Król Gotów boi się piorunów
Najstarszy piorunochron świata
Któż to przepowiedział Teodorykowi, że zginie od uderzenia pioruna? Nadworny wróżbita? A może król Gotów poradził się którejś z pogańskich wyroczni? W jego czasach, to znaczy w VI wieku n.e., sławne greckie i rzymskie wyrocznie leżały wprawdzie w gruzach, ale nie oznaczało to bynajmniej, że już nikt nie interesował się swoim własnym losem, przeciwnie: jasnowidztwo nadal było w cenie. Wróżbitów i wróżek pilnie poszukiwano, a ich dwuznaczny, zwykle złowrogi bełkot słuchany był z nabożną czcią i przejęciem. Wielcy i mniejsi ówczesnego świata wierzyli bowiem święcie, że przyszłość objawia się poprzez usta tych natchnionych niewiast i mężów, którzy w transie obcują z bogami, radząc się ich w sprawach ważkich i błahych.
Teodoryk skorzystał z tej przepowiedni, podobnie jak wódz korzysta z informacji o zastawionej nań pułapce. Potężny władca niezwyciężonych Gotów, bohater sagi o Nibelungach, postanowił odwrócić wyroki opatrzności i uciec swemu, wydawałoby się, nieuchronnemu przeznaczeniu. Legenda, którą mieszkańcy Rawenny, stolicy greckich władców Italii, przekazują z pokolenia na pokolenie, mówi iż król podjął rękawicę rzuconą mu przez boginię przeznaczenia: sprowadził z Syrii najlepszych architektów i na otwartej przestrzeni za miastem, tuż przy wejściu do raweńskiego portu, polecił wznieść mauzoleum na planie dziesięcioboku.
Wykonano je z kamienia, co w zbudowanej z cegły Rawennie, było rzeczą dziwną i wyjątkową. Najdziwniejszy jest jednak dach tej budowli. „La ro-tonda" — tak przez wieki zwali grobowiec Teodoryka raweńczycy — przykryta jest bowiem gigantycznym głazem, owalnego kształtu, wykutym z jednej bryły wapienia. Co do wagi tego monolitu fachowcy nie są zgodni, prawda zapewne leży gdzieś pomiędzy 300 a 470 tonami. Transport owej pokrywy z kamieniołomów w Pula w Istrii (Jugosławia) oddalonych o 150 kilometrów i wywindowanie jej na sam szczyt „rotondy" pozostaje do dziś jedną z największych zagadek architektury.
Pod tym cyklopim głazem, jak pod kamienną tarczą, Teodoryk czuł się bezpieczny. Za każdym razem, gdy niebo nad Rawenną zaciągało się chmurami, uciekał do swojego schronu, w którym kpił sobie z przepowiedni, piorunów i przeznaczenia. Tyle legendy.
Trzeba przyznać, iż „schron" wyszykowano mu bardzo solidny. Gdy w roku 1944, czyli tysiąc lat później, nie opodal eksplodowała amerykańska bomba lotnicza, okolica wyglądała jak po przejściu huraganu, współczesne domy legły jak domki z kart, a „bunkier Teodoryka" nawet nie drgnął. Nie puściła żadna z żelaznych klamer, którymi złączono bloki kamienia, ucierpiały tylko nieznacznie bloki tworzące południowo-zachodnią arkadę. Kronikarze podali, iż Teodoryk nie zginął od uderzenia pioruna, tylko od... dyzenterii i wyrzutów sumienia. Po śmierci kazał się pochować w przygotowanym zawczasu grobowcu, który jest największą i najtrwalszą pamiątką po jego rządach. No a przepowiednia? Co z przepowiednią? Przeznaczenie dosięgło go w końcu. Kilka dni po pogrzebie króla, który — mamy prawo sądzić — odbył się z wielką pompą, od strony morza nadciągnęła wielka chmura i zaraz potem huknął piorun. Uderzył on ponoć w mauzoleum Teodoryka, przebił kamienną skorupę przeszło metrowej grubości, sięgnął serca króla i całe ciało zmienił w kupkę popiołu. Sic transit gloria mundi...
Teodoryk miał powody, aby bać się gniewu nieba. Wszak to on walnie przyczynił się do śmierci papieża Jana I, on skazał na śmierć Symmacha, swego doradcę i przyjaciela, on też, nie kto inny, najtęższą głowę VI wieku naszej ery, głowę filozofa Boecjusza, polecił najpierw ścisnąć żelazną obręczą, tak iż oczy wyszły z orbit, a potem odrąbać toporem. (Męczeńska śmierć Boecjusza stała się źródłem wielu legend i powiedzeń. Wedle jednej z nich filozof po śmierci miał ująć własną odciętą głowę w dłonie i ujść z nią słuszny kawałek drogi, co później posłużyło jako świetna ilustracja powiedzonka, iż najważniejszy jest pierwszy krok...) Nie wiadomo, czy to strach przed śmiercią, czy mania wielkości dostarczyły nam zabytku, który sam sobą wypełnia gruby rozdział architektury. Nad symboliką, pochodzeniem i wyglądem mauzoleum, a przede wszystkim nad funkcją i znaczeniem monstrualnej pokrywy głowiły się całe pokolenia uczonych. Napisano na ten temat wiele niedorzeczności, wiele wysnuto hipotez, godnych i niegodnych wzmianki.
