Co jest w człowieku nadludzkiego?
Egipskie słowo „mat" można przetłumaczyć na polski jako granit, ale byłby to przekład mało precyzyjny; „mat" oznacza bowiem specyficzny rodzaj granitu, jaki występuje tylko w okolicach Asuanu.
„Mat" ma kolor prawie różowy i całą gamę zalet. Jest ceniony głównie ze względu na łatwość obróbki spowodowaną dobrym rozproszeniem ziaren kwarcytu, które dają się łatwo wykruszać. Toteż wyłamywano „mat" w wielkich ilościach, począwszy od czasów dynastycznych (przedtem zbierano odłamki na pustyni). Sława asuańskiego granitu szybko przekroczyła granice Egiptu: w czasach greckich, rzymskich i bizantyjskich stał się on ważnym towarem eksportowym — przystrajano nim pałace i świątynie w Rzymie, Konstantynopolu, Antiochii, Efezie i innych miastach Wschodu. Z różowego asuańskiego granitu zbudowany był portyk kolumnowy okalający dziedziniec w słynnym sanktuarium Jowisza w Baalbek oraz nie mniej sławny tetrapylon w Pal-myrze. Nie to jest jednak w tej chwili dla nas najważniejsze: z „matu" wykonane są prawie wszystkie znane na świecie obeliski egipskie, które teraz interesują nas najbardziej.
Ojczyzna „techenu" leży w pobliżu miejsca, w którym Zwrotnik Raka przecina koryto Nilu, nieopodal I katarakty. Dziwna to okolica: księżycowy krajobraz, posępna pustynia skalna, która daleko na horyzoncie przechodzi w ocean piasku. Różowy granit wydobywano tu od wieków w kilku miejscach położonych w promieniu 5 kilometrów od Asuanu. {W starożytności najważniejsze kamieniołomy znajdowały się na dwóch nilowych wyspach: Elefanty-nie i Sachel). Właśnie tu — pod Asuanem — bardziej niż w potężnych ruinach Teb lub Luksoru widać, iż Egipcjanie byli narodem budowniczych: cały teren, jak okiem sięgnąć, pokryty jest jamami pozostałymi po wybraniu kamienia. Im bliżej rzeki, naturalnego środka transportu, tym wyrobiska są większe i wyraźniejsze.
Dwa i pół kilometra na południowy-zachód od Asuanu, w naturalnej scenerii skalnej, poprawionej gdzieniegdzie ręką człowieka, znajduje się jedna z największych atrakcji turystycznych Egiptu: kolos nad kolosami, słynny „niedokończony obelisk" — zastrugany w szpic blok skalny długości 42 metrów, wagi około 1 200 ton (jest on co najmniej 200 ton cięższy od „Kamienia Rodzącej Kobiety" w Baalbek, uważanego za najcięższy kamień obrobiony ręką ludzką).
Archeolog angielski Reginald Engelbach, który pierwszy zajął się asuańskim kolosem i poświęcił mu nawet osobne studium („The Aswan Obelisk", Kair 1922), napisał między innymi, iż „w niedokończonym obelisku zapisane jest wszystko, co chcielibyśmy wiedzieć o metodach obróbki i transportu egipskich kolosów. Oprócz tego jest on jeszcze pomnikiem rozpaczy ludzi, których wielki wysiłek poszedł na marne".
Istotnie, w wypadku asuańskiego obelisku zawinił nie człowiek, ale sama przyroda. Któż mógł bowiem przypuścić, że wewnątrz skały znajduje się niewidoczna rysa. Nikogo więc nie można było obwinie o krach całego przedsięwzięcia, w którym uczestniczyło kilka lub kilkanaście tysięcy ludzi. Wszak dopilnowano wszystkich obrzędów, odprawiono modły, złożono ofiary, kamieniarze skrupulatnie ostu-kali skałę i zbadali jej uwarstwienie. Opinia fachowców i wróżby kapłanów były pomyślne, a jednak — nie udało się. (Trzeba tu podkreślić, że Egipcjanie bynajmniej nie ociosali kamienia, którego nie byliby w stanie podźwignąć. Dźwigali już niewiele mniejsze ciężary i ten zapewne też dotarłby do miejsca swego przeznaczenia, gdyby nie drobny feler skalny).
