Diabły, pielgrzymi i poeci
Nigdzie indziej potęga Romy zaklęta w kamień nie objawiła się okazalej niż w Baalbeku. Tutaj geniusz budowlany Rzymu spotkał się i pokochał z architekturą Wschodu, a owocem ich związku stała się ta budowla na skalę egipskich piramid.
W Baalbeku człowiek wydał walkę odwiecznym prawom natury — poprzez gigantyczne fundamenty i niespotykaną wagę elementów pragnął uchronić świątynie przed gniewem pana podziemi Hefajstosa, który od wieków dąsał się na Syrię, nawiedzając ją strasznymi trzęsieniami ziemi. Ciężar bloków odkuwanych w pobliskich kamieniołomach i taszczonych na akropol wprawia w szczery podziw: 50 ton — elementy architrawu, 80 ton — bębny kolumn, 350 ton — bloki podium, 750 ton — elementy tzw. trylitonu. I wreszcie odkuty, ale poniechany „Kamień Rodzącej Kobiety" (Hadżar el-Hubla) wagi 890 ton!
W głowie się kręci! „Dziwuję się bardzo — pisał Mikołaj Radziwiłł „Sierotka" — Żydowi Benjaminowi, który wiele krain świata zwiedził, a na co się oczyma swymi napatrzył pilno opisał, iż z tymi trzyma, którzy twierdzą, że miasto Baalbek jest od diabła Asmodeusza zmurowane, a to dlatego, że tak wielkimi kamieniami ludzie nie mogliby murować".
Baalbeku nie ominął żaden pielgrzym zdążający do Ziemi Świętej ani żaden podróżnik wędrujący po Bliskim Wschodzie. Przez Miasto Słońca w ciągu wieków, jakie nastąpiły po jego upadku, przewinął się barwny korowód pątników, poetów, awanturników, krzyżowców, błędnych rycerzy. Ludzie, którzy przybywali w te strony chętniej machali mieczem niż piórem, toteż trzeba było czekać aż do wieku XVI, aby pojawił się tu przybysz z dalekiej Europy, który swoje wrażenia ze spotkania z Baalbekiem opisał i na łożu śmierci zobowiązał spadkobierców do wydania ich drukiem...
W roku 1506 śmierć dwa razy odwiedziła dom rycerza Marcina Baumgartena; krótko po sobie umarli mu ukochana żona, a potem jedyne dziecko. On sam zaś pozostał w nieukojonym bólu i cierpieniu.
Pół roku nieszczęśliwy Marcin nie opuszczał domowych progów. Sąsiedzi myśleli, że odebrał sobie życie, ale on w ciszy i skupieniu obmyślał plany wielkiej pielgrzymki, która jego zbolałemu sercu miała przynieść ukojenie.
Wyruszył jeszcze tego samego roku pańskiego 1506, sprzedawszy część swych dóbr i pożegnawszy się z przyjaciółmi, tak jakby się na śmierć wybierał. Koniec końców wybrał się do Ziemi Świętej i Egiptu.
Wrócił po latach, cały i zdrowy. Z dalekiej podróży przywiózł spokój ducha, zapomnienie i — rzecz najcenniejszą — dziennik z podróży na Wschód. Wkrótce ożenił się po raz wtóry, spłodził nawet ośmiu synów, spadkobierców, którzy w roku 1594 wydali w Norymberdze jego memuary. W „Peregri-natio in Aegyptum, Arabiam, Palestinam et Syriam" pióra Marcina Baumgartena znalazła się między innymi i garść wrażeń z Baalbeku, w którym autor przebywał trzy dni między 13 a 16 stycznia 1508 roku.