Inni znawcy przedmiotu przejawiali nie mniejszą inwencję. Dziś, po dwustu latach studiów teoretycznych i badań wykopaliskowych, na temat mauzoleum Teodoryka nadal możemy snuć tylko domysły. Jak wyglądała z zewnątrz ta budowla, którą czas odarł do gołych murów, jak rozmieszczone były kolumny, konsole, pilastry, łuki i ornamenty — tego nigdy chyba już się nie da ustalić. Znawcy nie są zgodni w żadnym punkcie. Nie wiadomo nawet, ile dokładnie waży olbrzymi monolit przykrywający tę budowlę. Na pewno — choć i to niektórzy kwestionują — mamy do czynienia z grobowcem Teodoryka Wielkiego (455—526) z plemienia Ostrogotów — reszta jest milczeniem kamieni, które z największą niechęcią zdradzają swoje tajemnice. A szkoda, bo mogłyby odpowiedzieć na niejedno pytanie.
W północnych Włoszech, które są bizantyńsko-renesansowe, grobowiec króla germańskiego ludu Ostrogotów wygląda jak pikielhauba wśród słomkowych kapeluszy. Krzepkie i mocne mauzoleum zbudowane z kamienia łączonego antycznym sposobem „na klamry" znacznie odróżnia się od ceglanych kościołów i pałaców budowanych mniej więcej w tym samym czasie. Nigdy nie restaurowane, trzyma się świetnie, przynosi powiew północy — nie darmo uczeni podkreślają jego podobieństwo do megalitycznych grobowców w Danii, Niemczech i Skandynawii. Jest ono — przyznajmy — na swój sposób dziwolągiem, tak jak dziwne i wyjątkowe było gocko-rzym-skie państwo Teodoryka. Ano właśnie. Zacznijmy od początku, „od jajka", jak powiedzieliby Rzymianie. Historia raweńskiego kolosa zaczęła się bowiem dużo wcześniej.
Któż to przepowiedział Teodorykowi, że zginie od uderzenia pioruna? Nadworny wróżbita? A może król Gotów poradził się którejś z pogańskich wyroczni? W jego czasach, to znaczy w VI wieku n.e., sławne greckie i rzymskie wyrocznie leżały wprawdzie w gruzach, ale nie oznaczało to bynajmniej, że już nikt nie interesował się swoim własnym losem, przeciwnie: jasnowidztwo nadal było w cenie. Wróżbitów i wróżek pilnie poszukiwano, a ich dwuznaczny, zwykle złowrogi bełkot słuchany był z nabożną czcią i przejęciem. Wielcy i mniejsi ówczesnego świata wierzyli bowiem święcie, że przyszłość objawia się poprzez usta tych natchnionych niewiast i mężów, którzy w transie obcują z bogami, radząc się ich w sprawach ważkich i błahych.
Teodoryk skorzystał z tej przepowiedni, podobnie jak wódz korzysta z informacji o zastawionej nań pułapce. Potężny władca niezwyciężonych Gotów, bohater sagi o Nibelungach, postanowił odwrócić wyroki opatrzności i uciec swemu, wydawałoby się, nieuchronnemu przeznaczeniu. Legenda, którą mieszkańcy Rawenny, stolicy greckich władców Italii, przekazują z pokolenia na pokolenie, mówi iż król podjął rękawicę rzuconą mu przez boginię przeznaczenia: sprowadził z Syrii najlepszych architektów i na otwartej przestrzeni za miastem, tuż przy wejściu do raweńskiego portu, polecił wznieść mauzoleum na planie dziesięcioboku.
Wykonano je z kamienia, co w zbudowanej z cegły Rawennie, było rzeczą dziwną i wyjątkową. Najdziwniejszy jest jednak dach tej budowli. „La ro-tonda" — tak przez wieki zwali grobowiec Teodoryka raweńczycy — przykryta jest bowiem gigantycznym głazem, owalnego kształtu, wykutym z jednej bryły wapienia. Co do wagi tego monolitu fachowcy nie są zgodni, prawda zapewne leży gdzieś pomiędzy 300 a 470 tonami. Transport owej pokrywy z kamieniołomów w Pula w Istrii (Jugosławia) oddalonych o 150 kilometrów i wywindowanie jej na sam szczyt „rotondy" pozostaje do dziś jedną z największych zagadek architektury.
