Nie budźcie Cheopsa
„Nikt wtedy jeszcze na Ziemi nie myślał o potopie, kiedy mądrzy Egipcjanie — najwyraźniej przeczuwając nieuchronną karę boską, która spadnie na
ludzi bądź w postaci zalewu wody, bądź ognia piekielnego, zdolnego zniszczyć wszystko, co żyje na ziemi — zbudowali na szczytach wzniesień w Górnym Egipcie kilka kamiennych piramid, mających w ich mniemaniu dać im schronienie przed zbliżającym się niebezpieczeństwem" (Arabski podróżnik Abu Maszir Dżafar Ibn Muhammad Balchi, w IX wieku).
„Egipt — pisze współczesny amerykański archeolog William Y. Adams — zawsze popychał człowieka do nadzwyczajnych przedsięwzięć. Stare Państwo budowało piramidy, Średnie Państwo wznosiło olbrzymie fortece a Nowe — świątynie i podziemne groby. Grecy zaś, skoro tylko osiedlili się w Egipcie wznieśli tam największą w świecie bibliotekę i najwyższą latarnię morską". Jest bowiem coś w egipskim pejzażu — majestatycznym, spokojnym i nieskończonym — co prowokuje człowieka i skłania go ku rzeczom wielkim i absolutnym. Jak dotąd, niepokoje i aspiracje Egipcjan znalazły swój najpełniejszy wyraz w religii faraońskiej i w budowlach Stareg Państwa, wśród których prym wiodą piramidy „Wielki duch Egiptu", o którym słyszy się nieraz uwił sobie gniazdo w Piramidzie Cheopsa w Gizie — największym dokonaniu człowieka na polu monumentalnej architektury, budowli, która wraz ze swymi dwiema mniejszymi i młodszymi siostrami na zawsze pozostanie pomnikiem egipskiej „woli mocy" i boskich aspiracji człowieka. Trzy kurhany faraonów Starego Państwa, stojące na przedmieściach Kairu, były, są i będą wiecznym obrazem potęgi i doskonałości starożytnej architektury.
Na temat piramid — jak chyba na żaden inny temat z dziedziny archeologii — więcej od archeologów napisali amatorzy, co nie jest takie dziwne, zważywszy nadzwyczajną atrakcyjność tematu, niepojęty ogrom pracy ludzkiej w nich zawarty, perfekcję wykonania i mrowie tajemnic, jakie w ich wnętrzu czekają rozwiązania. Nie bez powodu „trzy siostry z Gizy i ich brat Sfinks" uchodzą za uniwersalny symbol tajemnicy.
Różnie je sobie wyobrażano — Szekspir w piramidzie umieścił... okno, byli tacy którzy sądzili, iż piramidy są spichlerzami Józefa, obserwatoriami astronomicznymi lub zgoła dziełami istot z innej planety. Od czasów niemieckiego podróżnika Breydenacha, który w szesnastym stuleciu jako pierwszy spisał swe spotkanie z piramidą, Europa karmi się różnymi piramidalnymi nonsensami, wśród których doczesne miejsce zajmuje tzw. „teoria naturalna" Samuela Simona Witte'a, profesora geologii z Rostocka, który w dziele wydanym w Lipsku w roku 789 zatytułowanym „Rozważania o początku Piramid w Egipcie i ruin Persepolis" wysunął hipotezę, iż piramidy podobnie jak inne monumentalne ruiny Azji i Egiptu nie są wcale dziełem rąk ludzkich tylko... perfidnym podstępem przyrody, szatańską sztuczką natury, formą przewrotnej działalności wulkanicznej. „Siły zdolne wydźwignąć piramidy — pisał profesor Witte — drzemią nie w człowieku, ale w Ziemi, tylko bowiem Matka Ziemia zdolna jest do takich czynów".
