Polecamy najlepszy
kurs komputerowy. Kliknij i wybierz coś dla siebie!

Polecamy

- laptopy
- reklama w internecie
- kosmetyki
- przewody
- Docieplenia



A A A

Bogowie, groby i... Petrie

Prawdziwym powołaniem Sir Williama Petriego — ojca (1821—1908) było „oświecanie" Anglików. Pod koniec roku 1878 inżynier Petrie zorganizował w Londynie dwa pokazy potężnej lampy łukowej o sile światła 700 świec.

Owa jasność, która oślepiła gapiów zebranych przed gmachem Galerii Narodowej, przyrównana przez komentatora „Timesa" do światłości wiekuistej, miała zwiastować nadejście nowych, bardziej światłych czasów. Z ówczesnych komentarzy prasowych przebijał optymizm — nowa „epoka światła" miała rozpraszać średniowieczne mroki, jakie gdzieniegdzie panowały jeszcze w nauce. Dziedziną zaś pogrążoną w najgłębszych — iście egipskich — ciemnościach była sama egiptologia, którą kilku entuzjastów usiłowało wepchnąć na tory nauki, a chmara piramidologów, okultystów i zwykłych szarlatanów ciągle na nowo sprowadzała na manowce. Złowrogi cień Piazzi Smytha i Johna Taylora ciążył nad wiedzą o starożytnym Egipcie. O Karolu Ryszardzie Lepsiusie, Auguście Edwardzie Mariette i innych mało kto wówczas słyszał, za to o tym, że świat ma się skończyć w roku 1881, bo tak „jest napisane" w Wielkiej Piramidzie, mówili niemal wszyscy.

Pierwszym egiptologiem w rodzinie Petriech była Anne Petrie, żona Williama i matka Matthew Flin-dersa, kobieta jak na owe czasy bardzo wykształcona. To ona właśnie pod pseudonimem „Philomata" lub podpisana tajemniczymi literkami „XQ" pisywała do najpoważniejszych periodyków naukowych artykuły na temat związków mitologii z Pismem Świętym, piramid, religii staroegipskiej etc. Na dobre jednak egiptologia rozgościła się w rodzinie Petriech w roku 1867, kiedy to trzynastoletni Mate-uszek przyniósł do domu książkę pióra profesora Charlesa Piazzi Smytha zatytułowaną: „Życie i praca przy Wielkiej Piramidzie".

Książkę przeczytał najpierw syn, potem matka, a na końcu ojciec, na którym dzieło królewskiego astronoma wywarło piorunujące wrażenie. Stateczny inżynier, ceniony wynalazca, ojciec rodziny poczuł się nagle jak prorok Ezechiel na środku pustyni — rewelacje Smytha uznał za prawdę objawioną, sam zaś dostrzegł swe powołanie w podbudowaniu owej prawdy możliwie jak najdokładniejszymi pomiarami. Bo czyż nie jest prawdziwym powołaniem nauki — zapytywał Petrie-senior — dowodzenie prawdziwości Biblii i obrona świętych brytyjskich miar?

Na naradzie rodzinnej uradzono, że ojciec z synem — oczywiście gdy mały Mateusz trochę podrośnie — pojadą do Egiptu i zbadają dokładnie Wielką Piramidę. Sir William zaprojektował specjalnie w tym celu bardzo jak na owe czasy dokładne urządzenia, które wypróbował-na rodzimych angielskich megalitach.

