksorze okazała się nieśmiertelna. Bo cóż się tu zmieniło po 4 tysiącach lat? W zrujnowanej świątyni Amona usadowił się meczet Abu el-Haggaga, arabskiego świętego ascety, cieszącego się w tych okolicach dużym szacunkiem. Doroczne święto patrona staje się okazją do hucznych obchodów, tańców, śpiewów i zwykłego obżarstwa. Kulminacyjnym punktem jest kolorowy pochód, który otwierają mężczyźni niosący na ramionach łódź zbliżoną kształtem do barki, na której 3—4 tysiące lat termu wizerunek Amona „przepływał" z Karnaku do Luksoru i z powrotem.

Zbożne dzieło Amenhotepa kontynuował Ramzes Wielki, który jest drugim dobroczyńcą miasta. Przez większość jego panowania po świątyni Amona uwijali się kamieniarze, murarze i cieśle; wybudowano wówczas wielki dziedziniec z portykami i posągami przed świątynią zaś stanęło sześć olbrzymich posągów Ramzesa i dwa obeliski. To właśnie obelisk stojacy po prawej stronie wejścia do świątyni Amenhotepa był celem ekspedycji Lebasa. Do niego Francuz skierował swe pierwsze kroki po zejściu na ląd. Już po chwili otoczyła go grupka dzieciaków domagających się bakszyszu, czyli jałmużny. Po latach napisał, iż pierwszym słowem, jakie wymawia arabskie niemowlę, nie jest ani mama, ani tata ale... bakszysz. Kilka miedziaków rzuconych w tłum na tyle ośmieliło tubylców, że paru z nich podeszło bliżej i zapytało go o cel wizyty. Wyjaśnienia Lebasa autochtoni przyjęli z niedowierzaniem. Pomysł wyrwania z ziemi gigantycznego kamienia, który jest wyższy niż każda palma, tkwiąc tyle lat w ziemi zapewne zapuścił korzenie, wydał im się poroniony. Podejrzewali Francuza zgoła inne intencje. „Obelisk — mówili — jest tylko pretekstem, w rzeczywistości chodzi o poznanie nastrojów panujących wśród Arabów, gdyż Francja gotuje się do zajęcia Egiptu po raz wtóry". Pewien mułła zapytał wręcz: „Czyż istnieje statek dostatecznie długi i wytrzymały, który nie poszedłby na dno pod takim wielkim ciężarem, i czyż istnieje na świecie człowiek, który podjąłby się tego dzieła?", kiedy tłumacz wskazał palcem na Lebasa, mułła i wszyscy, którzy byli tam obecni, wybuchnęli gromkim śmiechem: „O Allach, Allach. Toż ten człeczyna nie wiele większy od laski, jaką podpiera się starzec, nie zdołałby ruszyć z miejsca najmniejszego kamienia z tej olbrzymiej świątyni, a co mówić o obelisku".

Pogrążony w takiej oto rozmowie, która na szczęście obróciła się w wesołość, zanim zdążyła przybrać smutny obrót, Lebas zbliżał się do świątyni Amona. Z daleka prawie jej nie było widać, tak bardzo zarosły ją palmy i arabskie chaty. Po chwili jednak zza glinianych zabudowań wyłonił się potężny masyw świątynnych pylonów i rząd kamiennych Ramzesów. „Na północ od tych posągów — pisał angielski obieżyświat R. Pococke, który odwiedził Luksor sto lat przed Lebasem — stoją dwa obeliski, z którymi nic na świecie nie da się porównać. Wznoszą się one 60 stóp ponad ziemię, a że grunt podniósł się tu znacznie w ciągu wieków, można ich całkowitą wysokość ustalić na 70 lub nawet 80 stóp. Ich szerokość u podstawy wynosi 8 stóp. Cztery ściany obelisku pokryte są rzeźbionymi napisami hieroglificznymi, granit zaś jest tak wypolerowany, iż w życiu czegoś takiego nie widziałem.

Na miejscu Lebas zastał już grupkę włoskich kamieniarzy, od dobrego kwadransa ostukujących olbrzymi monolit. To jeden z nich obwieścił mu tę hiobową wieść: „Signore — powiedział łamaną francuszczyzną — kamień jest „nadpsuty", na szczęście rysa nie jest zbyt głęboka, niemniej trzeba się z nim obchodzić jak z jajkiem".

Ładne jajko — około 250 ton wagi! Pod Francuzem ugięły się nogi, pociemniało mu przed oczami. Prawie po omacku podszedł do obelisku, przyłożył doń ucho i zaczął ostukiwać go palcem. Niestety, głuchy dźwięk dochodzący z głębi kamienia nie wróżył nic dobrego. Należało przygotować się na najgorsze. Lebas poczuł się oszukany. Ani Pococke, ani Champollion, ani tuzin innych podróżników, których dzieła miał w kajucie, nie wspomnieli nawet słowem tym, że któryś z obelisków jest uszkodzony. Czyżby więc cały trud miał pójść na marne, czyżby operacja, która pasjonowała całą Francję, miała zakończyć się klęską, nim się na dobre rozpoczęła?

