Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia



A A A

Obelisk dla Józefiny

Któż inny mógłby wymyśleć podobnie zwariowaną awanturę jak nie Napoleon Bonaparte. Przewieźć kilkusettonowy obelisk z Egiptu do Paryża. Pomysł wspaniały, ambitny ale... nie całkiem nowy.

Transportowanie i ustawianie obelisków, jak już się zdążyliśmy przekonać, było ulubioną rozrywką faraonów XVIII, XIX i XX dynastii. Później gustowali w tym rzymscy cesarze, uważając nie bez racji, że przesuwanie „nadludzkich" ciężarów jest barIzo ambitnym sprawdzianem ich potęgi i niczym nie ograniczonych możliwości — August, Kaligula, Konstantyn i kilku innych z różnym skutkiem przymierzało się do egipskich „rożnów".

Ostatnim mocarzem zdolnym zorganizować wywóz z Egiptu kilkusettonowego bloku był cesarz Teodozjusz (347—395). Po nim ta szlachetna rywalizacja człowieka z powszechnym prawem ciążenia zanikła na czas dłuższy; władcy rodzili się, panowali, wojowali, umierali przemijali bez śladu. Czasy przyszły małe jakieś li niespokojne i komu tam było w głowie kraść w Egipcie obeliski. Przez blisko tysiąc pięćset lat „kamienne rożniątka" stały, nie wadząc nikomu, patrząc na piasek jednostajnie przesypujący się u ich stóp i grzejąc się w promieniach słońca, któremu — notabene — niegdyś zostały ofiarowane. I tak było aż do schyłku XVIII wieku. Do czasów egipskiej awantury Bonapartego.

Różnie się dziś ocenia napoleoński najazd na Egipt. Nam też rysuje się ta awanturka w przedziwny sposób. Dużo w niej było bufonady — co rusz to jakieś powiedzonko, „bon mot", niby to skierowany do żołnierzy, a de facto do biografów. Ot, weźmy pierwszą z brzegu bitwę pod piramidami: sytuacja nie jest różowa: z przodu wataha Mameluków, z tyłu flota Anglików, w środku osły i uczeni, a On mówi żołnierzom, że ileś tam wieków spogląda na nich z tej, a tej piramidy— osobliwy sposób dodawania otuchy, prawda?

Mimo niebagatelnych osiągnięć naukowych (badania Dominika Vivant-Denona) egipska awantura Napoleona miała sporo z ducha farsy, co może najbardziej wyszło na jaw w jej podsumowaniu, jaki bez wątpienia było „Opisanie Egiptu" („Descriptiode l'Egypte") sporządzone przez grono uczonych uczestników wyprawy. Ot, wyobraźmy sobie taką scenę: cesarz otrzymuje do akceptacji tom pierwszy, w którym najważniejszą rzeczą jest wstęp napisany przez barona Fouriera. Napoleon oczywiście wprowadza poprawki. Nie wszystko mu się podoba, najmniej fragmenty dotyczące jego osoby.

Najpierw z właściwym sobie zrozumieniem interesu narodowego i tego, co dla kogo dobre, a co złe, przedstawia inwazję Egiptu (wówczas prowincji tureckiej) jako akt przyjaźni wobec Turcji (sic!). Dalej nie podobają mu się określenia w rodzaju: „imię Bonapartego" — wszędzie zmienia je na „nieśmiertelne imię Bonapartego" (w późniejszych wydaniach zmieniono na „imię Francji")... Ale powróćmy do obelisku.

Podobno pomysł przewiezienia do Francji obelisku był nie tyle Napoleona co Józefiny, która miała mu rzec na odchodnym: „Do widzenia, kochanie. Jak będziesz w Tebach, przyślij mi jakiś mały obelisk".

W czasie gorącej kampanii egipskiej Bonaparte nie miał czasu, aby zawracać sobie głowę prezentami dla żony. Po roku cichaczem wraca do Francji, gdzie czekają go poważniejsze zadania niż ustawianie olbrzymich kamieni. W październiku 1798 roku ląduje w porcie Frejus, bez pieniędzy i bez armii. Całą jego zdobycz stanowi olbrzymi Mameluk, który będzie odtąd sypiał pod jego drzwiami i pierścień ze skarabeuszem — rzekomo zdjęty z palca faraona.

Sprawa obelisku dla stolicy imperium wędruje na pewien czas do lamusa. Przeleży tam 30 lat, nim zainteresuje się nim kilku wpływowych entuzjastów. Musimy wiedzieć, że obeliski były ozdobami zarezerwowanymi dla stolic świata. Poza Karnakiem, Luksorem, Heliopolis i Aleksandrią zdobiły place Izymu i Konstantynopola. Na początku XIX wieku Paryż stał się następnym kandydatem do tego zacnego grona.