Operacja wyłamywania głazu, będąca przedziwnym połączeniem magii, religii oraz rzetelnej, ciężkiej roboty, zaczynała się zwykle od wyborowania kilkunastu otworów — nazwijmy je sondażowymi. Kiedy kamieniarze upewnili się, że skała nie jest w środku spękana, wtedy i kapłani nie zgłaszali sprzeciwu, albowiem nawet bogowie rzadko podważają zdanie prawdziwych fachowców.
Wycinanie głazu zaczynano od zdjęcia warstwy wierzchniej, którą podważano kilkuset klinami wbitymi w równych odstępach. Po nasączeniu wodą drewniane kliny pęczniały i po niedługim czasie z hukiem odrywały czapę skalną. Dopiero teraz do akcji wkraczali „wycieracze" — anonimowi wyrobnicy egipskich cudów architektury — którzy wokół zarysu przyszłego obelisku „wycierali" głęboką transzeję. Pracowali w pocie czoła, rozstawieni co pół metra. Każdy trzymał w dłoniach elipsoidalną bułę dolery-tu, którą „wcierał się" w głąb skały... Ale dlaczego — nasuwa się pytanie — akurat dolerytu, minerału znacznie miększego od granitu?
Decydowała o tym przede wszystkim łatwość, z jaką w powierzchni dolerytu więzną ziarna piasku szlifierskiego, właściwego materiału trącego. Kiedy transzeja wokół obelisku była już „wytarta", przystępowano do najtrudniejszej operacji, jaką bez wątpienia było odcięcie bloku od podłoża skalnego — co Egipcjanie z właściwą sobie skłonnością do antropomorfizacji rzeczy i czynności nazywali „podcięciem szyi kamienia". Ale... Obelisk asuański ocalił życie w ostatniej chwili. Już mu miano „podcinać szyję", gdy w skale pokazała się głęboka szczelina. Skała pękła z hukiem, co przesądziło sprawę.
W tym momencie trud ekspedycji poszedł na marne — po kilkunastu miesiącach ciężkiej pracy przyszło wrócić do domu z pustymi rękami. Co na to powie faraon?
Fiasko tego przedsięwzięcia uznano za ostrzeżenie bogów. A że faraonowie zawsze w mig pojmowali tego rodzaju aluzje płynące do nich z zaświatów, później już nikt nie próbował wyłamywać bloków aż tak wielkich. Wieści o obeliskach wysokich na 63 a nawet 73 metry (!), jakie przynoszą papirusy, są chyba mocno przesadzone (nawet Egipcjanie byli tylko ludźmi). Wprawdzie Flinders Petrie pisał w swoim czasie, iż obelisk egipski stojący dziś na Placu Końskim (At Mejdani) w Stambule jest tylko górną, odłamaną częścią „techenu" o wysokości około 57 metrów, lecz pozostał on w swej opinii odosobniony.
Ale załóżmy, że wszystko odbyło się zgodnie z pobożnymi życzeniami kapłanów, faraona, majstrów i robotników; przyjmijmy że bogowie przychylili się do próśb i modłów płynących do nich z wielkiego obozowiska kamieniarzy koło Asuanu, i że nie było żadnej rysy, a blok dał się szczęśliwie oddzielić od macierzystej skały. Co wtedy?
R. Engelbach, największy jak dotąd znawca egipskich obelisków, twierdzi, iż trzydziestoma balami drewnianymi, grubymi jak człowiek w pasie, naciskanymi siłą mięśni kilkuset mężczyzn dałoby się podważyć i unieść jeden koniec bloku. To podważanie połączone z podkładniem drewna i kamieni trwałoby tak długo, aż baza obelisku wychyliłaby się 2,5 metra ponad poziom otaczającej ją skały. Teraz dopiero — zakładając, że grupa drogowców zdołała już usypać rampę aż do miejsca załadunku na barkę — można było przystąpić do wyciągania głazu z jego skalnego legowiska. Wedle obliczeń Engelbacha, aby wytaszczyć obelisk na powierzchnię, potrzeba było siły 6 tysięcy ludzi zaprzęgniętych do 40 lin grubości 18,4 centymetrów każda!