Na pierwszy ogień poszło słynne megalityczne „obserwatorium" w Stonehenge w południowej Anglii. Urządzenia zdały egzamin na piątkę. Pomiary były nadzwyczaj dokładne, toteż panowie Petrie zdecydopali się ogłosić je drukiem w Londynie (,,Inductive Metrology" — Londyn 1877). Na przygotowaniach do „wyprawy egipskiej" zeszło 12 lat, w czasie których Petrie-junior przeczytał wszystko, co dotąd napisano na temat egiptologii, od sędziwej „Pyramidographii" Johna Greaversa (wydanej w Londynie w roku 1646) poczynając, na „Zabytkach Egiptu i Nubii" („Denkmaler aus Aegypten fund Aethiopien") Karola Ryszarda Lepsiusa kończąc. Kiedy wszystko było przygotowane do wyjazdu, Petrie-senior, zajęty eksperymentami nad nową lampą łukową, zrezygnował z udziału w podróży, błogosławiąc syna na drogę i życząc mu sukcesów. Petrie-junior spędził w Gizie sześć miesięcy, od grudnia 1880 do maja 1881 roku, dokonując tam pomiarów geodezyjnych. Potem powrócił do Anglii, gdzie jednak nie zabawił długo — widać niedźwiedź posmakował już juchy... W październiku spotykamy go znowu w opuszczonym grobowcu — ma tam swoje mieszkanie — u stóp Piramidy Cheopsa, którą przez (kolejne siedem miesięcy „waży" i mierzy najdokładniej, jak tylko potrafi. Pod koniec kwietnia 1882 roku, kiedy upały zaczynają mu zbytnio doskwierać, wsiada na żaglowiec i płynie do Anglii. Przywozi ze sobą kufer pełen rysunków wyliczeń i pomiarów. Pierwszą osobą, która zaznajamia się z wynikami swoich prac, jest oczywiście jego ojciec. Ich rozmowa, chwilami bardzo burzliwa, przeciąga się do późna w nocy. Stary inżynier kręci wprawdzie powątpiewająco głową, ale nie znajduje odpowiedzi na argumenty syna. Wierzy ciągle głęboko w autorytet Biblii i w teorię Smytha, nadal uważa, że cal i centymetr to tak jak — dajmy na to — koń rasy angielskiej i dardanelski osioł, ale wobec faktów, liczb i rysunków piętrzących się przed nim na stole — kapituluje.

Mając ojcowskie przyzwolenie w kieszeni Flinders pędzi do wydawcy. Na wiosnę 1883 roku londyński świat naukowy ma nową sensację wydawniczą: „Piramidy i świątynie w Gizie", pióra nikomu dotąd nie znanego Williama Matthew Flindersa Petrie. Książka jest pasjonująca, ale "trudna do czytania — za dużo w niej liczb, rysunków i obliczeń, to też wydawca namawia autora do napisania nowej popularnej wersji, przeznaczonej dla szerokiego kręgu czytelników. Petrie zgadza się i w rok później Londyn zostaje zalany nową wersją „Piramid i świątyń w Gizie", która ukazuje się w nie spotykanym na tamte czasy nakładzie.

Książka narobiła sporo hałasu, jak zawsze gdy ktoś młody i gniewny szarga uznane świętości. Teoria Smytha była w pewnych kręgach społeczeństwa angielskiego uważana za „tabu", a tu nagle ktoś zarzuca królewskiemu astronomowi niedokładność i naginanie faktów, a nawet fałszowanie prawdy. Kto więc ma rację? Dziś nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości, ale wtedy zdania były podzielone. Wszak Smyth żył jeszcze, miał giętkie pióro i jadowity język. Trafił jednak na godnego przeciwnika, który doceniając potęgę słowa znał i szanował wagę faktu. A fakty przemawiały na jego korzyść.

Dwa lata, a właściwie dwie zimy, jakie Petrie spędził w Gizie, okazały się przełomowe dla XIX-wiecznej egiptologii. Teorie piramidomanów wszelkiej maści oraz przynajmniej jedna poważna teoria dotycząca budowy piramid (tzw. teoria Lepsiusa — Wilde'a) „poszły na dno". A wszystko dzięki temu że Anglik był nie tylko biegłym mierniczym, ale rownież bystrym obserwatorem, mającym świeże, syntetyczne spojrzenie na całą wiedzę o starożytny Egipcie, która — przyznajmy — dojrzała już do drastycznych rozwiązań.