Ale, jak mawia rzymski poeta: kiedy hełm na głowie, nie pora się cofać. Po długich targach wykupiono kilkadziesiąt lepianek, które w pierwszej kolejności należało wyburzyć i — jakby nic się nie stało — rozpoczęto prace przygotowawcze. Pośpiech był nakazem chwili, bo wylewu Nilu tylko było patrzeć, a roboty do wykonania pozostawało tyle, że Lebasowi chwilami opadały ręce.

Toteż nie tracono specjalnie czasu na targi — za lepianki Francuz płacił jak za pałace, a robotnicy którzy najęli się do pracy, otrzymali podwójne stawki. Dzięki temu, mimo upałów dochodzących do 42 stopni w cieniu, mimo piasku, który parzył stopy, robota raźno posuwała się naprzód. Współcześni Egipcjanie uwijali się prawie tak samo jak poddani Ramzesa, którzy trzy tysiące lat wcześniej ustawili na sztorc oba głazy. Dzieło, którego podjął się Lebas, było słusznym powodem do jego przyszłej sławy. Człowiek, który w pierwszej połowie XIX wieku chciał przewieźć kilkusettonowy obelisk z Luksoru do Paryża, musiał być geniuszem inżynierii lądowej i wodnej, dyplomatą, saperem, no i przede wszystkim znakomitym organizatorem. Obelisk powinno się — z zachowaniem największej ostrożności — wyrwać z ziemi i ułożyć na boku. Należało też utorować mu drogę do ładowni „Luksoru", ponieważ nawet przy największym stanie wody na Nilu statek zdołałby się zbliżyć do świątyni tylko na około 400 metrów.

W czasie więc, gdy jedna ekipa krzątała się przed pylonami świątyni Amona, druga przygotowywała rampę i kopała „suchy dok", w którym statek po załadowaniu nań obelisku mógłby przezimować aż do następnego wylewu Nilu. Lebas dowodził tu i tam jednocześnie. 13 sierpnia wraz z pierwszą wielką falą przypływu pojawił się „Luksor". Arabowie wzięli go z początku za pływający meczet, a to z racji potężnych masztów przypominających minarety. Dopiero później dali się przekonać, iż jest to wielka feluka, która raz na zawsze zabierze z ich wioski „olbrzymią kamienną igłę".

Trzynasty sierpnia był więc dla Lebasa i jego międzynarodowej ekipy uroczystym dniem. Na szczyt obelisku wciągnięto nawet trójkolorową flagę, która powiewała odtąd nad arabską wioską — jak symbol zwycięstwa. Równo dwa tygodnie trwała ta przedwczesna radość. 27 sierpnia żeglarze przybywający z północy przynieśli złowrogą wieść: w Dolnym Egipcie wybuchła cholera. Epidemia szybko przesuwała się na południe. Już 10 września zanotowano w okolicy pierwszy przypadek zachorowania, a kilka dni później młody i silny mieszkaniec Luksoru padł jak mucha, na oczach wszystkich.

Nieszczęście, które spadło na niewinnych ludzi tym razem poczytano za gniew bogów. Ale jakich? Allacha? Może boga Amona, strasznych demonów z przeszłości, których Arabowie bali się jak ognia. Różne myśli cisnęły się do głowy Lebasa, jeszcze inne przychodziły do głowy mułłom i prostym fellachom.

14 września — nie zapominajmy że jesteśmy w ojczyźnie egipskich plag — w Luksorze rozpoczęły się krwawe żniwa. Ludzie marli masowo. Padali nawet wtedy, gdy z ręki Lebasa otrzymywali zapłatę za całodniową pracę. Sprzymierzeńcem Francuza okazała się nieprawdopodobna nędza, w jakiej żyli ci ludzie. To ona sprawiła, iż dla godziwego zarobki gotowi byli narazić nawet życie. Nikt więc nie po rzucał pracy, a na opuszczone przez zmarłych miejsca zgłaszali się nowi chętni.

W ciągu września i października obelisk został obudowany drewnianą konstrukcją i otoczony rusztowaniami, „Luksor" zaś doholowano do „suchego doku" i zacumowano na zimę. 23 października nad ranem rozegrał się akt pierwszy tego niecodziennego spektaklu, którego nie oglądano w Egipcie od tysiąca pięciuset lat. Pierwszy brzask zastał całą armię nieruchomą, przygotowaną do bitwy. Przy każdym z trzech kabestanów zastygło w oczekiwaniu 64 ludzi. Majtkowie z „Luksoru" zajęli miejsca na rusztowaniach. Ich zadanie było niezmiernie ważne: mieli oni sprawdzać na bieżąco natężenje lin i wytrzymałość konstrukcji drewnianych. Wokół obelisku ponad 200 osób oczekiwało znaku rozpoczęcia operacji.

