Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia
- domeny
- domeny
- zdjęcia ślubne szczecin



A A A

Lekcja anatomii doktora Pettigrewa

Karierę wojskową R.W. Howard-Vyse zakończył w stopniu generała. Nie znamy jego walecznych czynów i bojowych zasług z wyjątkiem tych, których dokonał w Egipcie, i to nie na polu bitwy, ale na niwie egiptologii, której-był postrachem i dobroczyńcą zarazem.

O Egipcie bowiem marzył już od najmłodszych lat. Odkąd pamiętał, jego konikiem były zawsze piramidy — dokładniej Wielka Piramida w Gizie. Dumał o niej na szkolnej ławie i potem, gdy studiował w Oxfordzie. Rodzice dość niechętnie patrzyli na te dziwne zainteresowania syna, toteż gdy młody Howard zaciągnął się do królewskich dragonów, ojcu „młyński kamień spadł z serca". Tam na pewno wybiją mu z głowy mrzonki o piramidach i zrobią z niego mężczyznę — myślał i... mylił się. Kadet Vyse służył bowiem wiernie, ożenił się, spłodził nawet dziesięcioro dzieci (!), ale młodzieńczych marzeń nie wyrzekł się nigdy. W czasie służby w Anglii, na kontynencie Indiach Zachodnich wielokrotnie wracał do swych ulubionych lektur. Nigdy niemal nie rozstawał się ze starą, ale ciągle aktualną „Pyramidographią" Johna Greavesa, do której — jak twierdzą jego zwierzchnicy — zaglądał częściej niż do regulaminu. Opis wędrówki po komorach i korytarzach największej egipskich piramid, sporządzony jeszcze w roku 1646 przez astronoma i matematyka z Oxfordu Johna Greavesa, znał niemal na pamięć. Nie odkryte dotąd pomieszczenia, kręte korytarze, tajemnicza studnia bez dna, komora królewska, której martwotę ożywia tylko trzepot skrzydeł nietoperzy, pusty sarkofag, piekielny żar i iście egipskie ciemności panujące wewnątrz tej niesamowitej budowli przyprawiały go o żywsze bicie serca. Trzeba przyznać, że. Greaves potrafił zainteresować czytelnika, zafascynować go romantyczną przygodą, a przy okazji wpoić kilka podstawowych prawd, jak ta na przykład, że piramidy to nie żadne spichlerze Józefa ani obserwatoria astronomiczne, jeno grobowce faraonów; człowiek który nauczył się na pamięć „Pyramidographii" nie miał złego pojęcia o piramidach, dość nieźle orientował się w wymiarach tych budowli, ich przeznaczeniu i układzie wewnętrznych pomieszczeń.

Miary użyte przy budowie tej piramidy — pisał o Wielkiej Piramidzie w Gizie John Greaves — tak doskonale pokrywają się z naszymi angielskimi stanardami, iż zasługują na baczniejszą uwagę uczonych, gdyż jest to, moim zdaniem, przyczynek do odkrycia spraw nadzwyczajnej wagi". To właśnie tych odkryć nadzwyczajnej wagi" gorąco pragnął dokonać Howard-Vyse, podówczas jeszcze kapitan królewskich ragonów.

Zainteresowania brytyjskiego oficera nie były zresztą czymś osobliwym. Europa po wyprawie Napoleona do Egiptu pasjonuje się krajem faraonów, mumiami, piramidami i Anglia nie jest w tej materii wyjątkiem, a nawet — rzec można — przoduje Vyse nie mógł pamiętać — nie było go jeszcze wtedy na świecie — jaką sensację wywołała w Londynie publiczna sekcja mumii egipskiej przeprowadzona przez doktora Johna Halleya 16 grudnia 1763 roku (pierwszą wykonał w Cambridge po cichu i bez rozgłosu chirurg Middleton w roku 1760 lub 1761) ale kiedy w latach dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia wzięty chirurg londyński i pionier egiptologii w jednej osobie Thomas Joseph Pettigrew rozwija i krają publicznie kilkunastu zmumifikowanych Egipcjan, Vyse jest już wśród tłumu gapiów otaczających stół operacyjny. Tym lekcjom anatomii doktora Pettigrewa przypatruje się jednorazowo nieraz i 600 osób, co przemnożone przez skromną opłatę uiszczaną przed wejściem na salę operacyjną dającą wcale pokaźne honorarium — jak widać doktorowi Pettigrewowi takie operacje na martwych mumiach bardziej się opłacały od zabiegów dokonywanych na żywych Anglikach lub Angielkach. W 1834 roku wydał on nawet drukiem w Londynie dzieło naukowe jedno z pierwszych traktujące poważnie o mumiach w którym zawarł sumę swych „chirurgicznych" doświadczeń.

Na początku XIX stulecia Anglia rywalizuje z Francją niemal we wszystkich dziedzinach, w tym również i na polu egiptologii. Sportowo usposobionych dżentelmenów po obu stronach kanału La Manche pasjonuje problem: kto — Anglik czy Francuz — pierwszy odczyta hieroglify. Anglicy mają swoich murowanych faworytów, juz w roku 1805 ich Robert Deverell ogłasza, iż znalazł klucz do zagadki pisma egipskiego, mało tego, twierdzi, że udało mu się odczytać kilka dokumentów, których niedwuznacznie wynika, iż cywilizacja egipska pochodzi od... angielskiej, nie odwrotnie, ensacji jest co nie miara, okazuje się bowiem, iż już w czasach Cheopsa Egipt był... kolonią brytyjską. To nie żart. „Egipcjanie — pisze Deverell — wznosili swoje olbrzymie budowle w kształcie piramid po to, aby dać wyraz swej wierności i przywiązania do Wielkiej Brytanii, gdyż tylko w ten sposób mogli oni naśladować geograficzny zarys Wysp Brytyjskich, które wszystkie razem przypominają trójkąt. Wielka Piramida w Gizie powstała więc na obraz podobieństwo Anglii...".