Petrie — prawdziwy faraon egiptologii — jak nikt inny miał prawo zabierać głos w sprawie piramid. Spędził on więcej czasu wewnątrz i na zewnątrz Wielkiej Piramidy niż jakikolwiek człowiek przed nim i po nim. Mimo panujących w niej egipskich ciemności zobaczył tam bardzo wiele, między innymi, że strop nad Komorą Królewską jest popękany i tylko siła sąsiednich głazów trzyma go w miejscu. „To uszkodzenie — rozumował nader logicznie — musiało nastąpić już w czasie budowy komory, gdyż rysy i pęknięcia zasmarowane sa zaprawą wapienną".

Flinders Petrie był przekonany, że Wielką Piramidę w Gizie budowało dwóch architektów. Widoczne już na pierwszy rzut oka różnice w wykonaniu jej poszczególnych partii przypisywał nierównym kwalifikacjom jej budowniczych. Zielone ślady widoczne gdzieniegdzie na kamieniach upewniły go w przekonaniu, iż w czasie budowy piramidy używane były głównie narzędzia miedziane. Spostrzegawczość Petriego zasługuje na słowa najwyższego uznania. Na niwie nauki był on genialnym detektywem, który z podziwu godną intuicją rozwikłał większość zagadek ówczesnej egiptologii.

Do roku 1883 sądzono powszechnie, że tzw. Komora Królowej jest pomieszczeniem, w którym zdeponowano zabalsamowane zwłoki żony Cheopsa. Petrie podważył i to przypuszczenie — dla niego Komora Królowej była niczym innym, jak tylko schowkiem mieszczącym diorytowy posąg zmarłego władcy, przed którym jako przed substytutem zmarłego dokonywano ofiar i pewnych obrzędów, jak np. tzw. „ceremonii otwarcia ust". W sformułowaniu własnego poglądu na tę sprawę pomogła mu spostrzegawczość oraz... „Pyramidographia" J. Greavesa, w której wyczytał, iż w XVII wieku Arabowie opowiadali, jakoby wewnątrz komory zwanej przez nich Grobem Królowej stał niegdyś zielony idol, którego później stamtąd wyniesiono. Była to ważka przesłanka. Kiedy zaś przy wejściu do piramidy znalazł zagrzebane w piasku okruchy zielonego diorytu pochodzące zapewne z wynoszonego przez rabusiów posągu, nie miał już cienia wątpliwości, jakie było rzeczywiste przeznaczenie Komory Królowej.

Podstawową jednak kwestią „piramidologiczną" schyłku ubiegłego stulecia był problem: Kto wybudował Wielką Piramidę w Gizie? Tu ścierały się racje uczonych i fantastów, egiptologów i piramidomanów. Kto? Hebrajczycy? Zaginiona rasa olbrzymów? Synowie Boga? Upadłe anioły? Jeńcy trojańscy? A może Egipcjanie? Sir Flinders rozwiązał i ten problem. W pobliżu piramidy Cheopsa udało mu się odnaleźć pozostałości świątyni grobowej i rumowiska baraków, w których mieszkali egipscy robotnicy zatrudnieni przy budowie piramidy.

Petrie złożył po kolei wizyty wszystkim znanym wówczas piramidom. Z Gizy udał się do Abu Roasz gdzie wzniósł sobie piramidkę Dżedefre, następca Cheopsa, potem do Sakkary, Dahszur i w końcu do Medum. W piramidzie południowej w Dahszur odnalazł ślady kamiennych drzwi wiszących na brązowych zawiasach, w innych uderzyły go ślady zniszczeń, jakie najwyraźniej nastąpiły w niedługim czasie po oddaniu tych budowli do „użytku". Wysnuł więc z tego słuszny wniosek, iż po złotym wieku piramid musiały nadejść ciężkie czasy, prawdziwy zmierzch bogów, charakteryzujący się upadkiem wartości, władzy, obyczajów, spowodowany — jego zdaniem — wielką rewolucją społeczną.

