Ni to ludzie, ni to bestie
„Kraj ten — pisał około 400 roku n.e. o swej wizycie w Bamijan chiński pielgrzym Fa-Hsien — leży w samym środku Pasma Cebulowego. Śniegi nie
topnieją tam ani w lecie, ani w zimie. Żyją tam jadowite smoki, które sprowokowane dmuchają na intruza trującym wiatrem, zasypują go śniegiem bądź
zsyłają nań zamieć piasku i żwiru. Może jeden z dziesięciu tysięcy, którzy zapuścili się w te strony uchodzi z życiem".
Fa-Hsien grubo przesadził, dolina Bamijanu była raczej rajem niż piekłem na ziemi. Leżała ona przy odwiecznym szlaku łączącym Baktrię z doliną Kabulu, toteż goście przybywali tu różni i — niestety — najczęściej nie w pokojowych zamiarach. Wyznawcy Buddy oczarowani pięknem tej doliny i zachęceni bliskością traktu handlowego, który obiecywał napływ tłumów pielgrzymów, wykuli w okolicznych skałach gigantyczny kompleks klasztorny. To właśnie tutaj w Bamijanie, schroniła się po inwazji Hunów część niedobitków z Gandhary.
Artyści z Bamijanu nieco inaczej pojmowali ideał piękna. Ich poglądy na sztukę były krańcowo różne od tych, jakie reprezentowali ich koledzy z Haddy. Zapał, który gdzie indziej rozdrabniał się w produkcji niezliczonych drobnych artefaktów, w Bamijan obrodził monumentalnymi posągami. Wysiłek setek rzeźbiarzy skierowany został na wielką prostopadłą ścianę skalną, z której po latach katorżniczej pracy wyłonił się olbrzymi, liczący 53 metry wysokości, posąg Buddy. Dlaczego? Archeolog francuski A. Foucher, który pierwszy rozpoczął systematyczne badania w dolinie, napisał: wysokie, gładkie ściany skalne, oddzielające wąską dolinę od skalistego płaskowyżu, wprost prosiły się o młotek i dłuto — o to, aby wyrazić w nich ogrom i potęgę Najwyższej Idei.
Przez długie stulecia dolina Bamijan była prawdziwą Mekką buddyzmu (z racji obfitości świątyń i żarliwości mnichów zwano ją nieraz Tebami Wschodu). Pielgrzymi decydowali się na trudy i niebezpieczeństwa wędrówki przez niebotyczny Hindukusz po to, aby zobaczyć słynne w świecie gigantyczne posągi Buddy, olbrzymi klasztor królewski i niezliczoną ilość relikwiarzy. Okoliczne skały podziurawionę są niezliczoną ilością cel mnisich. W okresie największego rozkwitu doliny mieszkało tu kilkadziesiąt tysięcy zakonników i czasowo przebywało po kilka tysięcy pielgrzymów. Bamijan szczęśliwa uniknęło potopu białych Hunów; obroniło je niedostępne położenie w górach (2 500 metrów nad poziomem morza). Aż do momentu fatalnego w skutkach najazdu Czyngis-chana w zielonej dolinie kwitła sztuka na równi z pszenicą i drzewami owocowymi.
Dziś w bamijańskich pieczarach nikt już nie mieszka. Tylko w kilku niżej położonych grotach wegetują Hazarowie. Na straży martwego miasta stoją trzy kolosy wykute w skale i oblepione stiukiem. I może to dobrze, że czyjaś ręka pozbawiła je twarzy, bo dzięki temu nie muszą patrzeć na nędzę i upadek „Teb Wschodu".
Fa-Hsien grubo przesadził, dolina Bamijanu była raczej rajem niż piekłem na ziemi. Leżała ona przy odwiecznym szlaku łączącym Baktrię z doliną Kabulu, toteż goście przybywali tu różni i — niestety — najczęściej nie w pokojowych zamiarach. Wyznawcy Buddy oczarowani pięknem tej doliny i zachęceni bliskością traktu handlowego, który obiecywał napływ tłumów pielgrzymów, wykuli w okolicznych skałach gigantyczny kompleks klasztorny. To właśnie tutaj w Bamijanie, schroniła się po inwazji Hunów część niedobitków z Gandhary.
Artyści z Bamijanu nieco inaczej pojmowali ideał piękna. Ich poglądy na sztukę były krańcowo różne od tych, jakie reprezentowali ich koledzy z Haddy. Zapał, który gdzie indziej rozdrabniał się w produkcji niezliczonych drobnych artefaktów, w Bamijan obrodził monumentalnymi posągami. Wysiłek setek rzeźbiarzy skierowany został na wielką prostopadłą ścianę skalną, z której po latach katorżniczej pracy wyłonił się olbrzymi, liczący 53 metry wysokości, posąg Buddy. Dlaczego? Archeolog francuski A. Foucher, który pierwszy rozpoczął systematyczne badania w dolinie, napisał: wysokie, gładkie ściany skalne, oddzielające wąską dolinę od skalistego płaskowyżu, wprost prosiły się o młotek i dłuto — o to, aby wyrazić w nich ogrom i potęgę Najwyższej Idei.
Przez długie stulecia dolina Bamijan była prawdziwą Mekką buddyzmu (z racji obfitości świątyń i żarliwości mnichów zwano ją nieraz Tebami Wschodu). Pielgrzymi decydowali się na trudy i niebezpieczeństwa wędrówki przez niebotyczny Hindukusz po to, aby zobaczyć słynne w świecie gigantyczne posągi Buddy, olbrzymi klasztor królewski i niezliczoną ilość relikwiarzy. Okoliczne skały podziurawionę są niezliczoną ilością cel mnisich. W okresie największego rozkwitu doliny mieszkało tu kilkadziesiąt tysięcy zakonników i czasowo przebywało po kilka tysięcy pielgrzymów. Bamijan szczęśliwa uniknęło potopu białych Hunów; obroniło je niedostępne położenie w górach (2 500 metrów nad poziomem morza). Aż do momentu fatalnego w skutkach najazdu Czyngis-chana w zielonej dolinie kwitła sztuka na równi z pszenicą i drzewami owocowymi.
Dziś w bamijańskich pieczarach nikt już nie mieszka. Tylko w kilku niżej położonych grotach wegetują Hazarowie. Na straży martwego miasta stoją trzy kolosy wykute w skale i oblepione stiukiem. I może to dobrze, że czyjaś ręka pozbawiła je twarzy, bo dzięki temu nie muszą patrzeć na nędzę i upadek „Teb Wschodu".