Kamienie wołać będą
„Heroiczny spokój i siła tego monumentu przykrytego głazem tak olbrzymim, iż chyba tylko giganci zdolni byli go unieść, pasują jak ulał do charakteru starego Dietricha von Bern, bohatera Pieśni o Nibelungach" — pisał w XIX wieku o raweńskim grobowcu niemiecki historyk kultury Ferdynand Gregorovius.
Mauzoleum Teodoryka zwieńczone jest — jak wiemy — potężną monolityczną czapą kamienną, która stanowi ów magnes przyciągający do Rawenny rzesze turystów i wzbudza dziś najwięcej kontrowersji wśród fachowców. Olbrzymia pokrywa w kształcie odwróconego spodka wsparta jest na gzymsie wieńczącym ściany budowli; jej średnica wynosi 11 metrów, grubość przekracza 1 metr. Ile dokładnie waży? Nie wiadomo! Może 300 ton? A może 470! W każ'dym razie jest to jeden z najcięższych bloków zastosowanych w architekturze — cięższe są tylko 3 bloki tworzące terasę świątyni w Baalbeku, których jednak, w odróżnieniu od pokrywy raweńskiego mauzoleum, nie trzeba było windować na tak dużą wysokość. Dla porównania dodajmy, iż najcięższy głaz użyty przy budowie świątyni greckiej (fragment obramowania tzw. bramy pojawień w świątyni Apollina w Didyme koło Miletu) waży około 70 ton.
Kamienny spodek bynajmniej do Rawenny nie przyfrunął — mimo iż wyrażano i takie sugestie! Epopeja tego głazu zaczęta w kamieniołomach w Puli i zakończona w Rawennie musiała być pasjonująca. Ba, gdybyśmy znali jej szczegóły! Można się ich jedynie domyślać. Nasz monolit bez wątpienia obu dowany rusztowaniem z grubych bali drewnianych przebył na rolkach całą drogę z kamieniołomów do portu. Tam został zapewne załadowany na specjalnie w tym celu wybudowany statek i dowieziony do raweńskiego portu Classis.
Czy jest w tym, jak dotąd, coś niezwykłego, coś przekraczającego ludzkie możliwości? Statek zdolny wziąć na pokład 300-tonowy blok? Nic nadzwyczajnego! Starożytność przekazała nam nazwy kilku antycznych „titaniców", które po rzekach i morzach woziły ciężary dużo większe. Ale zanim karawana ludzi i zwierząt przyciągnęła kamień do portu w Puli, musiał on zostać odkuty w jednym z pobliskich kamieniołomów. Jak tego dokonano?
Całkiem prosto. Popatrzmy przez chwilę na greckiego kamieniarza przy pracy, przyjrzyjmy się z bliska, jak zręcznie włada dłutem, uderza młotem, operuje świdrem, piłą, jak świetnie organizuje sobie pracę i jakie rozsądne wydaje rozkazy. Jak chytrze wbija drewniane kołki w wyborowane uprzednio otwory, jak nasącza je wodą, by skała pękała wzdłuż wytyczonych linii. To fakt, że używa prymitywnych narzędzi, których miękkość wydaje się być nieadekwatna do twardości skały, ale... daje sobie jakoś radę. Teraz na przykład miękkim miedzianym wiertłem rurowym wgryza się w skałę twardą jak żelazo, sypiąc w borowany otwór jakiś tajemniczy proszek. Jest to szmergiel, który więznąc w miedzi tworzy tnącą koronę, z powodzeniem mogącą zastąpić współczesne wiertła z najtwardszej stali. Na koniec odejdźmy nieco i z oddali, najlepiej z pobliskiego wzgórza, popatrzmy, jak kamieniarze pracują w grupie. Od razu rzuca się w oczy, że po kamieniołomach nikt nie włóczy się bez celu, nikt się nie zatacza ani nie gra w kości. Nic dziwnego, że stutonowe bębny kolumn wędrują po kamieniołomie szybko jak bile po stole bilardowym.
Prawdziwym poligonem antycznych metod kamieniarskich, otwartą księgą, w której można czytać jak w podręczniku starożytnej architektury, są kamieniołomy w Roeche di Cusa w pobliżu Selinuntu — „miasta gigantów" na słonecznej Sycylii. (Brano stąd budulec dla olbrzymich świątyń doryckich „skrojonych nie na ludzką miarę", oddalonych o 13 kilometrów od kamieniołomów).
Miejsce to sprawia niesamowite wrażenie. Przypomina warsztat gigantów porzucony między jednym a drugim uderzeniem dłuta. W skałach porośniętych dziś migdałowcami i oliwkami tkwią gigantyczne bębny kolumn, każdy w innym stadium obróbki. Jedne ledwie zostały zarysowane Okrągłą bruzdą, która nie zdążyła się jeszcze zagłębić w grunt skalny, inne są już prawie gotowe, czekają tylko na odcięcie od podłoża i transport do Selinuntu.
