Mr. Wood odkrywa Heliopolis
W roku 1750 opuściły Rzym dwie grupy Anglików: dwaj wzięci malarze Stuart i Revett udali się do Aten, natomiast James Dawkins oraz Rober Wood — obaj członkowie Towarzystwa Dyletantów (to zacne stowarzyszenie angielskich miłośników Antyku nie miało nic wspólnego z dyletantami w nowszym zrozumieniu tego słowa) — wraz z bogatym mecenasem sztuki Johnem Bouverie popłynęli na Wschód.
Stateczek, który Wood wynajął był jeszcze w Londynie, najpierw zarzucił kotwicę w Neapolu, a potem pożeglował do Azji Mniejszej, gdzie uczonych podróżników — wieźli ze sobą całą bibliotekę plus kilka skrzyń instrumentów pomiarowych — spotkało nieszczęście: w Magnezji nad Meandrem zmarł John Bouverie, sponsor całego przedsięwzięcia. Pomieszało to trochę szyki pozostałym dwóm uczestnikom ekspedycji. Chciał, nie chciał zamożniejszy z nich, tzn. Dawkins, musiał wziąć na siebie ciężar finasowania wyprawy. Ale na razie plany zostały zmienione i żaglowiec zamiast płynąć do Syrii za wrócił do Aten.
Ravetta i Stuarta Wood spotkał na Akropolu zajętych robieniem rysunków i akwarel. Oglądając ich wspaniałe prace trudno mu było oprzeć się uczuciu zazdrości. Czy zaangażowany przez niego jeszcze w Rzymie nikomu nie znany architekt i rysownik nazwiskiem Borra zdoła odtworzyć na papierze starożytność Syrii i Libanu z taką maestrią, jak zrobili to Revett i Stuart z ruinami Aten?
Na szczęście Borra sprawił się zupełnie nieźle. Jego autorstwa jest 46 szkiców reprodukowanych w albumie zatytułowanym „Ruiny Baalbeku, inaczej zwanego Heliopolis w Celesyrii", który Wood opatrzył liczącym 28 stron komentarzem i wydał pod własnym nazwiskiem w Londynie w roku 1757. Wartość tej pracy byłaby niepomiernie większa, gdyby Borra rysował tylko to, co widział. Niestety, jego romantyczne widoczki dostosowane były do gustu XVIII-wiecznej Europy, która karmiła się idealnym obrazem antyku — enklawy bieli, spokoju, piękna romantyczności.
Pobyt tej trójki na Wschodzie nie był usiany różami, a dwutygodniowy popas w Baalbeku przypominał koszmar (nie tak zapewne wyobrażali sobie baśniowy Orient — krainę Szecherezady i Sinbada Żeglarza). Emir — typ spod ciemnej gwiazdy — pod którego władzą znajdowało się wówczas Miasto Słońca, nie ustawał w wysiłkach mających na celu wyciągnięcie od Anglików jak największej ilości pieniędzy. Nie było niemal dnia, aby nie nadeszły od niego jakieś nowe groźby lub żądania. Któregoś ranka Wood dowiedział się, iż został już nań wydany wyrok śmierci! On i jego dwaj przyjaciele mieli być ujęci i... porąbani w kawałki. Cóż było robić? Aby Borra mógł spokojnie rysować ruiny Dawkins musiał potrząsnąć kiesą i zaangażować dwudziestkę uzbrojonych po zęby Beduinów, którzy w zamian za sutą zapłatę zgodzili się dniem i nocą ochraniać giaurów. Marsowe miny, wysłużone strzelby i zakrzywione szable jeźdźców pustyni stwarzały wprawdzie poczucie bezpieczeństwa, ale Wood uspokoił się dopiero wtedy, gdy chciwy emir został za mordowany w wyniku jakichś intryg pałacowych.