„Trwoga panowała w naszych sercach — napisze po latach Lebas — gdy słońce wychyliło się zza horyzontu i pierwsze promienie padły na olbrzymią statuę Memnona stojącą nie opodal, która — najwyraźniej ożywiona nagłą powodzią światła — poczęła wibrować, wydając z siebie harmonijne dźwięki. To był zaiste godny sygnał rozpoczęcia akcji". W tym miejscu romantycznego inżyniera poniosła nieco fantazja, primo: ze świątyni w Luksorze nie widać kolosów Memnona, secundo: od czasów Septymiusza Sewera, tzn. od owej fatalnej w skutkach renowacji, jakiej poddano oba posągi, „Mówiący Kolos" nie wydaje już owych tajemniczych dźwięków. Rzymscy kamieniarze nieświadomie zlikwidowali przyczynę wibrowania powietrza i pary wodnej wewnątrz spękanego posągu, przez co skończyły się jego poranne „kwilenia", które starożytni uważali za skargę Memnona do swej matki Jutrzenki.

Ale nieważne kto — Memnon czy Lebas — dał sygnał rozpoczęcia akcji. O świcie 23 października 1831 roku, po trzech tysiącach lat stania „na baczność", obelisk przechylił się o 60 stopni, ustawiając się szpicem w kierunku „Luksoru". Ta faza operacji trwała zaledwie 25 minut, ale trzeba dodać do tego jeszcze trzy tygodnie, które minęły, zanim obelisk został „zapakowany" w drewniany futerał i przygotowany do dalszej drogi. Transport ponad dwustutonowych bloków w XIX wieku nie był dla nikogo chlebem powszednim, toteż nie obyło się bez niespodzianek.

Nie wszystko zostało dokładnie wyliczone. Lebas nie miał się na czyich błędach uczyć. Awaria nastąpiła już w pierwszej sekundzie trwania operacji. Źle widać obliczono wytrzymałość kabestanów i obelisk nie zdążył pokonać nawet pierwszego z 40 tysięcy centymetrów dzielących go od „Luksoru", a już „wysiadły" dwa kołowroty. Wszystko to sprawiło, że mozolna droga obelisku do statku trwała równo miesiąc. 225 tonowy ciężar posuwał się przeszło 20 metrów dziennie. 19 grudnia dotarł do suchego doku, w którym czekał nań „Luksor", a 25 grudnia zniknął we wnętrzu jego ładowni. Arabowie do ostatniej chwili nie dawali wiary, że to, co się stało na ich oczach, było w ogóle możliwe. Z niedowierzaniem kręcili głowami, mrucząc coś pod nosem o siłach piekielnych, duchach, czarach itp.

Tak więc na gwiazdkę roku 1831 Francja dostała wspaniały prezent — obelisk do niej należący został załadowany na statek i przygotowany do wysyłki. Po 4 miesiącach udręk i niepokojów kamienny szpikulec, cały i zdrowy, znalazł się w ładowni „Luksoru". Należało teraz tylko poczekać do następnego przypływu, aby statek mógł znów spłynąć na wody świętej rzeki i wziąć kurs na północ.

Już teraz Lebas mógł sobie pogratulować sukcesu. Dzieło, któremu podołał, nie było wiele łatwiejsze od pokonania armii Mameluków. Mały Jean Baptiste drównał więc wreszcie innemu „małemu wielkiemu człowiekowi", który mu zresztą szalenie imponował.

Cyfry i fakty mówią same za siebie: wykopanych zostało około 100 tysięcy metrów sześciennych ziemi, przez całą wioskę arabską przebito „przesiekę" szeroką na kilka metrów, rozebrano 30 domów, wybudowano baraki dla 140 osób, wykopano „suchy dok" i „autostradę" długości 400 metrów, wszystko w temperaturze dochodzącej do 48 stopni Celsjusza, to na dodatek w kraju, gdzie poza piaskiem nic praktycznie nie można było dostać. Pomagał tylko gubernator z Keny, przeszkadzało zaś wszystko: cholera, zabobony i burze piaskowe. Aby nie siedzieć bezczynnie w oczekiwaniu na następny wylew Nilu, Lebas udał się zimą z 1831 na 1832 rok w podróż do Nubii.