Teoria Wittego miała wiele konkurentek — równie niedorzecznych. Piramidy najwyraźniej drażniły ludzką próżność i wyobraźnię, z jednej strony dotykając kompleksów, a z drugiej rodząc manie wielkości. Z tego, co napisano na ich temat, można byłoby ułożyć almanach nonsensu lub napisać wielotomową „Powszechną Historię Niedorzeczności' Przynajmniej od 150 lat mistycy wszelkiej maści, fantaści, naukowi hochsztaplerzy i szarlatani, słowem: ci wszyscy, których określa się mało eleganckim, ale za to bardzo adekwatnym terminem: piramidioci, karmią ludzi sensacyjnymi opowiastkami i przewrotnymi teoriami. Niestety, gromki głos tych ludzi był, jest i długo jeszcze pozostanie bardziej słyszalny od „szeptu" oficjalnej egiptologii.
Być może dzieje się tak dlatego, że prawda archeologiczna jest szara lub zrobiona „na szaro", a jej konkurencyjność względem kuszących wizji fantastów — zbyt mała. Ale cóż począć, skoro taka jest już specyfika tej gałęzi wiedzy, której celem nie są kosmiczne zagadki ale — używając słów Norwida: pokolenia i miasta i ludy smętne i stare — które podały nam nie żadne cudy lecz garnków parę!
Nie wszystko w archeologii jest jasne, lecz garści autentycznych, dotąd nie rozsupłanych tajemnej przeszłości, jest coraz szczuplejsza. Zagadki piramid niepotrzebnie stały się podstawą wydumanych i karkołomnych koncepcji, zamiast wzbudzać podziw nad potęgą zbiorowego wysiłku ludzi — jedynych autorów kolosów z przeszłości i jedynych twórców cywilizacji na Ziemi.
Egiptu nie odwiedzali kosmici, giganci ani żadni nadludzie (ostatni.w kolejce pretendenci do tytułu nadludzi nie dotarli dalej niż do El-Alamein w północno-zachodnim Egipcie). Wszystko jak dotąd wskazuje, że nad Nilem, Eufratem, Orontesem, Tybrem i we wszystkich zakątkach starożytnego świata geniusz ludzki sam o własnych siłach wzlatywał ponad poziomy i z własnej winy upadał bardzo nisko. Ludzie dla siebie i dla swoich bogów wznosili budowle, których wielkość wydaje się nam dziś z praktycznego i racjonalnego punktu widzenia nie uzasadniona. To religia i potęga władzy wyzwoliły ów zbiorowy wysiłek mas ludzkich, jakiego — poza wysiłkiem wojennym — nie zna współczesna cywilizacja techniczna.
Nie periodyczne wizyty „kosmitów" na Ziemi dały asumpt do powstania modnej i co tu dużo mówić, fascynującej „teorii odwiedzin". Współczesna koncepcja Danikena nie jest niczym innym jak tylko unowocześnioną, wzbogaconą o nowy repertuar pojęć odmianą wiecznego mistycyzmu — jedyną formą wiary w gusła, na jaką może sobie pozwolić.epoka atomu. Przyczyn i prapoczątków tej mistyki należy chyba szukać nie na zewnątrz, ale wewnątrz człowieka: „Element mistyczny — pisał M. Mauriac — jest na świecie niezniszczalny. Potrzeba mistycyzmu nie jest u pewnych jednostek funkcją warunków ekonomicznych, nie zależy od toku historii lub zależy od niego w jedynie tej mierze, w jakiej historia odpowiada naturze ludzkiej". Potyczka prawdy archeologicznej z fantazją archeologiczną trwa już przeszło sto lat. Na początku naszego stulecia przeciwko piramidiotom i naukowym szarlatanom wystąpił nasz dobry znajomy Sir William Matthew Flinders Petrie, przypomnijmy: ojciec współczesnej egiptologii i jeden z największych autorytetów w dziedzinie archeologii.