Od początku dał się Petrie poznać jako znakomity organizator. Nie miał kłopotów z robotnikami, nigdy też nie przekroczył budżetu. Jego badania nad piramidami — rzecz niesłychana — pochłonęły ledwie część zakładanych kosztów. Nic więc dziwnego, że świeżo powstały, borykający się z kłopotami finansowymi „Egypt Exploration Fund" powierzył mu kierownictwo wykopalisk w Delcie, dając prawo decydowania o tym, co i gdzie należy kopać. Już wtedy w archeologicznym półświatku panowała opinia, że Petrie „ma nosa" — wybór na miejsce wykopalisk Tanis (dziś Sen el-Hagar), biblijnego Zoan, prastarego ośrodka kultu boga Setha i stolicy Egiptu z okresu jego największej świetności w pełni potwierdził tę opinię.

W Tanis ujawnił się cały geniusz archeologiczny Anglika. Mając do dyspozycji, w zależności od pory roku od 30 do 80 ludzi — co było kroplą w morzu potrzeb — zrezygnował z powszechnie wówczas Losowanej praktyki odsłaniania całych powierzchni, koncentrując się na wybranych miejscach, w których zakładał wykopy sondażowe. Przypominało to trochę chińską metodę akupunktury i wśród archeologów wywołało sporo nieraz złośliwych komentarzy. Jednak nawet najbardziej nieprzejednani sceptycy zamilkli, gdy Petrie pokazał, co wykopał. Wszyscy zgodnym chórem powiedzieli „pas", gdy zobaczyli, jakie karty ma w ręku Sir Flinders. Uczciwe dniówki, jakie wypłacał robotnikom, sprytny system premii za każdy znaleziony przedmiot oraz pewne środki zaradcze, o których za chwilę, sprawiły, iż procent kradzieży na stanowisku San el-Hagar był znikomy, wydajność pracy ogromna. Wszystko, co wykopano, wędrowało do rąk archeologów, a nie pokątnych handlarzy, paserów, antykwariuszy — co było wówczas zjawiskiem nagminnym na innych stanowiskach.

Petrie był entuzjastą i trzeźwym realistą w jednej osobie, słowem dość typowym okazem Anglika obeznanego z arkanami służby kolonialnej. W swych wspomnieniach z pierwszych wykopalisk w Egipcie napisał, iż „aby wzmocnić dyscyplinę dobrze jest doprowadzić transzeję pod sam wykop tak, by moc od czasu do czasu zaskoczyć leniuchujących robotników". O swojej kwaterze w San el-Hagar napisał zaś, iż „poza niewygodami i ponurym sąsiedztwem ma ona tę niewątpliwą zaletę, że można z niej śledzić przez lornetkę Arabów pracujących na wykopach... (sic!)".

Oprócz mrowia drobnych przedmiotów, którym można byłoby zapełnić średniej wielkości muzeum wśród trofeów Petriego znalazły się jeszcze największe budowle, jakie poza piramidami wzniesiono w Egipcie: świątynia i kolos Ramzesa II, pogromcy Hyksosów, zwycięzcy spod Kadesz, jednego z naj potężniejszych faraonów w dziejach Egiptu.

Z tym ostatnim odkryciem sprawa była dość skomplikowana. Życie bowiem i codzienna praktyka wykopaliskowa mało co przypominają ceramowskie opowieści o bogach, grobach i uczonych. W książkach bywa tak: pewnego poranka, zwykle w chwilę po rozpoczęciu prac, któryś z robotników zawadza łopatą o coś twardego, zawiadamia więc raisa, czyli nadzorcę, ten pędzi do namiotu Petriego i... wkrótce na miejscu są już wszyscy. Czytelnik z wypiekami na twarzy czyta, jak to Arabowie rozgarniają ziemię, jak rośnie napięcie, bo przedmiot jest nadzwyczaj duży, aż z czyichś ust pada zdanie, które wkrótce okrąża glob ziemski: „Kolos przedstawiający Ramzesa II został odkryty".

