Na przykład Gaudencjusz...
W starych przewodnikach po Rzymie i w przestarzałych podręcznikach architektury spotkać się można ze stwierdzeniem, iż Koloseum budowało przez 10 lat 15 tysięcy jeńców żydowskich przywiezionych do stolicy po stłumieniu powstania w Judei.
To oczywiście bzdura: amfiteatr to nie piramida (choć i tej ostatniej nie budowali niewolnicy). Budowla, jaką zaplanował Wespazjan, była niesłychanie skomplikowaną konstrukcją, wymagającą najwyższych kwalifikacji, doskonałych metod budowlanych, techniki i świetnej organizacji, a nie darmowej pracy ludzi nie mówiących nawet po łacinie. Faraon Cheops mógł od biedy posłużyć się armią wieśniaków — co wcale nie jest takie pewne — których wylew Nilu pozbawiał pracy na kilka miesięcy w roku, ale cesarz Wespazjan chcąc postawić skomplikowaną arkadową budowlę na planie elipsy musiał oprzeć się na sile roboczej wysoko kwalifikowanej i bardzo kosztownej.
Anglik Mac Donald sądzi, iż przy budowie Koloseum mogło być zatrudnionych nie więcej niż 2 tysiące niewolników, którzy wykonywali proste czynności, takie jak praca w kamieniołomach, kopanie fundamentów, transport bloków, budowa dróg dojazdowych. Reszta to byli fachowcy we współczesnym rozumieniu tego słowa; antyczne teksty nazywają ich wedle specjalności, a więc: fabri aerarii to rzemieślnicy pracujący w brązie, fabri ferrari — kowale,, fabri tignarii — cieśle, funguli — koźlarze, marmorarii i lapidarii — kamieniarze, pavimentarii — posadzkarze, instructores i structores — murarze, tectores — dekoratorzy, gypsarii — sztukatorzy i wreszcie pictores parietarii (zwani również coloratores), czyli po naszemu — malarze pokojowi.
Nie wiadomo dziś, kto zaplanował to wielkie dzieło, kto rozrysował je na desce, opatrzył uwagami, obliczył wszystkie naciski naprężenia i od początku aż do końca nadzorował, jak idea obleka się w ciało. Bez wątpienia był to geniusz, ale nie zapoznany, tylko anonimowy, wedle bowiem rzymskiej tradycji cała gloria należała się cesarzowi. Wszak to on płacił, czyli budował, on zatrudniał architekta na równi z kamieniarzami i to w jego głowie zrodziła się ta wspaniała budowla.
Reszta już była tylko „drobnostką", którą wykonywała anonimowa armia rzemieślników dowodzona przez anonimowego architekta. Za jakość i terminowość odpowiedzialny był specjalny urząd, rodzaj rzymskiego Ministerstwa Budownictwa i Robót Publicznych.
Oczywiście na temat autorstwa takiego gmachu jak Koloseum musiało powstać kilka romantycznych historii, ludzi bowiem zawsze w podobnych sytuacjach bardziej interesuje odpowiedź na pytanie — kto, a nie kiedy lub dlaczego. Jedną z takich historii sprokurował jeszcze w XVIII wieku włoski historyk Giovanni Maragnoni, który powołując się na inskrypcję znalezioną w krypcie rzymskiego kościoła św. Martyny na Forum ogłosił, iż „Amphiteatro Flavio" zbudował na zlecenie Wespazjana pewien Gaudencjusz, postać wielce tragiczna, wzięty architekt, który u szczytu sławy, kiedy klienci z cesarzem na czele cisnęli się do niego drzwiami i oknami, przystał do sekty Galilejczyków (tak w czasach wczesnego chrześcijaństwa nazywano wyznawców Chrystusa, nazwa „christianoi" — chrześcijanie — poj.awiła się po raz pierwszy w Antiochii w I wieku n.e. i rozprzestrzeniła się po całym cesarstwie). Oczywiście został pojmany przez cesarskich siepaczy, uwięziony i w końcu rzucony lwom na arenie Koloseum — swego największego dzieła.
Już w wieku XVIII zarzucono Maragnoniemu naiwność, a w sto lat później udowodniono mu nawet fałszerstwo. Nie powstrzymało to jednak innych od tworzenia na ten sam temat jeszcze bardziej romantycznych historii. Być może było to skutkiem przedziwnej atmosfery, jaka od wieków tworzyła się wokół Koloseum, tego nimbu świętości, tajemnicy i magii, nie mówiąc już o uczonych domysłach i hipotezach. Signor Clementi w książeczce „L'Amfiteatro Flavio", opublikowanej tuż przed wybuchem I wojny światowej, ujął rzecz może cokolwiek patetycznie, niemniej jednak celnie: „Kiedy patrzy się w zadumie — pisał — na tę gigantyczną ruinę, myśl nieświadomie ulatuje do tego wielkiego architekta, który siłą swego geniuszu począł to dzieło mierzone na siły cyklopów — projekt, który stanowi wyzwanie rzucone niebu".