Na znanym i wielokrotnie reprodukowanym szkicu Borry przedstawiającym ruiny świątyni Jupitera widzimy jeszcze dziewięć kolumn perystazy (kolum nady otaczającej wieńcem świątynię). Był to — pamiętajmy — rok 1751, osiem lat później w wyniku potwornego trzęsienia ziemi trzy kolumny runęły, a pozostałe sześć wraz z opartym na nich architrawem pochyliło się niebezpiecznie, w każdej chwili grożąc zawaleniem — cudem tylko dotrwały w takim stanie do roku 1933, kiedy francuscy architekci Pierre Coupel i Francois Anus dokonali koniecznych prac zabezpieczających.
Po odejściu Wooda, Dawkinsa i Borry czas już spokojnie płynął w cieniu cedrów. U stóp Libanu, „kędy-śniegi nigdy nie topnieją", od czasu do czasu pojawiał się jakiś dyplomata bawiący z misją na Wschodzie, jakiś artysta, naukowiec lub poeta. Wszystkich ich jak magnes przyciągał tajemniczy Baalbek — „marmurowe gniazdo gigantów" uwite wysoko w górach. W czasie swej trzyletniej wyprawy na Wschód (1817—1821) złożył wizytę Miastu Słońca „emir" Wacław Rzewuski, który nie zabawił tu długo, jako że bardziej od zabytków interesowały go konie arabskie. Wkrótce po nim odbył wycieczkę z Damaszku do Baalbeku niejaki Juliusz Słowacki, któremu widok ruin świątyni Jowisza jako żywo przypomniał lata spędzone w Wilnie w domu matki Salomei, gdzie w rodzinnej bibliotece państwa Słowackich był album Wooda ze sztychami Borry...
Cztery lata wcześniej Baalbek odwiedził inny wielki romantyk — Alfonse Lamartine. „Oddaliśmy się napisze potem o swym spotkaniu z Miastem Słońca — oglądaniu ruin, nie pojmując, jaka to wszechwładna moc ducha ludzkiego, jakaż siła wiary zdołała poruszyć te masy kamienia i stworzyć takie arcydzieło". Imaginacja francuskiego poety stanęła tu w szranki z wyobraźnią Beduinów i — przyznajmy z zapasów tych wyszła zwycięsko. Jego wersja powstania Wielkiej Świątyni jest jeszcze bardziej nieprawdopodobna od popularnej miejscowej legendy — Lamartine sądził bowiem, że „Chram Jupitera", jest dziełem olbrzymów, o których pisze Pismo Święte, a którzy żyli w czasach patriarchy Noego lub nawet jeszcze wcześniej...
Europa na dobre zainteresowała się Libanem dopiero w roku 1860, w czasie „ostatniej krucjaty" zorganizowanej przez Francję w sukurs libańskim chrześcijanom (Maronitom), którym Druzowie popierani przez turecką Wysoką Porte, zgotowali krwawą łaźnię. Ekspedycja, którą kierował generał Beaufort d'Hautpoult, od początku nie miała szczęścia i koniec końców jej jedynym poważnym osiągnięciem pozostały pomiary kartograficzne wykonane przez francuskich oficerów oraz badania znanego orienta-listy archeologa i filozofa w jednej osobie, Ernesta Renana, który wraz z siostrą Henriettą towarzyszył korpusowi d'Hautpoulta.
Francuzi mało zwojowali, ale za to sporo wykopali. Wojskowym towarzyszyła grupa archeologów — piękny zwyczaj we francuskiej armii zapoczątkowany egipską awanturą Napoleona — którzy pod dowództwem Renana „zawojowali" starożytną Fenicję.
Badania tych ludzi rozliczyły w oczach Europy staroświecką awanturę, bez której tak Francuzi jak i Maronici z powodzeniem mogli się obyć. Naocznym świadkiem wydarzeń libańskich roku 1860 był warszawski historyk Aleksander Jabłonowski, który napisze potem, iż: „muzułmanie, Druzowie i Maronici siedzieli w swych ostępach górskich wieki całe obok siebie, w sąsiedzkiej zgodzie. Trzebaż było ogień nienawiści między nimi podżegać. Chce się nieproszonym Frankom gospodarować wszędy. Chcieli krwi — mieli ją".