Ale niełatwo jest naśladować faraonów i cezarów. Ale, co było możliwe jeszcze w roku 1799, stało się niemożliwe trzydzieści lat później. Napoleon jako niekoronowany władca Egiptu mógł sobie wziąć każdy obelisk, który mu się podobał. A sprawa była niezmiernie delikatna. Do rangi stolicy świata Paryż miał konkurentów — najpoważniejszym był Londyn.

Anglicy jak mogli, tak przeszkadzali Francuzom, bo też sprawa obelisków stała się prestiżową kwestią ówczesnych supermocarstw. Paryż czy Londyn. Początkowo w grę wchodziły tylko dwa obeliski z Aleksandrii, zwane niesłusznie „Igłami Kleopatry" (oba są dziełem Totmesa III), później apetyty wzrosły. Gdy w Europie wzbiera fala „obeliskomanii' paszą Egiptu jest Muhamad Ali (1769—1848), postać niezwykła, z pochodzenia Albańczyk, z „wykształcenia" sprzedawca kawy, z zawodu wojskowy, z powołania faraon, jakiego Egipt nie miał od czasów Ramzesa Wielkiego. W roku 1840 Hrabia Walewski syn Napoleona, podówczas minister spraw zagranicznych w rządzie francuskim, wystawił Alemu następującą opinię: „Pierwsze jego odruchy dyktuje mu może czasami próżność, duma, miłość własna, ale decyzja jego wypływa zawsze z długo rozważanych obliczeń. Jest on raczej geniuszem jako cywilizator niźli jako organizator. Nie ma on spojrzenia orła, który widzi ludzi i rzeczy z góry, ani też owej wyższej inteligencji, która miewa zaskakujące w pierwszej chwili postanowienia, ale posiada finezji wytrwałość, silną wolę i zdumiewającą zręczność. Urodzony u nas, byłby raczej Metternichem czy Talleyrandem niż Napoleonem". Francuzi zabiegając u tego człowieka o jeden lub dwa obeliski nie musieli się zbytnio wysilać — pasza traktujący tego rodzaju prezenty w szerszych kategoriach politycznych z rozkoszą podarował im obie „Igły Kleopatry" i jeszcze chciał coś niecoś dołożyć.

W Paryżu zapanował entuzjazm, który trwał bardzo krótko. Ali lubił Francuzów, krajanów Napoleona, ale jeszcze bardziej lubił pieniądze. Toteż kiedy John Barker, angielski konsul w Aleksandrii, zaproponował mu równowartość 300 tysięcy franków za jedną z „Igieł", darowanych już Francji, zgodził się bez wahania.

W Paryżu — dla odmiany — zapanowała teraz rozpacz. Rząd był oburzony, król obrażony, prasa rozjuszona do ostatnich granic. Tylko jeden Francuz wydawał się być ukontentowany takim obrotem sprawy; w listopadzie 1829 roku na biurku ówczesnego ministra marynarki M. d'Hausseza pojawił się list podpisany przez... F. Champolliona.

„Jestem niezmiernie rad — pisał „deszyfrant" hieroglifów, że jakiś uczony angielski inżynier, chcąc najwyraźniej przypodobać się swemu rządowi wpadł na pomysł zapłacenia 300 tysięcy franków. I to za co — za te marne obeliski z Aleksandrii! Czymże one są w porównaniu z tymi, które znajdują się w Górnym Egipcie. Jeżeli w ogóle mamy ujrzeć kiedyś, w Paryżu obelisk egipski, to powinien być to jeden z dwóch stojących dziś przed frontem świątyni w Luksorze...".

D'Haussez posłuchał rady Champolliona — cóż miał zresztą zrobić wobec posunięć Anglików — Francja oficjalnie zwróciła się do Muhammada Ali dwa obeliski z Luksoru w zamian za „Igły" z Aleksandrii. Jednocześnie nie czekając na odpowiedź Aleksandrii, powołano w Paryżu nową komisję ekspertów. Skala trudności bowiem znacznie wzrosła. Igły Kleopatry mógł na dobrą sprawę zabrać byle frachtowiec linii lewantyńskiej, ale przewiezienie kilkusettonowego monolitu było już nie lada wyczynem. Grupa ekspertów obradujących w gabiecie ministra d'Hausseza stanęła więc wobec problemów, jakie niegdyś zaprzątały głowy egipskich kapłanów i rzymskich inżynierów.

Jak to zwykle bywa w podobnych okolicznościach, natychmiast powstały dwie szkoły. Jedni chcieli korzystać z gotowych wzorów i przewieźć obeliski sposobem praktykowanym przed wiekami w Egipcie, tzn. wybudować specjalnie w tym celu tratwę lub barkę odpowiednich rozmiarów holowaną przez inne jednostki, drudzy zaś postulowali wykorzystanie — po małych przeróbkach — któregoś z istniejących już stateczków. W końcu jednak zwyciężyła trzecia koncepcja, przedłożona komisji przez barona Rolanda, podówczas inspektora generalnego inżynierii morskiej. Zaproponował on zbudowanie w Tuloni specjalnego statku, który mógłby żeglować zarówno po płyciznach Nilu, jak i po Morzu Śródziemnym, po wzburzonych Biskajach i po Sekwanie, słowem: umożliwiłby transport obelisku z miejsca na miejsce bez żadnych przeładunków i holowań. Statek ów o nazwie „Luksor" powinien mieć — zdaniem Rolanda aż pięć kilów, bardzo niskie burty, potężną konstrukcję kadłuba, składane maszty oraz — zupełna nowość — podnoszoną część dziobową, co go upodobniało do współczesnych promów towarowych.