Samemu sanktuarium, „małej osadzie arabskiej, która gnieździ się w gigantycznych ruinach" poświęcił rycerz Marcin mało inkaustu, za to. na temat gigantycznego głazu leżącego w pobliskich kamieniołomach, zwanego przez beduinów „Kamieniem Rodzącej Kobiety" rozpisał się szeroko, przytaczając nawet lokalną legendę. Ta zabawna historia znajduje się na stronie 114 jego „Peregrynacji": Baldacheńczycy (Baumgarten używa nazwy Baldach zamiast Baalbek) — mówi ta stara arabska baśń — pociosali kamień tak ogromny, że mimo wysiłków całego miasta nie można go było ruszyć z miejsca. Kiedy więc napotkali kobietę, która oświadczyła, iż zaniesie ów kamień, gdzie tylko będą chcieli, uwierzyli jej na słowo. Kobieta była brzemienna i oczekiwała właśnie rozwiązania, toteż nie zabrała się prędzej do roboty, nim wydała na świat potomka. Przedtem jeszcze kazała sobie przynieść jedzenia i wypłacić zadatek. Łatwowierni Baldacheńczycy dali jej jedno i drugie, a oprócz tego jeszcze ją hojnie obdarowali. Kobieta wy-, dawszy na świat dziecko udała się wraz z nimi do kamieniołomów, gdzie leżał ów głaz. Tam wezwała wszystkich mężczyzn, aby jej pomogli położyć go sobie na brzuchu, gdyż — jak rzekła — tylko w taki sposób zwykła nosić ciężary. Odmówiono jej oczywiście, na co ona oświadczyła, iż sama sobie nie poradzi, albowiem nawet tak błahym ciężarem, jaki dźwigała przez ostatnie miesiące, musiał ją obarczyć mężczyzna. Jeśli więc tu obecni mężczyźni nie chcą jej pomóc, nie ma więcej o czym mówić.
Ponieważ w słowach przebiegłej niewiasty nie było fałszu, wyrażono zrozumienie zarówno dla jej słów jak i czynów. Tłum pozostał zawiedziony, kobieta w potrzebie zyskała materialne wsparcie, a kamień leży, jak leżał.
Marcin Baumgarten był pierwszym Europejczykiem, który dotarł do Baalbeku i opisał swe wrażenia. Tylko o 40 lat wyprzedził Francuza Piotra Be-lona, który za zachętą królów Henryka II i Karola IX odbył dwie podróże na Wschód w latach 1546 i 1549. Plonem jego lewantyńskich wojaży były „Obserwacje wielu osobliwości i rzeczy godnych zapamiętania, znajdujących się w Grecji, Azji, Judei, Egipcie i Arabii, i innych krajach", które wyszły drukiem w roku 1554, a więc pół wieku wcześniej niż „Peregrynacja" Baumgartena. O Baalbeku, który notabene mylił z Cezareą Filippi, napisał Belon — jak na prawdziwego znawcę i miłośnika ruin przystało — iż „człek interesujący się antykami nie zdoła tu obejrzeć wszystkiego w czasie krótszym niż 8 dni".
W tym zacnym gronie pierwszych europejskich podróżników na Wschód poczesne miejsce zajmuje wyżej cytowany Mikołaj Radziwiłł „Sierotka", który odwiedził Baalbek w końcu XVI stulecia i zabawił tam dwa dni (13 i 14 czerwca 1583 roku).
Książę Radziwiłł był człowiekiem jak na swe czasy aż nadto wykształconym. Umysł miał bystry, spojrzenie nad podziw trzeźwe. Nie podzielał bałamutnych poglądów wcześniejszych podróżników i miał w tym niemało racji. „Petrus Bellonius — pisze Radziwiłł w swej „Peregrynacji do Jerozolimy" wydanej po raz pierwszy po łacinie w roku 1601 — o mieście Balbech rozumie, że jest Cezarea Filipowa, ale żadnego dowodu nie przynosi. Zapewne się myli gdyż inna jest Cezarea Filipowa nad morzem, którą po te czasy tak zowią, skąd Święty Paweł do Rzymu żeglował". Uczony dyskurs z Belloniusem zakończył „Sierotka" jakże przyziemną uwagą: „wyjechawszy z Balbechu, gdzie ani gospód ani karczmy, musieliśmy w polu nocować, nie bez wielkiego niebezpieczeństwa".
Po wyjeździe księcia Radziwiłła przez następne 150 lat nic się specjalnego w Baalbeku nie działo. Przez równinę Bekaa snuł się nieustannie korowód pielgrzymów, awanturników, dyplomatów — czasami tylko trafił się jakiś poeta. Ludziska nadal dziwowali się olbrzymim kikutom sterczącym pośród pola ruin zalegających gigantyczną platformę, notowali coś w dziennikach i jechali dalej przed siebie na północ lub południe. Naukowego odkrycia doczekał się Baalbek dopiero w roku 1751, kiedy trzech zapaleńców — dwóch Anglików i jeden Włoch — spędziło tu dwa tygodnie, notując wrażenia, robiąc plany i rysunki ruin, ba — przemyśliwając nawet nad odbudową.
