Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia



A A A

Dla ugłaskania i udobruchania gminu

Aby w niecce między Eskwilinem a Palatynem (jest to notabene pozostałość krateru wulkanicznego) mógł dokonać się cud architektury, musiał się tam przedtem dokonać cud melioracji. Amfiteatr — jak wiemy — miał stanąć na kamienistym dnie tzw. sadzawki Nerona, którą w tym celu należało szybko i sprawnie osuszyć. Na szczęście i w tej dziedzinie Rzymianie byli wyśmienitymi specjalistami.

Osuszenie gruntu pod budowę Koloseum może być następnym powodem do chwały rzymskich meliorantów. Woda z sadzawki spłynęła prawie z .dnia na dzień i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknął kolejny relikt ekstrawagancji znienawidzonego Nerona. Murowany ściek nie tylko natychmiast osuszył teren, ale i na przyszłość zabezpieczył go przed wilgocią i wodą podskórną (kiedyś jednak ten cudowny system musiał przestać działać, bo dziś fundamenty i piwnice Koloseum toną w wodzie, a archeolodzy prowadzący tam badania, tylko z nazwy „wykopaliskowe", uciekają się do pomocy płetwonurków).

System odwadniający zastosowany w Amfiteatrze Flawiuszów działał sprawnie przez wieki bez żadnych awarii — woda łapana przez wielką, otwartą do góry misę widowni i areny zmyślnym systemem drenów i kanałów spływała do głównego ścieku i dalej płynęła do Tybru. Odprowadzenie wody z Koloseum to jedna sprawa, napełnienie go ludźmi to druga. Oba systemy okazały się równie sprawne i niezawodne. Strumienie ludzi wlewały się i wylewały z Amfiteatru, jakby to było naczynie z wodą.

Osiemdziesiąt oznaczonych numerami wejść zwanych po łacinie „vomitoriami" (dosł. rzygacze) prowadziło do wnętrza molocha. Każdy z wchodzących trzymał w garści tesserę, czyli bilet z oznaczonym sektorem oraz miejscem. Bez biletu wchodził tylko cesarz, ale on miał stale zarezerwowane miejsce w loży cesarskiej.

Przemyślana w każdym calu pajęczyna vomitoriów, przejść i korytarzy umożliwiała szybkie i sprawne opróżnienie widowni, lecz — w razie potrzeby — pozwalała również zatrzymać ludzi w środku.

Ta ostatnia funkcja amfiteatru wiązała się z bezpieczeństwem państwa i osoby cesarza, toteż projektodawca zanim zabrał siędo rysowania planów, musiał pilnie wysłuchać, co mu w tej materii mają do powiedzenia cesarz i jego „doradca.do spraw bezpieczeństwa". Koloseum, jak żadna inna budowla na świecie, godziło zasady architektury z wymogami natury politycznej, i nie tylko. Innymi słowy amfiteatr musiał gwarantować, że gdyby... I gwarantował — był to podarek dla ludu, który w każdej chwili mógł się stać dla tegoż ludu pułapką. Czyż cesarz, który fundował igrzyska „ad plebem placendam et mulcendam" (dla ugłaskania i udobruchania gminu), nie mógł w każdej chwili urządzić tam jatki, gdyby „oczyszczający" w zamyśle spektakl przerodził się w tumult i ruchawkę? No bo popatrzmy: ściany działowe dzielą widownię na kilkaset sektorów, trybuny poszatkowane są przegrodami, komunikacja inna jak przez vomitoria jest niemożliwa. Załóżmy jednak, że jakiś Rzymianin lub grupka Rzymian zaczyna się burzyć, coś im się nie podoba, niekoniecznie od razu cesarz, może po prostu coś-na widowni. Drą się więc wniebogłosy, wymachują poduszkami, rzucają czym się da w kierunku loży cesarskiej, ale ruszyć się z miejsca nie mogą. Gdyby chcieli się dostać w pobliże pulvinaru, by jego cesarskiej mości wyłożyć swoje racje, musieliby wejść w czarny otwór vomitorium, czyli prosto w ręce straży.

Na domiar złego w różnych punktach widowni rozmieszczone są tzw. balkony, czyli de facto, gniazda łuczników, znających swój fach i swoje obowiązki. Niby to mieli oni chronić lud przed dzikimi bestiami, gdyby takowe przedostały się na widownię, ale nikt nie miał wątpliwości, iż „importowani" łucznicy, nie rozumiejący ani słowa z tego, co się wokół nich mówi, uważają bardziej na to, co dzieje się na widowni, niż na arenie, i gotowi są w każdej chwili wystrzelać prowodyrów zamieszek. Widownia Koloseum przypominała wielką otwartą łapę, która w każdej chwili mogła się zacisnąć, miażdżąc swą zawartość.