Jeden bęben wagi około 100 ton był właśnie „turlany" w kierunku budującej się świątyni Apollina, kiedy kamieniarze nagle musieli porzucić pracę, odłożyć dłuta i chwycić za miecze, by stawić czoło nadchodzącym Kartagińczykom. Nikt już później nie próbował ruszyć tego kolosa z miejsca i potoczyć go dalej. Tkwi więc dziś pośrodku winnicy, która — jak na ironię — w sąsiedztwie megalitów, w scenerii gigantów, rodzi dziś najdrobniejszy owoc na całej Sycylii.
Bębny, które szczęśliwie doturlały się na miejsce, wtaczano potem po specjalnej rampie na stylobat świątyni lub jeszcze wyżej, zależnie od miejsca ich usytuowania w trzonie kolumny. Następnie obracono nimi względem siebie, przez co kamienne segmenty docierały się idealnie, fugi zmniejszały się, aż nikły zupełnie i kolumna wyglądała, jakby ją odkuto z jednego bloku kamienia. Spoina, w którą wchodziło ostrze noża, nie stanowiła wcale tytułu do chwały, wręcz przeciwnie — była przyczyną hańby. Jest to jeden z paradoksów postępu, że grecki kamieniarz wstydziłby się tego, za co go dziś podziwiamy.
Z raweńskim monolitem sprawa przedstawiała się podobnie. Oczywiście nie toczył się on na boku jak fajerka, tylko pełzł na drewnianych rolkach stale podkładanych z przodu. Dwanaście sterczyn wyrastających z jego górnej, wypukłej powierzchni najprawdopodobniej nie miało żadnego zastosowania, tak w czasie transportu jak i podczas windowania kamienia na szczyt. Głazu tego nie można było wydźwignąć w górę jak — dajmy na to — dzwonu Zygmunta na obrazie Matejki. Można go było co najwyżej wtoczyć po rampie długiej na kilkadziesiąt metrów. Jak bowiem zauważył duński archeolog Ej-nar Dyggve, istryjski wapień jest na to zbyt kruchy, a zaczepy po prostu zbyt wątłe w stosunku do horrendalnej masy kamienia. Natomiast te, zdawałoby się czysto dekoracyjne, sterczyny odegrały prawdopodobnie pewną rolę w czasie manewrowania pokrywą już nasadzoną na szczyt budowli. To zapewne w czasie obracania monolitu wokół własnej osi powstała owa rysa, która rzuca się w oczy każdemu patrzącemu na mauzoleum z bliska.
Lud raweński — jak zwykle — ma swoją wersję wydarzeń. Owa rysa — mówią miejscowi — powstała wtedy, gdy w króla-kacerza trafił po śmierci piorun i kiedy spełniły się słowa wyroczni. Ot i cała tajemnica.
Mauzoleum Teodoryka zwieńczone jest — jak wiemy — potężną monolityczną czapą kamienną, która stanowi ów magnes przyciągający do Rawenny rzesze turystów i wzbudza dziś najwięcej kontrowersji wśród fachowców. Olbrzymia pokrywa w kształcie odwróconego spodka wsparta jest na gzymsie wieńczącym ściany budowli; jej średnica wynosi 11 metrów, grubość przekracza 1 metr. Ile dokładnie waży? Nie wiadomo! Może 300 ton? A może 470! W każ'dym razie jest to jeden z najcięższych bloków zastosowanych w architekturze — cięższe są tylko 3 bloki tworzące terasę świątyni w Baalbeku, których jednak, w odróżnieniu od pokrywy raweńskiego mauzoleum, nie trzeba było windować na tak dużą wysokość. Dla porównania dodajmy, iż najcięższy głaz użyty przy budowie świątyni greckiej (fragment obramowania tzw. bramy pojawień w świątyni Apollina w Didyme koło Miletu) waży około 70 ton.
Kamienny spodek bynajmniej do Rawenny nie przyfrunął — mimo iż wyrażano i takie sugestie! Epopeja tego głazu zaczęta w kamieniołomach w Puli i zakończona w Rawennie musiała być pasjonująca. Ba, gdybyśmy znali jej szczegóły! Można się ich jedynie domyślać. Nasz monolit bez wątpienia obu dowany rusztowaniem z grubych bali drewnianych przebył na rolkach całą drogę z kamieniołomów do portu. Tam został zapewne załadowany na specjalnie w tym celu wybudowany statek i dowieziony do raweńskiego portu Classis.
Czy jest w tym, jak dotąd, coś niezwykłego, coś przekraczającego ludzkie możliwości? Statek zdolny wziąć na pokład 300-tonowy blok? Nic nadzwyczajnego! Starożytność przekazała nam nazwy kilku antycznych „titaniców", które po rzekach i morzach woziły ciężary dużo większe. Ale zanim karawana ludzi i zwierząt przyciągnęła kamień do portu w Puli, musiał on zostać odkuty w jednym z pobliskich kamieniołomów. Jak tego dokonano?