Rzeczywistość odbiega od literackich wizji. W Tanis fragmenty olbrzymiego posągu Ramzesa nie zostały nawet wykopane z ziemi! Petrie znalazł je bowiem powtórnie użyte w murze i w bramie wzniesionej przez jednego z późniejszych władców Egiptu. Sam odkrywca początkowo nie przywiązywał większej wagi do tych olbrzymich okruchów, dopiero później przypadkowo zorientował się, iż ma przed sobą wszystko to, co pozostało po największym posągu wzniesionym kiedykolwiek przez Egipcjan.

Ramzes z Tanis przedstawiony był w pozycji wyprostowanej, z lewą nogą podaną do przodu, z rękami zwieszonymi wzdłuż tułowia, co było dość dziwne, gdyż w monumentalnej plastyce egipskiej władców zwykle portretuje się w pozycji siedzącej (kolosy Memnona, posągi Ramzesa z Abu Simbel i inne). Wykuto go zaś z różowego granitu, jaki w Egipcie dobywa się w kamieniołomach asuańskich koło katarakty Nilowej. Od stóp do czubka korony mierzył on około 27 metrów wysokości: oko miało 40 centymetrów długości, palec u nogi przeszło 60 centymetrów szerokości. Ważył ten kolos — bagatelka — około 1 200 ton. I pomyśleć, że został przetransportowany w jednym kawałku aż z Asuanu odległego od Delty o przeszło 1 300 kilometrów. Kiedy stanął na potężnym postumencie pośrodku świętego miasta Tanis, wewnątrz kręgu świątynnego poświęconego Ramzesowi, widoczny był nawet z najdalszej okolicy. W perspektywie płaskiej i bagnistej Delty wyglądał jak olbrzym przemierzający majestatycznie Ziemię.

Z Tanis „Wielki Mierniczy Egiptologii" — jak go wówczas nazywano — przeniósł się do Naukratis, czyli dzisiejszego Tell Nabireh, leżącego w połowie drogi między Kairem a Aleksandrią, ongiś miasta pierwszych osadników greckich w Egipcie. "Jego wykopaliska na tym stanowisku okazały się przełomowe, nie tylko dla egiptologii, ale dla całej archeologii śródziemnomorskiej, dlatego warto o nich powiedzieć słów kilka.

W Naukratis Petrie wyodrębnił kilka następujących po sobie warstw osadniczych, dzięki czemu udało mu się ustalić ponad wszelką wątpliwość, iż pierwsi koloniści greccy pojawili się w Egipcie za czasów faraona Psametyka I (663—609). Właśnie z tego najwcześniejszego okresu pochodziła odkopana przez niego świątynia z cegły mułowej dedykowana Apollinowi, opiekunowi przesiedleńców. W ruinach tej budowli odnalazły się najstarsze znane kolumny jońskie, niestety bez kapiteli.

Herodot pisząc o Naukratis wspomniał o wielkiej i tajemniczej budowli zwanej Panhellenionem oraz o olbrzymiej świątyni Apollina. Petrie odnalazł obie te budowle, a także wiele innych, nie wspomnianych przez greckiego historyka, między innymi świątyń Dioskurów (Kastora i Polluksa).