W El-Bersza (środkowy Egipt) w grobowcu zarządcy Dżehutihotepa (XII dynastia) na jednej ze ścian widnieje relief obrazujący transport z kamieniołomów Hat Nub alabastrowego posągu wagi „tylko" 60 ton. I cóż widzimy? Przede wszystkim olbrzymie sanie, na których spoczywa posąg 7 metrów wysoki. Na kolanach posągu stoi nadzorca, kierujący głosem i gestami rąk pracą 172 ludzi ciągnących sanie. Nieco niżej, na bazie posągu, stoi innych człowiek, który bez przerwy wylewa wodę lub jakiś inny płyn pod płozy, najwidoczniej aby zmniejszyć tarcie płóz o glinianą nawierzchnię drogi lub rampy. U dołu, z lewej strony reliefu trzech ludzi niesie olbrzymi kloc drewna niewiadomego przeznaczenia." Być może chodzi tu o bal — jeden z tych, które podkładano od przodu pod płozy. Wielu fachowców uważa, iż transport lądowy egipskich kolosów byłby zgoła niemożliwy (ze względu na monstrualne tarcie) bez podkładania pod płozy bali nasączonych tłuszczem. Tylko tak bowiem można było efektywnie obniżyć współczynnik tarcia! R. Engełbach pisze wręcz, iż do wyciągnięcia i transportu obelisku asuańskiego, bez użycia drewnianych rolek, potrzeba by było jedenastu tysięcy ludzi, co jest niemożliwe choćby ze względu na brak miejsca dla takiej masy ludzkiej.
Fakt, iż nie zachowały się" do dziś żadne takie bale, niczego — jego zdaniem — nie przesądza: drewno zawsze było w Epigcie bardzo poszukiwanym materiałem. „Gdzieżby tam — pisze on — mógł się ostać nie zauważony i nie wykorzystany bal drogiego, importowanego drewna — w kraju, gdzie z braku odpowiedniego surowca nawet łodzie budowano z trzciny".
„Mat" ma kolor prawie różowy i całą gamę zalet. Jest ceniony głównie ze względu na łatwość obróbki spowodowaną dobrym rozproszeniem ziaren kwarcytu, które dają się łatwo wykruszać. Toteż wyłamywano „mat" w wielkich ilościach, począwszy od czasów dynastycznych (przedtem zbierano odłamki na pustyni). Sława asuańskiego granitu szybko przekroczyła granice Egiptu: w czasach greckich, rzymskich i bizantyjskich stał się on ważnym towarem eksportowym — przystrajano nim pałace i świątynie w Rzymie, Konstantynopolu, Antiochii, Efezie i innych miastach Wschodu. Z różowego asuańskiego granitu zbudowany był portyk kolumnowy okalający dziedziniec w słynnym sanktuarium Jowisza w Baalbek oraz nie mniej sławny tetrapylon w Pal-myrze. Nie to jest jednak w tej chwili dla nas najważniejsze: z „matu" wykonane są prawie wszystkie znane na świecie obeliski egipskie, które teraz interesują nas najbardziej.
Ojczyzna „techenu" leży w pobliżu miejsca, w którym Zwrotnik Raka przecina koryto Nilu, nieopodal I katarakty. Dziwna to okolica: księżycowy krajobraz, posępna pustynia skalna, która daleko na horyzoncie przechodzi w ocean piasku. Różowy granit wydobywano tu od wieków w kilku miejscach położonych w promieniu 5 kilometrów od Asuanu. {W starożytności najważniejsze kamieniołomy znajdowały się na dwóch nilowych wyspach: Elefanty-nie i Sachel). Właśnie tu — pod Asuanem — bardziej niż w potężnych ruinach Teb lub Luksoru widać, iż Egipcjanie byli narodem budowniczych: cały teren, jak okiem sięgnąć, pokryty jest jamami pozostałymi po wybraniu kamienia. Im bliżej rzeki, naturalnego środka transportu, tym wyrobiska są większe i wyraźniejsze.