To oczywiście bzdura: amfiteatr to nie piramida (choć i tej ostatniej nie budowali niewolnicy). Budowla, jaką zaplanował Wespazjan, była niesłychanie skomplikowaną konstrukcją, wymagającą najwyższych kwalifikacji, doskonałych metod budowlanych, techniki i świetnej organizacji, a nie darmowej pracy ludzi nie mówiących nawet po łacinie. Faraon Cheops mógł od biedy posłużyć się armią wieśniaków — co wcale nie jest takie pewne — których wylew Nilu pozbawiał pracy na kilka miesięcy w roku, ale cesarz Wespazjan chcąc postawić skomplikowaną arkadową budowlę na planie elipsy musiał oprzeć się na sile roboczej wysoko kwalifikowanej i bardzo kosztownej.
Anglik Mac Donald sądzi, iż przy budowie Koloseum mogło być zatrudnionych nie więcej niż 2 tysiące niewolników, którzy wykonywali proste czynności, takie jak praca w kamieniołomach, kopanie fundamentów, transport bloków, budowa dróg dojazdowych. Reszta to byli fachowcy we współczesnym rozumieniu tego słowa; antyczne teksty nazywają ich wedle specjalności, a więc: fabri aerarii to rzemieślnicy pracujący w brązie, fabri ferrari — kowale,, fabri tignarii — cieśle, funguli — koźlarze, marmorarii i lapidarii — kamieniarze, pavimentarii — posadzkarze, instructores i structores — murarze, tectores — dekoratorzy, gypsarii — sztukatorzy i wreszcie pictores parietarii (zwani również coloratores), czyli po naszemu — malarze pokojowi.
Nie wiadomo dziś, kto zaplanował to wielkie dzieło, kto rozrysował je na desce, opatrzył uwagami, obliczył wszystkie naciski naprężenia i od początku aż do końca nadzorował, jak idea obleka się w ciało. Bez wątpienia był to geniusz, ale nie zapoznany, tylko anonimowy, wedle bowiem rzymskiej tradycji cała gloria należała się cesarzowi. Wszak to on płacił, czyli budował, on zatrudniał architekta na równi z kamieniarzami i to w jego głowie zrodziła się ta wspaniała budowla.
Reszta już była tylko „drobnostką", którą wykonywała anonimowa armia rzemieślników dowodzona przez anonimowego architekta. Za jakość i terminowość odpowiedzialny był specjalny urząd, rodzaj rzymskiego Ministerstwa Budownictwa i Robót Publicznych.
Oczywiście na temat autorstwa takiego gmachu jak Koloseum musiało powstać kilka romantycznych historii, ludzi bowiem zawsze w podobnych sytuacjach bardziej interesuje odpowiedź na pytanie — kto, a nie kiedy lub dlaczego. Jedną z takich historii sprokurował jeszcze w XVIII wieku włoski historyk Giovanni Maragnoni, który powołując się na inskrypcję znalezioną w krypcie rzymskiego kościoła św. Martyny na Forum ogłosił, iż „Amphiteatro Flavio" zbudował na zlecenie Wespazjana pewien Gaudencjusz, postać wielce tragiczna, wzięty architekt, który u szczytu sławy, kiedy klienci z cesarzem na czele cisnęli się do niego drzwiami i oknami, przystał do sekty Galilejczyków (tak w czasach wczesnego chrześcijaństwa nazywano wyznawców Chrystusa, nazwa „christianoi" — chrześcijanie — poj.awiła się po raz pierwszy w Antiochii w I wieku n.e. i rozprzestrzeniła się po całym cesarstwie). Oczywiście został pojmany przez cesarskich siepaczy, uwięziony i w końcu rzucony lwom na arenie Koloseum — swego największego dzieła.
Już w wieku XVIII zarzucono Maragnoniemu naiwność, a w sto lat później udowodniono mu nawet fałszerstwo. Nie powstrzymało to jednak innych od tworzenia na ten sam temat jeszcze bardziej romantycznych historii. Być może było to skutkiem przedziwnej atmosfery, jaka od wieków tworzyła się wokół Koloseum, tego nimbu świętości, tajemnicy i magii, nie mówiąc już o uczonych domysłach i hipotezach. Signor Clementi w książeczce „L'Amfiteatro Flavio", opublikowanej tuż przed wybuchem I wojny światowej, ujął rzecz może cokolwiek patetycznie, niemniej jednak celnie: „Kiedy patrzy się w zadumie — pisał — na tę gigantyczną ruinę, myśl nieświadomie ulatuje do tego wielkiego architekta, który siłą swego geniuszu począł to dzieło mierzone na siły cyklopów — projekt, który stanowi wyzwanie rzucone niebu".