Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia



A A A

O kolosie, co stracił twarz

Najpiękniejszy widok na Bamijan rozciąga się z tarasu hotelu położonego w samym środku rum. Pobliskie skały, żółtym wieńcem otaczające zieloną dolinę, przypominają wielkie plastry miodu, z których gdzieniegdzie przebija czerń pustych cel mnisich.

W jednej z najwyżej położonych cel obok niezrozumiałych gryzmołów i orientalnych ornamentów widnieje inskrypcja w języku... angielskim, która przełożona na polski brzmi mniej więcej tak: „Głupcze, jeśliś się włażąc tu nie zabił, wiedz, że Charles Masson przed Tobą tu bawił".

Charles Masson, którego już poznaliśmy przy okazji wykopalisk w Haddzie, był typem XIX-wiecznego dziennikarza-podróżnika, obdarzonego darem obserwacji i nienasyconą ciekawością, która gnała go po wszystkich zakątkach świata. W roku 1835 zawitał do Bamijan i jako pierwszy człowiek w czasach nowożytnych opowiedział Europie o tej rajskiej dolinie. Dopiero w sto lat po nim pojawili się tu francuscy archeolodzy.

Oba kolosy (trzecim, najmniejszym nie będziemy się tu zajmować) wykonane są zupełnie różnymi technikami. Mniejszy Budda — ten 35-metrowy — zaraz po tym jak kamieniarze wykuli go w żywej skale, został oblepiony warstwą stiuku i aby stiuk nie odpadał od kamiennego korpusu, wzmocniono go drewnianym rusztowaniem, na którym dopiero wymodelowano draperie szat i wszystkie detale. Mnisi-artyści słusznie wyliczyli, iż taka technika da im kolosalną oszczędność pracy i czasu, jako że w stiuku rzeźbi się dużo łatwiej niż w kamieniu. Na koniec całość pomalowano. Na jaki kolor — nie wiadomo — ale pod prawym ramieniem Buddy można dziś jeszcze zauważyć ślady niebieskiej farby.

Kolosowi temu brak twarzy. Jak już wiemy, została ona celowo zniszczona. Bez wątpienia jest to sprawka muzułmanów, którzy wszystkie figury w Bamijan okaleczyli w ten sam sposób, wyrażając tym swój wstręt do idoli i wszystkich ludzkich przedstawień boga.

Realistycznie wymodelowane ciało, które rysuje się bardzo wyraźnie pod „mokrymi" szatami Buddy, jest cechą hellenistyczną. Dzięki analogiom z Gandhary i z miast rzymskiego Wschodu datuje się „mniejszego Buddę" z Bamijan na koniec III i początek IV wieku n.e. Nad jego głową wymalowany jest wizerunek „świecącego" Czandry, który otoczony świetlistym nimbem powozi rydwanem zaprzężonym w cztery uskrzydlone rumaki. W rysunku jego szat widać wyraźnie wpływy sztuki perskiej Sasanidów, dynastii panującej od połowy III w. n.e. do najazdu muzułmanów. Autor tego malowidła musiał w czasie pracy stać na jakimś bardzo zmyślnym pomoście — zapewne podwieszonym do sklepienia — gdyż stojąc na głowie Buddy nie mógłby dosięgnąć sufitu niszy skalnej.

Z innych fresków znajdujących się w pobliżu „mniejszego Buddy" na uwagę zasługują liściaste wieńce rodem z repertuaru sztuki rzymskiej, które otaczają medaliony z reliefowym przedstawieniem Buddy.

„Większy Budda" z Bamijan, wysoki na 53 metry, stoi — podobnie jak jego mniejszy o 20 metrów kolega — w niszy skalnej. Jest on wyższy, przez co i jego proporcje są bardziej harmonijne. Widać w posągu już istniejącym musiały się pokazać jakieś pęknięcia, bo nowy kolos wykonany został zupełnie inną techniką.