Stateczek, który Wood wynajął był jeszcze w Londynie, najpierw zarzucił kotwicę w Neapolu, a potem pożeglował do Azji Mniejszej, gdzie uczonych podróżników — wieźli ze sobą całą bibliotekę plus kilka skrzyń instrumentów pomiarowych — spotkało nieszczęście: w Magnezji nad Meandrem zmarł John Bouverie, sponsor całego przedsięwzięcia. Pomieszało to trochę szyki pozostałym dwóm uczestnikom ekspedycji. Chciał, nie chciał zamożniejszy z nich, tzn. Dawkins, musiał wziąć na siebie ciężar finasowania wyprawy. Ale na razie plany zostały zmienione i żaglowiec zamiast płynąć do Syrii za wrócił do Aten.
Ravetta i Stuarta Wood spotkał na Akropolu zajętych robieniem rysunków i akwarel. Oglądając ich wspaniałe prace trudno mu było oprzeć się uczuciu zazdrości. Czy zaangażowany przez niego jeszcze w Rzymie nikomu nie znany architekt i rysownik nazwiskiem Borra zdoła odtworzyć na papierze starożytność Syrii i Libanu z taką maestrią, jak zrobili to Revett i Stuart z ruinami Aten?
Na szczęście Borra sprawił się zupełnie nieźle. Jego autorstwa jest 46 szkiców reprodukowanych w albumie zatytułowanym „Ruiny Baalbeku, inaczej zwanego Heliopolis w Celesyrii", który Wood opatrzył liczącym 28 stron komentarzem i wydał pod własnym nazwiskiem w Londynie w roku 1757. Wartość tej pracy byłaby niepomiernie większa, gdyby Borra rysował tylko to, co widział. Niestety, jego romantyczne widoczki dostosowane były do gustu XVIII-wiecznej Europy, która karmiła się idealnym obrazem antyku — enklawy bieli, spokoju, piękna romantyczności.
Pobyt tej trójki na Wschodzie nie był usiany różami, a dwutygodniowy popas w Baalbeku przypominał koszmar (nie tak zapewne wyobrażali sobie baśniowy Orient — krainę Szecherezady i Sinbada Żeglarza). Emir — typ spod ciemnej gwiazdy — pod którego władzą znajdowało się wówczas Miasto Słońca, nie ustawał w wysiłkach mających na celu wyciągnięcie od Anglików jak największej ilości pieniędzy. Nie było niemal dnia, aby nie nadeszły od niego jakieś nowe groźby lub żądania. Któregoś ranka Wood dowiedział się, iż został już nań wydany wyrok śmierci! On i jego dwaj przyjaciele mieli być ujęci i... porąbani w kawałki. Cóż było robić? Aby Borra mógł spokojnie rysować ruiny Dawkins musiał potrząsnąć kiesą i zaangażować dwudziestkę uzbrojonych po zęby Beduinów, którzy w zamian za sutą zapłatę zgodzili się dniem i nocą ochraniać giaurów. Marsowe miny, wysłużone strzelby i zakrzywione szable jeźdźców pustyni stwarzały wprawdzie poczucie bezpieczeństwa, ale Wood uspokoił się dopiero wtedy, gdy chciwy emir został za mordowany w wyniku jakichś intryg pałacowych.
Na znanym i wielokrotnie reprodukowanym szkicu Borry przedstawiającym ruiny świątyni Jupitera widzimy jeszcze dziewięć kolumn perystazy (kolum nady otaczającej wieńcem świątynię). Był to — pamiętajmy — rok 1751, osiem lat później w wyniku potwornego trzęsienia ziemi trzy kolumny runęły, a pozostałe sześć wraz z opartym na nich architrawem pochyliło się niebezpiecznie, w każdej chwili grożąc zawaleniem — cudem tylko dotrwały w takim stanie do roku 1933, kiedy francuscy architekci Pierre Coupel i Francois Anus dokonali koniecznych prac zabezpieczających.