Pod tym cyklopim głazem, jak pod kamienną tarczą, Teodoryk czuł się bezpieczny. Za każdym razem, gdy niebo nad Rawenną zaciągało się chmurami, uciekał do swojego schronu, w którym kpił sobie z przepowiedni, piorunów i przeznaczenia. Tyle legendy.
Trzeba przyznać, iż „schron" wyszykowano mu bardzo solidny. Gdy w roku 1944, czyli tysiąc lat później, nie opodal eksplodowała amerykańska bomba lotnicza, okolica wyglądała jak po przejściu huraganu, współczesne domy legły jak domki z kart, a „bunkier Teodoryka" nawet nie drgnął. Nie puściła żadna z żelaznych klamer, którymi złączono bloki kamienia, ucierpiały tylko nieznacznie bloki tworzące południowo-zachodnią arkadę. Kronikarze podali, iż Teodoryk nie zginął od uderzenia pioruna, tylko od... dyzenterii i wyrzutów sumienia. Po śmierci kazał się pochować w przygotowanym zawczasu grobowcu, który jest największą i najtrwalszą pamiątką po jego rządach. No a przepowiednia? Co z przepowiednią? Przeznaczenie dosięgło go w końcu. Kilka dni po pogrzebie króla, który — mamy prawo sądzić — odbył się z wielką pompą, od strony morza nadciągnęła wielka chmura i zaraz potem huknął piorun. Uderzył on ponoć w mauzoleum Teodoryka, przebił kamienną skorupę przeszło metrowej grubości, sięgnął serca króla i całe ciało zmienił w kupkę popiołu. Sic transit gloria mundi...
Teodoryk miał powody, aby bać się gniewu nieba. Wszak to on walnie przyczynił się do śmierci papieża Jana I, on skazał na śmierć Symmacha, swego doradcę i przyjaciela, on też, nie kto inny, najtęższą głowę VI wieku naszej ery, głowę filozofa Boecjusza, polecił najpierw ścisnąć żelazną obręczą, tak iż oczy wyszły z orbit, a potem odrąbać toporem. (Męczeńska śmierć Boecjusza stała się źródłem wielu legend i powiedzeń. Wedle jednej z nich filozof po śmierci miał ująć własną odciętą głowę w dłonie i ujść z nią słuszny kawałek drogi, co później posłużyło jako świetna ilustracja powiedzonka, iż najważniejszy jest pierwszy krok...) Nie wiadomo, czy to strach przed śmiercią, czy mania wielkości dostarczyły nam zabytku, który sam sobą wypełnia gruby rozdział architektury. Nad symboliką, pochodzeniem i wyglądem mauzoleum, a przede wszystkim nad funkcją i znaczeniem monstrualnej pokrywy głowiły się całe pokolenia uczonych. Napisano na ten temat wiele niedorzeczności, wiele wysnuto hipotez, godnych i niegodnych wzmianki.
Inni znawcy przedmiotu przejawiali nie mniejszą inwencję. Dziś, po dwustu latach studiów teoretycznych i badań wykopaliskowych, na temat mauzoleum Teodoryka nadal możemy snuć tylko domysły. Jak wyglądała z zewnątrz ta budowla, którą czas odarł do gołych murów, jak rozmieszczone były kolumny, konsole, pilastry, łuki i ornamenty — tego nigdy chyba już się nie da ustalić. Znawcy nie są zgodni w żadnym punkcie. Nie wiadomo nawet, ile dokładnie waży olbrzymi monolit przykrywający tę budowlę. Na pewno — choć i to niektórzy kwestionują — mamy do czynienia z grobowcem Teodoryka Wielkiego (455—526) z plemienia Ostrogotów — reszta jest milczeniem kamieni, które z największą niechęcią zdradzają swoje tajemnice. A szkoda, bo mogłyby odpowiedzieć na niejedno pytanie.
W północnych Włoszech, które są bizantyńsko-renesansowe, grobowiec króla germańskiego ludu Ostrogotów wygląda jak pikielhauba wśród słomkowych kapeluszy. Krzepkie i mocne mauzoleum zbudowane z kamienia łączonego antycznym sposobem „na klamry" znacznie odróżnia się od ceglanych kościołów i pałaców budowanych mniej więcej w tym samym czasie. Nigdy nie restaurowane, trzyma się świetnie, przynosi powiew północy — nie darmo uczeni podkreślają jego podobieństwo do megalitycznych grobowców w Danii, Niemczech i Skandynawii. Jest ono — przyznajmy — na swój sposób dziwolągiem, tak jak dziwne i wyjątkowe było gocko-rzym-skie państwo Teodoryka. Ano właśnie. Zacznijmy od początku, „od jajka", jak powiedzieliby Rzymianie. Historia raweńskiego kolosa zaczęła się bowiem dużo wcześniej.