„Fantastyczne teorie — pisał — ciągle rodzą się na nowo i ich twórcy stale zapewniają, iż fakty odpowiadają ich wymaganiom. Nie ma sensu przeciwstawiać im prawdy, rzeczywistego stanu rzeczy, gdyż nie ma to najmniejszego wpływu na tych, którzy są obiektem tego typu zbiorowej halucynacji. Można ich tylko pozostawić w spokoju razem z ludźmi, którzy wierzą w płaskodenność Ziemi i wszystkimi tymi, którym teoria droższą jest od faktu".
„Egipt — pisze współczesny amerykański archeolog William Y. Adams — zawsze popychał człowieka do nadzwyczajnych przedsięwzięć. Stare Państwo budowało piramidy, Średnie Państwo wznosiło olbrzymie fortece a Nowe — świątynie i podziemne groby. Grecy zaś, skoro tylko osiedlili się w Egipcie wznieśli tam największą w świecie bibliotekę i najwyższą latarnię morską". Jest bowiem coś w egipskim pejzażu — majestatycznym, spokojnym i nieskończonym — co prowokuje człowieka i skłania go ku rzeczom wielkim i absolutnym. Jak dotąd, niepokoje i aspiracje Egipcjan znalazły swój najpełniejszy wyraz w religii faraońskiej i w budowlach Stareg Państwa, wśród których prym wiodą piramidy „Wielki duch Egiptu", o którym słyszy się nieraz uwił sobie gniazdo w Piramidzie Cheopsa w Gizie — największym dokonaniu człowieka na polu monumentalnej architektury, budowli, która wraz ze swymi dwiema mniejszymi i młodszymi siostrami na zawsze pozostanie pomnikiem egipskiej „woli mocy" i boskich aspiracji człowieka. Trzy kurhany faraonów Starego Państwa, stojące na przedmieściach Kairu, były, są i będą wiecznym obrazem potęgi i doskonałości starożytnej architektury.
Na temat piramid — jak chyba na żaden inny temat z dziedziny archeologii — więcej od archeologów napisali amatorzy, co nie jest takie dziwne, zważywszy nadzwyczajną atrakcyjność tematu, niepojęty ogrom pracy ludzkiej w nich zawarty, perfekcję wykonania i mrowie tajemnic, jakie w ich wnętrzu czekają rozwiązania. Nie bez powodu „trzy siostry z Gizy i ich brat Sfinks" uchodzą za uniwersalny symbol tajemnicy.
Różnie je sobie wyobrażano — Szekspir w piramidzie umieścił... okno, byli tacy którzy sądzili, iż piramidy są spichlerzami Józefa, obserwatoriami astronomicznymi lub zgoła dziełami istot z innej planety. Od czasów niemieckiego podróżnika Breydenacha, który w szesnastym stuleciu jako pierwszy spisał swe spotkanie z piramidą, Europa karmi się różnymi piramidalnymi nonsensami, wśród których doczesne miejsce zajmuje tzw. „teoria naturalna" Samuela Simona Witte'a, profesora geologii z Rostocka, który w dziele wydanym w Lipsku w roku 789 zatytułowanym „Rozważania o początku Piramid w Egipcie i ruin Persepolis" wysunął hipotezę, iż piramidy podobnie jak inne monumentalne ruiny Azji i Egiptu nie są wcale dziełem rąk ludzkich tylko... perfidnym podstępem przyrody, szatańską sztuczką natury, formą przewrotnej działalności wulkanicznej. „Siły zdolne wydźwignąć piramidy — pisał profesor Witte — drzemią nie w człowieku, ale w Ziemi, tylko bowiem Matka Ziemia zdolna jest do takich czynów".
Teoria Wittego miała wiele konkurentek — równie niedorzecznych. Piramidy najwyraźniej drażniły ludzką próżność i wyobraźnię, z jednej strony dotykając kompleksów, a z drugiej rodząc manie wielkości. Z tego, co napisano na ich temat, można byłoby ułożyć almanach nonsensu lub napisać wielotomową „Powszechną Historię Niedorzeczności' Przynajmniej od 150 lat mistycy wszelkiej maści, fantaści, naukowi hochsztaplerzy i szarlatani, słowem: ci wszyscy, których określa się mało eleganckim, ale za to bardzo adekwatnym terminem: piramidioci, karmią ludzi sensacyjnymi opowiastkami i przewrotnymi teoriami. Niestety, gromki głos tych ludzi był, jest i długo jeszcze pozostanie bardziej słyszalny od „szeptu" oficjalnej egiptologii.