W Baalbeku człowiek wydał walkę odwiecznym prawom natury — poprzez gigantyczne fundamenty i niespotykaną wagę elementów pragnął uchronić świątynie przed gniewem pana podziemi Hefajstosa, który od wieków dąsał się na Syrię, nawiedzając ją strasznymi trzęsieniami ziemi. Ciężar bloków odkuwanych w pobliskich kamieniołomach i taszczonych na akropol wprawia w szczery podziw: 50 ton — elementy architrawu, 80 ton — bębny kolumn, 350 ton — bloki podium, 750 ton — elementy tzw. trylitonu. I wreszcie odkuty, ale poniechany „Kamień Rodzącej Kobiety" (Hadżar el-Hubla) wagi 890 ton!
W głowie się kręci! „Dziwuję się bardzo — pisał Mikołaj Radziwiłł „Sierotka" — Żydowi Benjaminowi, który wiele krain świata zwiedził, a na co się oczyma swymi napatrzył pilno opisał, iż z tymi trzyma, którzy twierdzą, że miasto Baalbek jest od diabła Asmodeusza zmurowane, a to dlatego, że tak wielkimi kamieniami ludzie nie mogliby murować".
Baalbeku nie ominął żaden pielgrzym zdążający do Ziemi Świętej ani żaden podróżnik wędrujący po Bliskim Wschodzie. Przez Miasto Słońca w ciągu wieków, jakie nastąpiły po jego upadku, przewinął się barwny korowód pątników, poetów, awanturników, krzyżowców, błędnych rycerzy. Ludzie, którzy przybywali w te strony chętniej machali mieczem niż piórem, toteż trzeba było czekać aż do wieku XVI, aby pojawił się tu przybysz z dalekiej Europy, który swoje wrażenia ze spotkania z Baalbekiem opisał i na łożu śmierci zobowiązał spadkobierców do wydania ich drukiem...
W roku 1506 śmierć dwa razy odwiedziła dom rycerza Marcina Baumgartena; krótko po sobie umarli mu ukochana żona, a potem jedyne dziecko. On sam zaś pozostał w nieukojonym bólu i cierpieniu.
Pół roku nieszczęśliwy Marcin nie opuszczał domowych progów. Sąsiedzi myśleli, że odebrał sobie życie, ale on w ciszy i skupieniu obmyślał plany wielkiej pielgrzymki, która jego zbolałemu sercu miała przynieść ukojenie.
Wyruszył jeszcze tego samego roku pańskiego 1506, sprzedawszy część swych dóbr i pożegnawszy się z przyjaciółmi, tak jakby się na śmierć wybierał. Koniec końców wybrał się do Ziemi Świętej i Egiptu.
Wrócił po latach, cały i zdrowy. Z dalekiej podróży przywiózł spokój ducha, zapomnienie i — rzecz najcenniejszą — dziennik z podróży na Wschód. Wkrótce ożenił się po raz wtóry, spłodził nawet ośmiu synów, spadkobierców, którzy w roku 1594 wydali w Norymberdze jego memuary. W „Peregri-natio in Aegyptum, Arabiam, Palestinam et Syriam" pióra Marcina Baumgartena znalazła się między innymi i garść wrażeń z Baalbeku, w którym autor przebywał trzy dni między 13 a 16 stycznia 1508 roku.