Po odejściu Wooda, Dawkinsa i Borry czas już spokojnie płynął w cieniu cedrów. U stóp Libanu, „kędy-śniegi nigdy nie topnieją", od czasu do czasu pojawiał się jakiś dyplomata bawiący z misją na Wschodzie, jakiś artysta, naukowiec lub poeta. Wszystkich ich jak magnes przyciągał tajemniczy Baalbek — „marmurowe gniazdo gigantów" uwite wysoko w górach. W czasie swej trzyletniej wyprawy na Wschód (1817—1821) złożył wizytę Miastu Słońca „emir" Wacław Rzewuski, który nie zabawił tu długo, jako że bardziej od zabytków interesowały go konie arabskie. Wkrótce po nim odbył wycieczkę z Damaszku do Baalbeku niejaki Juliusz Słowacki, któremu widok ruin świątyni Jowisza jako żywo przypomniał lata spędzone w Wilnie w domu matki Salomei, gdzie w rodzinnej bibliotece państwa Słowackich był album Wooda ze sztychami Borry...
Cztery lata wcześniej Baalbek odwiedził inny wielki romantyk — Alfonse Lamartine. „Oddaliśmy się napisze potem o swym spotkaniu z Miastem Słońca — oglądaniu ruin, nie pojmując, jaka to wszechwładna moc ducha ludzkiego, jakaż siła wiary zdołała poruszyć te masy kamienia i stworzyć takie arcydzieło". Imaginacja francuskiego poety stanęła tu w szranki z wyobraźnią Beduinów i — przyznajmy z zapasów tych wyszła zwycięsko. Jego wersja powstania Wielkiej Świątyni jest jeszcze bardziej nieprawdopodobna od popularnej miejscowej legendy — Lamartine sądził bowiem, że „Chram Jupitera", jest dziełem olbrzymów, o których pisze Pismo Święte, a którzy żyli w czasach patriarchy Noego lub nawet jeszcze wcześniej...
Europa na dobre zainteresowała się Libanem dopiero w roku 1860, w czasie „ostatniej krucjaty" zorganizowanej przez Francję w sukurs libańskim chrześcijanom (Maronitom), którym Druzowie popierani przez turecką Wysoką Porte, zgotowali krwawą łaźnię. Ekspedycja, którą kierował generał Beaufort d'Hautpoult, od początku nie miała szczęścia i koniec końców jej jedynym poważnym osiągnięciem pozostały pomiary kartograficzne wykonane przez francuskich oficerów oraz badania znanego orienta-listy archeologa i filozofa w jednej osobie, Ernesta Renana, który wraz z siostrą Henriettą towarzyszył korpusowi d'Hautpoulta.
Francuzi mało zwojowali, ale za to sporo wykopali. Wojskowym towarzyszyła grupa archeologów — piękny zwyczaj we francuskiej armii zapoczątkowany egipską awanturą Napoleona — którzy pod dowództwem Renana „zawojowali" starożytną Fenicję.
Badania tych ludzi rozliczyły w oczach Europy staroświecką awanturę, bez której tak Francuzi jak i Maronici z powodzeniem mogli się obyć. Naocznym świadkiem wydarzeń libańskich roku 1860 był warszawski historyk Aleksander Jabłonowski, który napisze potem, iż: „muzułmanie, Druzowie i Maronici siedzieli w swych ostępach górskich wieki całe obok siebie, w sąsiedzkiej zgodzie. Trzebaż było ogień nienawiści między nimi podżegać. Chce się nieproszonym Frankom gospodarować wszędy. Chcieli krwi — mieli ją".