Nowa metoda okazała się dużo prostsza i szalenie oryginalna. Draperie szat wykonano z pęków lin zawieszonych na drewnianych kołkach. Liny same ułożyły się w piękne faliste fałdy, tylko trochę pomogło im oko i ręka artysty. Na koniec całość pokryto warstwą gliny zmieszanej z sieczką i pomalowano na czerwono. Ponieważ podobną technikę modelowania stosowano w Gandharze, „większego Buddę" w Bamijan datuje się na koniec IV lub nawet na początek V wieku naszej ery.

I w tym wypadku twarz boga, ongiś pokryta warstwą złota, została zniszczona. Brakuje też obu rąk, z których jedna zapewne wzniesiona była w geście błogosławieństwa, a druga zwisała wzdłuż tułowia.

Malowidła niszy, w której stoi posąg, podziwiać można tylko przez lornetkę. I tutaj, jak wszędzie w Bamijan, widać przedziwne pomieszanie wpływów Wschodu i Zachodu. Są tu postacie uzbrojone w trójzęby, zapewne rodem z Hellady, obok figur ludzi odzianych w skóry panter — bez wątpienia wschodniej proweniencji.

W roku 1222 Czyngis-chan wykarczował bamijański ogród. Początkowo do doliny wtargnął tylko mały zagon Mongołów dowodzony przez ukochanego wnuka Czyngis-chana. Niestety, w trakcie szturmu na fortecę Szar-i-Zohak chłopak został zabity.

Wódz dopilnował osobiście, aby raj, zgodnie z przyrzeczeniem danym matce chłopca, przemienił się w piekło. Zemsta była straszna, mężczyźni, kobiety, dzieci, nawet zwierzęta zostały uśmiercone. Pałace i świątynie zrównano z ziemią — pozostały tylko kolosy.

Później zielona dolina nigdy już nie powróciła do swej dawnej świetności. Ruiny miasta, które niegdyś tu kwitło, ludzie nazwali Szar-i-Gholghola, czyli Miastem Krzyku.

„I tak już zostało — pisze w przewodniku po Bamijan Nancy Hatch Dupree — Nomadzi znaleźli sobie mieszkania w jaskiniach, a obfitość wody i uroda doliny ściągnęły nowych osiedleńców. Być może Bamijan doczekałoby nowej świetności, ale nigdy nie dano mu tej szansy. Większą nawet od inwazji katastrofą było dlań otworzenie nowych szlaków morskich, które karawanom zabrały kupców i towary, a miasta w górach i na pustyni pozbawiły sensu istnienia".

Zielona dolina Bamijan była ostatnim biwakiem w naszej wędrówce po starożytnym świecie. A dziwna, doprawdy, to była wędrówka; ominęliśmy wszak wiele rzeczy pięknych i dostojnych zatrzymując się tylko przy tych wielkich i największych. Czy taki był cel naszej podróży w przeszłość? Owszem, chcieliśmy w sześciu odsłonach pokazać Ci, czytelniku łaskawy, świat cyklopich murów, Heraklesowych prac, kolosalnych posągów, megalitycznych grobowców, gigantycznych budowli — świat poczęty z wiary i wydźwignięty ponad poziomy zbiorowym wysiłkiem mas ludzkich, jakiego poza wysiłkiem wojennym nie zna nasza współczesna, techniczna cywilizacja.

Ale w tym zbożnym dziele pokazania tego, co w starożytności największe, skrzętny czytelnik mógłby wytknąć nam gapiostwo. Uderzmy się przeto w piersi (Partenon się od tego uderzenia nie zawali). Tak, świadomie i nieświadomie pominęliśmy kilka kolosów. Nie zawiodły nas drogi do Efezu, do olbrzymiej świątyni Artemidy, którą antyczni porównywali z piramidami; zignorowaliśmy monstrualny Olimpiejon w Akragas na Sycylii, który na liście greckich superświątyń zajmuje poczesne drugie miejsce. Obelisk też wybraliśmy nie największy — kamienna igła faraona Tutmozisa III stojąca dziś na środku placu przed bazyliką św. Jana na Lateranię w Rzymie jest o całe 10 metrów wyższa od naszego „techenu" z paryskiego placu Zgody. Zabrakło też miejsca dla największych po piramidach grobowców.