Samemu sanktuarium, „małej osadzie arabskiej, która gnieździ się w gigantycznych ruinach" poświęcił rycerz Marcin mało inkaustu, za to. na temat gigantycznego głazu leżącego w pobliskich kamieniołomach, zwanego przez beduinów „Kamieniem Rodzącej Kobiety" rozpisał się szeroko, przytaczając nawet lokalną legendę. Ta zabawna historia znajduje się na stronie 114 jego „Peregrynacji": Baldacheńczycy (Baumgarten używa nazwy Baldach zamiast Baalbek) — mówi ta stara arabska baśń — pociosali kamień tak ogromny, że mimo wysiłków całego miasta nie można go było ruszyć z miejsca. Kiedy więc napotkali kobietę, która oświadczyła, iż zaniesie ów kamień, gdzie tylko będą chcieli, uwierzyli jej na słowo. Kobieta była brzemienna i oczekiwała właśnie rozwiązania, toteż nie zabrała się prędzej do roboty, nim wydała na świat potomka. Przedtem jeszcze kazała sobie przynieść jedzenia i wypłacić zadatek. Łatwowierni Baldacheńczycy dali jej jedno i drugie, a oprócz tego jeszcze ją hojnie obdarowali. Kobieta wy-, dawszy na świat dziecko udała się wraz z nimi do kamieniołomów, gdzie leżał ów głaz. Tam wezwała wszystkich mężczyzn, aby jej pomogli położyć go sobie na brzuchu, gdyż — jak rzekła — tylko w taki sposób zwykła nosić ciężary. Odmówiono jej oczywiście, na co ona oświadczyła, iż sama sobie nie poradzi, albowiem nawet tak błahym ciężarem, jaki dźwigała przez ostatnie miesiące, musiał ją obarczyć mężczyzna. Jeśli więc tu obecni mężczyźni nie chcą jej pomóc, nie ma więcej o czym mówić.
Ponieważ w słowach przebiegłej niewiasty nie było fałszu, wyrażono zrozumienie zarówno dla jej słów jak i czynów. Tłum pozostał zawiedziony, kobieta w potrzebie zyskała materialne wsparcie, a kamień leży, jak leżał.
Marcin Baumgarten był pierwszym Europejczykiem, który dotarł do Baalbeku i opisał swe wrażenia. Tylko o 40 lat wyprzedził Francuza Piotra Be-lona, który za zachętą królów Henryka II i Karola IX odbył dwie podróże na Wschód w latach 1546 i 1549. Plonem jego lewantyńskich wojaży były „Obserwacje wielu osobliwości i rzeczy godnych zapamiętania, znajdujących się w Grecji, Azji, Judei, Egipcie i Arabii, i innych krajach", które wyszły drukiem w roku 1554, a więc pół wieku wcześniej niż „Peregrynacja" Baumgartena. O Baalbeku, który notabene mylił z Cezareą Filippi, napisał Belon — jak na prawdziwego znawcę i miłośnika ruin przystało — iż „człek interesujący się antykami nie zdoła tu obejrzeć wszystkiego w czasie krótszym niż 8 dni".
W tym zacnym gronie pierwszych europejskich podróżników na Wschód poczesne miejsce zajmuje wyżej cytowany Mikołaj Radziwiłł „Sierotka", który odwiedził Baalbek w końcu XVI stulecia i zabawił tam dwa dni (13 i 14 czerwca 1583 roku).
Książę Radziwiłł był człowiekiem jak na swe czasy aż nadto wykształconym. Umysł miał bystry, spojrzenie nad podziw trzeźwe. Nie podzielał bałamutnych poglądów wcześniejszych podróżników i miał w tym niemało racji. „Petrus Bellonius — pisze Radziwiłł w swej „Peregrynacji do Jerozolimy" wydanej po raz pierwszy po łacinie w roku 1601 — o mieście Balbech rozumie, że jest Cezarea Filipowa, ale żadnego dowodu nie przynosi. Zapewne się myli gdyż inna jest Cezarea Filipowa nad morzem, którą po te czasy tak zowią, skąd Święty Paweł do Rzymu żeglował". Uczony dyskurs z Belloniusem zakończył „Sierotka" jakże przyziemną uwagą: „wyjechawszy z Balbechu, gdzie ani gospód ani karczmy, musieliśmy w polu nocować, nie bez wielkiego niebezpieczeństwa".
Po wyjeździe księcia Radziwiłła przez następne 150 lat nic się specjalnego w Baalbeku nie działo. Przez równinę Bekaa snuł się nieustannie korowód pielgrzymów, awanturników, dyplomatów — czasami tylko trafił się jakiś poeta. Ludziska nadal dziwowali się olbrzymim kikutom sterczącym pośród pola ruin zalegających gigantyczną platformę, notowali coś w dziennikach i jechali dalej przed siebie na północ lub południe. Naukowego odkrycia doczekał się Baalbek dopiero w roku 1751, kiedy trzech zapaleńców — dwóch Anglików i jeden Włoch — spędziło tu dwa tygodnie, notując wrażenia, robiąc plany i rysunki ruin, ba — przemyśliwając nawet nad odbudową.