Dwa i pół kilometra na południowy-zachód od Asuanu, w naturalnej scenerii skalnej, poprawionej gdzieniegdzie ręką człowieka, znajduje się jedna z największych atrakcji turystycznych Egiptu: kolos nad kolosami, słynny „niedokończony obelisk" — zastrugany w szpic blok skalny długości 42 metrów, wagi około 1 200 ton (jest on co najmniej 200 ton cięższy od „Kamienia Rodzącej Kobiety" w Baalbek, uważanego za najcięższy kamień obrobiony ręką ludzką).
Archeolog angielski Reginald Engelbach, który pierwszy zajął się asuańskim kolosem i poświęcił mu nawet osobne studium („The Aswan Obelisk", Kair 1922), napisał między innymi, iż „w niedokończonym obelisku zapisane jest wszystko, co chcielibyśmy wiedzieć o metodach obróbki i transportu egipskich kolosów. Oprócz tego jest on jeszcze pomnikiem rozpaczy ludzi, których wielki wysiłek poszedł na marne".
Istotnie, w wypadku asuańskiego obelisku zawinił nie człowiek, ale sama przyroda. Któż mógł bowiem przypuścić, że wewnątrz skały znajduje się niewidoczna rysa. Nikogo więc nie można było obwinie o krach całego przedsięwzięcia, w którym uczestniczyło kilka lub kilkanaście tysięcy ludzi. Wszak dopilnowano wszystkich obrzędów, odprawiono modły, złożono ofiary, kamieniarze skrupulatnie ostu-kali skałę i zbadali jej uwarstwienie. Opinia fachowców i wróżby kapłanów były pomyślne, a jednak — nie udało się. (Trzeba tu podkreślić, że Egipcjanie bynajmniej nie ociosali kamienia, którego nie byliby w stanie podźwignąć. Dźwigali już niewiele mniejsze ciężary i ten zapewne też dotarłby do miejsca swego przeznaczenia, gdyby nie drobny feler skalny).
Operacja wyłamywania głazu, będąca przedziwnym połączeniem magii, religii oraz rzetelnej, ciężkiej roboty, zaczynała się zwykle od wyborowania kilkunastu otworów — nazwijmy je sondażowymi. Kiedy kamieniarze upewnili się, że skała nie jest w środku spękana, wtedy i kapłani nie zgłaszali sprzeciwu, albowiem nawet bogowie rzadko podważają zdanie prawdziwych fachowców.
Wycinanie głazu zaczynano od zdjęcia warstwy wierzchniej, którą podważano kilkuset klinami wbitymi w równych odstępach. Po nasączeniu wodą drewniane kliny pęczniały i po niedługim czasie z hukiem odrywały czapę skalną. Dopiero teraz do akcji wkraczali „wycieracze" — anonimowi wyrobnicy egipskich cudów architektury — którzy wokół zarysu przyszłego obelisku „wycierali" głęboką transzeję. Pracowali w pocie czoła, rozstawieni co pół metra. Każdy trzymał w dłoniach elipsoidalną bułę dolery-tu, którą „wcierał się" w głąb skały... Ale dlaczego — nasuwa się pytanie — akurat dolerytu, minerału znacznie miększego od granitu?
Decydowała o tym przede wszystkim łatwość, z jaką w powierzchni dolerytu więzną ziarna piasku szlifierskiego, właściwego materiału trącego. Kiedy transzeja wokół obelisku była już „wytarta", przystępowano do najtrudniejszej operacji, jaką bez wątpienia było odcięcie bloku od podłoża skalnego — co Egipcjanie z właściwą sobie skłonnością do antropomorfizacji rzeczy i czynności nazywali „podcięciem szyi kamienia". Ale... Obelisk asuański ocalił życie w ostatniej chwili. Już mu miano „podcinać szyję", gdy w skale pokazała się głęboka szczelina. Skała pękła z hukiem, co przesądziło sprawę.
W tym momencie trud ekspedycji poszedł na marne — po kilkunastu miesiącach ciężkiej pracy przyszło wrócić do domu z pustymi rękami. Co na to powie faraon?