Być może dzieje się tak dlatego, że prawda archeologiczna jest szara lub zrobiona „na szaro", a jej konkurencyjność względem kuszących wizji fantastów — zbyt mała. Ale cóż począć, skoro taka jest już specyfika tej gałęzi wiedzy, której celem nie są kosmiczne zagadki ale — używając słów Norwida: pokolenia i miasta i ludy smętne i stare — które podały nam nie żadne cudy lecz garnków parę!
Nie wszystko w archeologii jest jasne, lecz garści autentycznych, dotąd nie rozsupłanych tajemnej przeszłości, jest coraz szczuplejsza. Zagadki piramid niepotrzebnie stały się podstawą wydumanych i karkołomnych koncepcji, zamiast wzbudzać podziw nad potęgą zbiorowego wysiłku ludzi — jedynych autorów kolosów z przeszłości i jedynych twórców cywilizacji na Ziemi.
Egiptu nie odwiedzali kosmici, giganci ani żadni nadludzie (ostatni.w kolejce pretendenci do tytułu nadludzi nie dotarli dalej niż do El-Alamein w północno-zachodnim Egipcie). Wszystko jak dotąd wskazuje, że nad Nilem, Eufratem, Orontesem, Tybrem i we wszystkich zakątkach starożytnego świata geniusz ludzki sam o własnych siłach wzlatywał ponad poziomy i z własnej winy upadał bardzo nisko. Ludzie dla siebie i dla swoich bogów wznosili budowle, których wielkość wydaje się nam dziś z praktycznego i racjonalnego punktu widzenia nie uzasadniona. To religia i potęga władzy wyzwoliły ów zbiorowy wysiłek mas ludzkich, jakiego — poza wysiłkiem wojennym — nie zna współczesna cywilizacja techniczna.
Nie periodyczne wizyty „kosmitów" na Ziemi dały asumpt do powstania modnej i co tu dużo mówić, fascynującej „teorii odwiedzin". Współczesna koncepcja Danikena nie jest niczym innym jak tylko unowocześnioną, wzbogaconą o nowy repertuar pojęć odmianą wiecznego mistycyzmu — jedyną formą wiary w gusła, na jaką może sobie pozwolić.epoka atomu. Przyczyn i prapoczątków tej mistyki należy chyba szukać nie na zewnątrz, ale wewnątrz człowieka: „Element mistyczny — pisał M. Mauriac — jest na świecie niezniszczalny. Potrzeba mistycyzmu nie jest u pewnych jednostek funkcją warunków ekonomicznych, nie zależy od toku historii lub zależy od niego w jedynie tej mierze, w jakiej historia odpowiada naturze ludzkiej". Potyczka prawdy archeologicznej z fantazją archeologiczną trwa już przeszło sto lat. Na początku naszego stulecia przeciwko piramidiotom i naukowym szarlatanom wystąpił nasz dobry znajomy Sir William Matthew Flinders Petrie, przypomnijmy: ojciec współczesnej egiptologii i jeden z największych autorytetów w dziedzinie archeologii.
„Fantastyczne teorie — pisał — ciągle rodzą się na nowo i ich twórcy stale zapewniają, iż fakty odpowiadają ich wymaganiom. Nie ma sensu przeciwstawiać im prawdy, rzeczywistego stanu rzeczy, gdyż nie ma to najmniejszego wpływu na tych, którzy są obiektem tego typu zbiorowej halucynacji. Można ich tylko pozostawić w spokoju razem z ludźmi, którzy wierzą w płaskodenność Ziemi i wszystkimi tymi, którym teoria droższą jest od faktu".