Po powrocie oczom jego ukazał się widok niezwykły. „Luksor" pozbawiony masztów, otoczony hałdą piasku, przypominał bardziej jakąś starożytną ruinę, jakich nie brak w okolicy, niż statek pełnomorski. Jakiś postronny obserwator, nie znający zjawiska wylewu Nilu ani też szczegółów operacji, zapewne nie uwierzyłby, iż ta masa drewna oddalona o 150 metrów od rzeki, wyniesiona 5 metrów ponad jej poziom spłynie kiedyś na wodę i przez Morze Śródziemne i ocean pożegluje do Francji.

Dla Lebasa znów nastały nerwowe dni — chyba najbardziej niespokojny okres w ciągu całego pobytu w Egipcie. Jak wysoki będzie przybór? Czy Nil wyleje wyżej czy też niżej niż zwykle? W tym drugim wypadku Francuz musiałby spędzić jeszcze jedną zimę w Nubii, na co nie miał już najmniejszej ochoty. Dlatego każdego dnia rano wybiegał na brzeg rzeki i pilnie obserwował stan wody. 1 czerwca Nil zaczął mętnieć, kiedy zaś zmiana barwy stała się wyraźna w meczecie ogłoszono uroczyście początek przyboru. W serca Arabów i Francuzów wstąpiła nadzieja. Cała wioska wyległa nad rzekę, aby święcić ten dzień. Do późna w nocy trwały tańce i śpiewy.

Wody ciągle przybywało. Nil wzbierał i w sercach wzbierała nadzieja. 5 sierpnia „Luksor" przypominał już wyspę w morzu mulastej wody. Potrzeba było jeszcze tylko 30 centymetrów wody pod kilem, aby statek mógł oderwać się od dna. Lebas spodziewał się, iż nastąpi to lada chwila — najpóźniej za dzień lub dwa. Aż tu nagle niespodziewanie, sierpnia rano, woda zaczęła opadać. Nil najwyraźniej kurczył się, wracając do starego koryta. To cofanie się rzeki trwało przez sześć nerwowych dni i sześć bezsennych nocy. W ciągu tego czasu nie było ofiary, której Lebas by nie złożył dla przebłagania zagniewanego bóstwa świętej rzeki Starze ludzie zapytywani o przyczynę tego zjawiska wzruszali tylko ramionami odpowiadając, że widać Allach tak chce. Czyżby więc wylew roku 1832 naszej ery miał być najniższy od stu lat? Podobnego pecha wprost trudno sobie wyobrazić!

Trochę nadziei wlał w serca Francuzów stary mułła, który powiedział im, iż „Allach jest dobry i wielki, toteż nie dopuści, aby pola pozostały nie nawodnione. Nil przypomina czasami rozhukanego rumaka, który przed wielkim wysiłkiem lubi odpocząć dla nabrania sił. Za pewien czas zadziwi nas wszystkich swoim wigorem, a teraz nic nie stoi na przeszkodzie aby czekając na ten cud, złożyć w meczecie ofiarę z pary baranów". Stało się dokładnie, jak mówił sędziwy kapłan. Ofiara została złożona i widać łaskawie przyjęta, bo już następnego dnia wody zaczęło przybywać i 1 sierpnia „Luksor" zakołysał się na falach; załoga zameldowała pół stopy wody pod kilem.

Przygotowania do odjazdu trwały jeszcze okrągły tydzień. Dopiero 25 sierpnia podniesiono kotwicę i cała flotylla popłynęła z prądem rzeki w kierunku Rosetty. Po trzech miesiącach „Luksor" (zawinął do portu w Tulonie, a po następnym miesiącu stanął na redzie w Hawrze.

W Paryżu już wcześniej uradzono, że obelisk z Luksoru stanie na Placu Zgody i zamknie perspektywę Pól Elizejskich. Tak też się stało. Ustawiono go na wysokim postumencie z pięciu bloków granitu. Nadzór nad operacją wyładunku i ustawiania monolitu powierzono — oczywiście — Jeanowi Baptyście Lebasowi.

Początkowo planowano użycie potężnej maszyny parowej, ale w końcu stwierdzono, że nic nie zastąpi 350 świetnie wyszkolonych artylerzystów. Ostatni akord operacji „Luksor" dokonał się dnia 25 października 1836 roku w obecności pary królewskiej i 200 tysięcy gapiów.

Za świetną robotę w Egipcie i w Paryżu Lebas zyskał sławę, sporą sumę w gotówce oraz dwa medale okolicznościowe: srebrny i brązowy, każdy z odpowiednim napisem. Paryż zaś zyskał niebywałą ozdobę i pozbył się swych kompleksów wobec Rzymu.

Stracił tylko Egipt, a dokładnie Luksor. Znakomity rysownik i historyk archeologii Leslie Greener napisał iż „fronton świątyni Amona w Luksorze został na zawsze okaleczony i przypomina słonia z jednym kłem".