Fiasko tego przedsięwzięcia uznano za ostrzeżenie bogów. A że faraonowie zawsze w mig pojmowali tego rodzaju aluzje płynące do nich z zaświatów, później już nikt nie próbował wyłamywać bloków aż tak wielkich. Wieści o obeliskach wysokich na 63 a nawet 73 metry (!), jakie przynoszą papirusy, są chyba mocno przesadzone (nawet Egipcjanie byli tylko ludźmi). Wprawdzie Flinders Petrie pisał w swoim czasie, iż obelisk egipski stojący dziś na Placu Końskim (At Mejdani) w Stambule jest tylko górną, odłamaną częścią „techenu" o wysokości około 57 metrów, lecz pozostał on w swej opinii odosobniony.
Ale załóżmy, że wszystko odbyło się zgodnie z pobożnymi życzeniami kapłanów, faraona, majstrów i robotników; przyjmijmy że bogowie przychylili się do próśb i modłów płynących do nich z wielkiego obozowiska kamieniarzy koło Asuanu, i że nie było żadnej rysy, a blok dał się szczęśliwie oddzielić od macierzystej skały. Co wtedy?
R. Engelbach, największy jak dotąd znawca egipskich obelisków, twierdzi, iż trzydziestoma balami drewnianymi, grubymi jak człowiek w pasie, naciskanymi siłą mięśni kilkuset mężczyzn dałoby się podważyć i unieść jeden koniec bloku. To podważanie połączone z podkładniem drewna i kamieni trwałoby tak długo, aż baza obelisku wychyliłaby się 2,5 metra ponad poziom otaczającej ją skały. Teraz dopiero — zakładając, że grupa drogowców zdołała już usypać rampę aż do miejsca załadunku na barkę — można było przystąpić do wyciągania głazu z jego skalnego legowiska. Wedle obliczeń Engelbacha, aby wytaszczyć obelisk na powierzchnię, potrzeba było siły 6 tysięcy ludzi zaprzęgniętych do 40 lin grubości 18,4 centymetrów każda!
W El-Bersza (środkowy Egipt) w grobowcu zarządcy Dżehutihotepa (XII dynastia) na jednej ze ścian widnieje relief obrazujący transport z kamieniołomów Hat Nub alabastrowego posągu wagi „tylko" 60 ton. I cóż widzimy? Przede wszystkim olbrzymie sanie, na których spoczywa posąg 7 metrów wysoki. Na kolanach posągu stoi nadzorca, kierujący głosem i gestami rąk pracą 172 ludzi ciągnących sanie. Nieco niżej, na bazie posągu, stoi innych człowiek, który bez przerwy wylewa wodę lub jakiś inny płyn pod płozy, najwidoczniej aby zmniejszyć tarcie płóz o glinianą nawierzchnię drogi lub rampy. U dołu, z lewej strony reliefu trzech ludzi niesie olbrzymi kloc drewna niewiadomego przeznaczenia." Być może chodzi tu o bal — jeden z tych, które podkładano od przodu pod płozy. Wielu fachowców uważa, iż transport lądowy egipskich kolosów byłby zgoła niemożliwy (ze względu na monstrualne tarcie) bez podkładania pod płozy bali nasączonych tłuszczem. Tylko tak bowiem można było efektywnie obniżyć współczynnik tarcia! R. Engełbach pisze wręcz, iż do wyciągnięcia i transportu obelisku asuańskiego, bez użycia drewnianych rolek, potrzeba by było jedenastu tysięcy ludzi, co jest niemożliwe choćby ze względu na brak miejsca dla takiej masy ludzkiej.
Fakt, iż nie zachowały się" do dziś żadne takie bale, niczego — jego zdaniem — nie przesądza: drewno zawsze było w Epigcie bardzo poszukiwanym materiałem. „Gdzieżby tam — pisze on — mógł się ostać nie zauważony i nie wykorzystany bal drogiego, importowanego drewna — w kraju, gdzie z braku odpowiedniego surowca nawet łodzie budowano z trzciny".