Misję wyjednania u Muhammada Alego obu obelisków i dopilnowania wszystkiego na miejscu w Aleksandrii d'Haussez powierzył bardzo zdolnemu dyplomacie i pisarzowi pochodzenia angielskiego — baronowi Taylorowi. Wprawdzie frankofilskie sympatie ówczesnego paszy Egiptu i jego uwielbienie dla Napoleona nie pozostawiały cienia wątpliwości, że misja zakończy się sukcesem, niemniej jednak Taylorowi przydzielono z kiesy państwowej 100 tysięcy franków, które w większości zostały wydane na prezenty dla paszy, jego synów i różnych dostojników egipskich. Na koniec całą sprawę przedstawiono do aprobaty królowi. D'Hausez wiedząc, iż cechą wszystkich władców jest próżność, uderzył w — jego zdaniem — najwłaściwszy ton: „Sire — pisał — Francja zawdzięcza swym królom najpiękniejsze pomniki które ją zdobią. Paryż dorównuje dziś sławą i pięknością najbardziej znanym miastom starożytności, lecz jego place i ulice ciągle czekają na splendory jakie dawno spłynęły na Rzym — gród, który od lat zwycięsko rywalizuje z Twoją stolicą o palmę piękności i majestatu. Dzieje się tak dlatego, iż Paryż nie ma dotąd żadnego egipskiego obelisku, któych w Rzymie jest aż nadto...". I tak dalej w tym samym tonie. Oczywiście ambitny projekt zyskał aprobatę króla i już 6 stycznia 1830 roku Taylor mógł sobie spokojnie odpłynąć do Aleksandrii, gdzie oprócz obelisków luksorskich miał jeszcze dokonać zakupu różnych starożytności egipskich dla Królewskiego Luwru.

Optymizm, który od początku towarzyszył wyprawie, prysł jak bańka mydlana w chwili, gdy okręt wiozący francuskiego posła zarzucił kotwicę w Aleksandrii. Na miejscu okazało się, iż sprawa wygląda źle, a nawet bardzo źle. W czasie gdy we Francji obradowały komitety ekspertów i spierano się na temat metod transportu, słowem, dzielono skórę na niedźwiedziu, konsul Barker „wyłudził" u paszy drugą „Igłę Kleopatry" oraz dowiedziawszy się przez swoich szpiegów o planach Francuzów, pozyskał dla Anglii oba obeliski luksorskie. Taylor mógł w tym momencie wracać do Paryża razem z worem podarków, ale mimo wszystko — ryzykując w każdej chwili skandalem dyplomatycznym — postanowił robić co się da.

Dało się zrobić bardzo dużo. Po miesiącu burzliwych pertraktacji Francja — o dziwo — na powrót stała się właścicielką „Igły Kleopatry" oraz nabyła prawa do obelisków luksorskich. Kto mieczem wojuje... Mr. Barker pobity własną bronią musiał zadowolić się nagrodą pocieszenia, ale nie byle jaką. Pasza przydzielił Anglii obelisk Hatszepsut, największy stojący obelisk egipski! Taylor zaś nauczony smutnym doświadczeniem, znając chwiejność władcy, jego „szacunek" do angielskiej floty i niesolidność w interesach, kazał sporządzić oficjalny akt darowizny i nie prędzej wyjechał z Egiptu, nim pod dokumentem tym nie spoczął podpis Muhammada.

Tak więc Anno Domini 1830 roku Francja była posiadaczką trzech obelisków egipskich, z których żadnego — jak na razie — nie była w stanie przewieźć do Paryża. A ponieważ w greckich kafejkach ciągnących się wzdłuż plaży w Aleksandrii znów zaczęto szeptać, iż być może pasza dokona następnej wolty i znów zmieni zdanie, Taylor pospiesznie powrócił do Francji, aby przyspieszyć budowę „Luksoru".

W Paryżu tymczasem zmienił się rząd i tylko entuzjazmowi niestrudzonego Champolliona mogli Francuzi zawdzięczać, iż sprawa obelisków już po raz drugi nie powędrowała do lamusa. Na dwa lata przed śmiercią deszyfrant hieroglifów przekonuje rząd francuski, aby z trzech obelisków przywieźć najpierw prawy (zachodni) obelisk z Luksoru — inskrybowany przez Ramzesa II, potem lewy (wschodni) i na końcu „Igłę Kleopatry" — najmniej urodziwą i najgorzej zachowaną.