Całkiem prosto. Popatrzmy przez chwilę na greckiego kamieniarza przy pracy, przyjrzyjmy się z bliska, jak zręcznie włada dłutem, uderza młotem, operuje świdrem, piłą, jak świetnie organizuje sobie pracę i jakie rozsądne wydaje rozkazy. Jak chytrze wbija drewniane kołki w wyborowane uprzednio otwory, jak nasącza je wodą, by skała pękała wzdłuż wytyczonych linii. To fakt, że używa prymitywnych narzędzi, których miękkość wydaje się być nieadekwatna do twardości skały, ale... daje sobie jakoś radę. Teraz na przykład miękkim miedzianym wiertłem rurowym wgryza się w skałę twardą jak żelazo, sypiąc w borowany otwór jakiś tajemniczy proszek. Jest to szmergiel, który więznąc w miedzi tworzy tnącą koronę, z powodzeniem mogącą zastąpić współczesne wiertła z najtwardszej stali. Na koniec odejdźmy nieco i z oddali, najlepiej z pobliskiego wzgórza, popatrzmy, jak kamieniarze pracują w grupie. Od razu rzuca się w oczy, że po kamieniołomach nikt nie włóczy się bez celu, nikt się nie zatacza ani nie gra w kości. Nic dziwnego, że stutonowe bębny kolumn wędrują po kamieniołomie szybko jak bile po stole bilardowym.
Prawdziwym poligonem antycznych metod kamieniarskich, otwartą księgą, w której można czytać jak w podręczniku starożytnej architektury, są kamieniołomy w Roeche di Cusa w pobliżu Selinuntu — „miasta gigantów" na słonecznej Sycylii. (Brano stąd budulec dla olbrzymich świątyń doryckich „skrojonych nie na ludzką miarę", oddalonych o 13 kilometrów od kamieniołomów).
Miejsce to sprawia niesamowite wrażenie. Przypomina warsztat gigantów porzucony między jednym a drugim uderzeniem dłuta. W skałach porośniętych dziś migdałowcami i oliwkami tkwią gigantyczne bębny kolumn, każdy w innym stadium obróbki. Jedne ledwie zostały zarysowane Okrągłą bruzdą, która nie zdążyła się jeszcze zagłębić w grunt skalny, inne są już prawie gotowe, czekają tylko na odcięcie od podłoża i transport do Selinuntu.
Jeden bęben wagi około 100 ton był właśnie „turlany" w kierunku budującej się świątyni Apollina, kiedy kamieniarze nagle musieli porzucić pracę, odłożyć dłuta i chwycić za miecze, by stawić czoło nadchodzącym Kartagińczykom. Nikt już później nie próbował ruszyć tego kolosa z miejsca i potoczyć go dalej. Tkwi więc dziś pośrodku winnicy, która — jak na ironię — w sąsiedztwie megalitów, w scenerii gigantów, rodzi dziś najdrobniejszy owoc na całej Sycylii.
Bębny, które szczęśliwie doturlały się na miejsce, wtaczano potem po specjalnej rampie na stylobat świątyni lub jeszcze wyżej, zależnie od miejsca ich usytuowania w trzonie kolumny. Następnie obracono nimi względem siebie, przez co kamienne segmenty docierały się idealnie, fugi zmniejszały się, aż nikły zupełnie i kolumna wyglądała, jakby ją odkuto z jednego bloku kamienia. Spoina, w którą wchodziło ostrze noża, nie stanowiła wcale tytułu do chwały, wręcz przeciwnie — była przyczyną hańby. Jest to jeden z paradoksów postępu, że grecki kamieniarz wstydziłby się tego, za co go dziś podziwiamy.
Z raweńskim monolitem sprawa przedstawiała się podobnie. Oczywiście nie toczył się on na boku jak fajerka, tylko pełzł na drewnianych rolkach stale podkładanych z przodu. Dwanaście sterczyn wyrastających z jego górnej, wypukłej powierzchni najprawdopodobniej nie miało żadnego zastosowania, tak w czasie transportu jak i podczas windowania kamienia na szczyt. Głazu tego nie można było wydźwignąć w górę jak — dajmy na to — dzwonu Zygmunta na obrazie Matejki. Można go było co najwyżej wtoczyć po rampie długiej na kilkadziesiąt metrów. Jak bowiem zauważył duński archeolog Ej-nar Dyggve, istryjski wapień jest na to zbyt kruchy, a zaczepy po prostu zbyt wątłe w stosunku do horrendalnej masy kamienia. Natomiast te, zdawałoby się czysto dekoracyjne, sterczyny odegrały prawdopodobnie pewną rolę w czasie manewrowania pokrywą już nasadzoną na szczyt budowli. To zapewne w czasie obracania monolitu wokół własnej osi powstała owa rysa, która rzuca się w oczy każdemu patrzącemu na mauzoleum z bliska.
Lud raweński — jak zwykle — ma swoją wersję wydarzeń. Owa rysa — mówią miejscowi — powstała wtedy, gdy w króla-kacerza trafił po śmierci piorun i kiedy spełniły się słowa wyroczni. Ot i cała tajemnica.