Deverell koniec końców okazał się idiotą — z jego „odczytania" pisma egipskiego śmiali się sami Anglicy — ale na pewno nie był idiotą Thomas Young, który dziesięć lat później o mały włos — tym razem już na serio — nie odczytał hieroglifów. W końcu jednak i on musi uznać się za pokonanego, bo klucz do egipskich papirusów jako pierwszy odnajduje Francuz — Champollion. I oto jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki niemy świat faraonów zaczyna mówić — to, że mówi po francusku, jest dla Anlików gorzką pigułką. W połowie XIX stulecia, gdy we Francji tworzy się podwaliny racjonalnej egiptologii, Anglia staje się ojczyzną egiptomanii, magii liczb, mistyki piramid, nonsensownych przepowiedni, piramidiotyzmów, „calomanii" (co to jest calomania, wyjaśnimy później) i zwykłej błazenady.

W roku 1822, kiedy w Paryżu Champollion publikuje słynny „List do M. Daciera, stałego sekretarza Akademii Królewskiej", w którym po raz pierwszy wyłuszcza zasady pisma hieroglif icznego (data uważana za początek współczesnej egiptologii), w Londynie ukazuje się „Księga Przeznaczenia, uprzednio w posiadaniu Napoleona, na angielski przełożona ze Starożytnego Manuskryptu znalezionego w roku 1800 przez M. Sonniniego w jednym z Grobów Królewskich, w pobliżu Góry Libijskiej...". Powodzenie książki przechodzi najśmielsze oczekiwania, a wydawca John McGowan, zbija fortunę — do roku 1826 wypuścił aż 14 wydań (ponad trzy wydania rocznie!) ostatni zaś nakład ukazał się w Londynie w roku 1825. Już ze wstępu dowiadujemy się, że manuskrypt „Księgi Przeznaczenia" znaleziony został przez tajermniczego osobnika nazwiskiem M. Sonnini, uczestnika Wyprawy Egipskiej Napoleona. Rękopis leżał na piersi mumii w jednym z grobów królewskich Sonnini zabrał go stamtąd i podarował Bonapartemu. Ten kazał przywołać jakiegoś „uczonego Kopta" znającego rzekomo hieroglify i polecił mu przełożyć tajemniczy dokument na... niemiecki (?).

Przez kilka dni ów Egipcjanin dyktował osobistemu sekretarzowi Napoleona treść manuskryptu Napoleon przeczytał go dopiero na statku wiozącym go do Europy i... oniemiał, „Księga Przeznaczenia" zawierała bowiem między innymi również przepowiednie dotyczące jego własnych losów! Cesarz zaglądał do niej nie raz — zawsze z dobrym skutkiem — aż w czasie bitwy pod Lipskiem bezcenny dokument zaginął bez wieści. Ale szczęśliwie odnalazł się po latach i został ofiarowany Marii Luizie, byłej cesarzowej Francji, która na próżno starała się przesłać go mężowi dożywającemu swych dni na Świętej Helenie. Trudno w tej chwili osądzić, czemu „Księga Przeznaczenia" zawdzięczała swoje oszałamiające powodzenie: osobie Napoleona, który zmarł był rok przedtem (1821), czy egipskim przepowiedniom, równie wówczas popularnym. Jedno jest pewne: w roku 1822 najmniej się w Europie mówiło o... Champoilionie.

I później o „deszyfrancie hieroglifów" mówi się pisze mało. Jego śmierć w roku 1832 przeszła prawie bez echa, za to szerokim echem odbiła się w Anglii i na kontynencie sprawa wybudowania w sercu Londynu... piramidy. Otóż w smutnym dla egiptologii roku 1932 do londyńskiego Ratusza zgłosił się niejaki Edward Jasem Wilson, z zawodu architekt, powołania zaś piramidolog i fantasta, który za „symboliczną" sumę 2,5 miliona funtów szterlingów zaproponował ojcom miasta wybudowanie piramidy na wzór egipski. Tylko z zewnątrz ta błazeńska budowla miała przypominać którąś z trzech sióstr Gizy, wewnątrz bowiem miała być zagospodarowana bardziej ekonomicznie. W grobowcu, który górowałby nawet nad londyńską katedrą Sw. Pawła, Mr Wilson zaprojektował nie jedną komorę grobową, ale aż 215 296 krypt zdolnych pomieścić 5 167 107 trumien! Jak łatwo się domyślić, Rada Miejska nie wyasygnowała na ten cel ani jednego szylinga i „projekt Wilsona" nie doczekał się realizacji, a Londyn wątpliwej ozdoby. Za to inny angielski piramidoman zrealizował swe marzenie: książę Hamilton zaprojektował swój grób korzystając ze wzorów egipskich, kazał również wykuć dla siebie kamienny sarkofag, w którym po śmierci spoczęło jego ciało zmumifikowane uprzednio przez... kogo? — oczywiście przez doktora Pettigrewa.