Geniusz niejedno ma imię i różne są jego zainteresowania. Budowniczy Koloseum spisał się na medal, jego superamfiteatr oparty nie tylko na wiedzy architektonicznej, funkcjonował pod każdym względem bez zarzutu. Na przestrzeni wieków tłum nigdy nie zapanował tu nad sytuacją, nigdy nie wybuchły zamieszki zdolne zagrozić państwu i władzy cesarskiej, a że niebezpieczeństwo takie istniało, przekonał się najlepiej cesarz wschodniorzymski Justynian, kiedy rewolta zwana „Nika" (od okrzyku spiskowców „Nika" — zwyciężaj) rozpoczęta w hipodromie o mało nie pozbawiła go tronu i życia. Ale i sam Wespazjan nie musiał wcale wybiegać myślami w przyszłość, za jego panowania — i wcześniej — wybuchały groźne tumulty* w amfiteatrach prowincjonalnych. (Jedne z poważniejszych miały miejsce w Pompejach w roku 60 n.e.; po ich stłumieniu nałożono na miasto straszną karę: na dziesięć lat zabroniono przedstawień gladiatorskich).

W Koloseum zaś poza mało w sumie znaczącym incydentem w roku 505, kiedy to publiczność rozszarpała na strzępy mnicha Telemacha, usiłującego w imię bożego miłosierdzia przerwać jakąś pasjonującą jatkę, nie wydarzyło się nic, czego by nie było w programie.

Amfiteatr Flawiuszów, zaplanowany jako symbol cesarstwa, był jednocześnie obrazem rzymskiej hierarchii społecznej. Cavea (widownia) podzielona była na pięć części: ekwici, czyli rycerze, siedzieli najbliżej areny, ponad nimi, na galerii, w marmurowych tronach siedzieli senatorowie. Cesarz wraz ze świtą, kapłanami i „Pannami Westalskimi" zajmował ozdobny pulvinar, do którego prowadziło osobne wejście. A wyżej, aż po samo velarium, stał lub siedział rozwrzeszczany, cuchnący czosnkiem, winem i rybami, plujący pestkami dyń, wymachujący czym się tylko dało, z kciukami skierowanymi w dół lub w górę, z grymasem zadowolenia, podniecenia lub złości na twarzach — populus Romanus.

Trzej Flawiusze na tronie rzymskim: Wespazjan i jego dwaj synowie: Tytus i Domicjan, byli tytanami budowania. Jak szaleni wznosili gmachy użyteczności publicznej i świątynie, mieli zresztą za co. Papa Wespazjan uzdrowił wszak rzymski system podatkowy i w swoim ciułaczym życiu zdołał odłożyć spory kapitał, który jego młodszy syn co do grosza przepuścił, głównie na ekstrawaganckie i olbrzymie budowle. To o nim — Domicjanie — Plutarch wyraził się w słowach: „był on chory na punkcie budowania i wszystko, czego się dotknął, przemieniał w kamień, podobnie jak Midas, który wszystko zmieniał w złoto".

Ta trójka „odpowiedzialna" jest za trzydzieści wiekich budowli Rzymu. Nie licząc monstrualnego Koloseum — ich dziełem są łaźnie Tytusa, stadion ode-on, łuk, gigantyczny pałac na Palatynie i kilkadziesiąt innych budowli. Wszyscy trzej wyżywali się na polu budownictwa, zdobywając poklask i uznanie ludu coraz to nowymi budowlami publicznymi. Wyróżniał się w tym Wespazjan, który obsypywał czerń rzymską podarkami, jakby był jej oblubienicą, przejawiając przy tym niesłychaną pomysłowość. Otworzył na przykład ogrody cesarskie na Palatynie i uczynił z nich park publiczny. W łaźniach kąpał się wraz z ludem, któremu udostępnił również własne zbiory woluminów w bibliotece mieszczącej się na forum Pokoju, otworzył na oścież podwoje Złotego Domu Nerona, czyniąc zeń pierwszy Pałac Ludowy na świecie, i to pałac nie byle jaki — wedle słów rzymskiego sielankopisarza Kalpurniusza ściany tego Wersalu antyku wyłożone były mozaikami ze szlachetnych kamieni, zasłony uszyte z jedwabiu (towar importowany z Chin, piekielnie drogi!), zaś fontanny, które można było spotkać na każdym kroku, bez przerwy wyrzucały kaskady perfumowanej wody. I jakby nie dość było tych kosztownych podarków czynionych w myśl zasady: będziecie płacić coraz wyższe podatki, a ja od czasu do czasu wykąpię się razem z wami i pozwolę wam powąchać kwiaty w moim ogrodzie tudzież czytać książki w mojej bibliotece — gdzieś między 75 a 77 rokiem n.e. polecił Wespazjan założyć dreny pod sadzawkę Nerona i kłaść fundamenty pod następny „podarunek".