Jednakże od tych wielkich znalezisk po stokroć większe znaczenie miały drobne odkrycia. Czyż przypadek nie jest aniołem stróżem każdego archeologa? Owszem, najcenniejszych odkryć w Naukratis dokonano na... śmietniku, w dole pełnym potłuczonych naczyń i figurek z gliny. Tu winniśmy słowo wyjaśnienia: wedle bowiem pradawnego zwyczaju osadnik, który przybywał do kolonii, składał w świątyni Apollina naczynko wotywne, terakotowego idola lub jakiś inny przedmiot mdły bogu i kapłanom. Tak robili wszyscy i z czasem sanktuarium do tego stopnia napełniło się darami, że kapłani zmuszeni byli wykopać dół koło świątyni, do którego wrzucili większość wotów zaśmiecających wnętrze przybytku. Mimo iż było tego bardzo dużo, Petrie postanowił zrekonstruować część naczyń. Była to potworna łamigłówka, ale benedyktyński trud opłacił się sowicie: udało mu się złożyć kilkanaście wspaniałych okazów greckiej ceramiki, a wyrazy i pojedyncze litery wymalowane na skorupach ułożyły się w całe inskrypcje. (Musimy wiedzieć, że chronologia egipska była w owych czasach lepiej znana od chronologii greckiej, toteż archeolodzy klasyczni zyskali bezcenny materiał porównawczy do datacji ceramiki wyrabianej w Grecji i na wyspach. A to już było coś!).

Rekonstrukcja jednej z waz znalezionych w dole przyświątynnym stała się egiptologiczną sensacją. Duży solidny krater (mieszalnik do wina) podpisany imieniem Fanesa okazał się pamiątką po słynnym Fanesie Zdrajcy! człowieku, dzięki któremu Persowie opanowali Egipt. Herodot pisze o nim w trzeciej księdze „Dziejów" następująco: „Był w wojsku Amazysa mąż rodem z Halikarnasu, a imieniem Fanes, człek rozumny i dzielny wojownik. Ów Fanes, niewający się o coś na Amazysa, uciekł na statku Egiptu, aby wejść w porozumienie z Kambizesem. Ponieważ zaś wśród wojsk najemnych niemałe miał znaczenie i bardzo dokładnie znał stosunki w Egipcie, przeto ścigał go Amazys i usiłował ująć, wysławszy za nim na trójrzędowcu najwierniejszego ze swoich eunuchów. Ten wprawdzie ujął go w Licji, lecz schwytanego nie przywiózł z powrotem do Egiptu, bo Fanes podstępem go podszedł: mianowicie spoił strażników i umknął do Persji. Kiedy więc Kambizes gotował się do wyprawy na Egipt i był w kłopocie, jak przeprawić się przez bezwodną pustynię, przyszedł do niego Fanes, opowiedział mu jakie jest położenie Amazysa, i objaśnił kierunek marszu, radząc, żeby posłał do króla Arabów i prosił go pozwolenie bezpiecznego przejścia przez pustynię. Bo tylko przez nią jest otwarty dostęp do Egiptu".

Również następny sezon wykopaliskowy spędził Petrie w Delcie — w miejscowości Tell Defenneh, zwanej przez Hebrajczyków Tachpanches, przez Greków zaś Dafne. Komentator archeologiczny dziennika „Ilustrated London News" dnia 11 września 1886 roku pisał: „Kiedy pan Petrie ostatniej wiosny powiódł swych arabskich kopaczy do ataku na Tel Defenneh, nie była to żadna ponura forteca stojąca pośrodku urodzajnej równiny, ale piętnaście mil dzikiego pustkowia, gdzie tylko bagna przerywały monotonię wiecznych piasków, a jedyny cień dawał przypadkowo tu postawiony słup telegraficzny'.

Nad „dzikim pustkowiem" w Tell Defenneh panowały trzy wzgórza, z których jedno, najwyższe, zwane było przez miejscowych „El-Kasr el-Bint el-Ya houdi", tzn. „Zamek córki Żyda". Nazwa ta obiecywała bardzo wiele, tym bardziej, że znany był przekaz biblijny mówiący o tym, że babiloński monarcha Nabukadnezar polecił zniszczyć Tachpanches ponieważ schroniła się tam żydowska księżniczka. Nic więc dziwnego, że gdy w roku 1884 angielski asyriolog Archibald Henry Sayce znalazł w magazynie kairskiego Muzeum Bulag inskrypcję Nabukadnezara pochodzącą właśnie z Tell Defenneh, wśród egiptologów zawrzało jak w ulu. Niemal z dnia na dzień wszyscy zapragnęli kopać w Dafne. Ale pierwszy na miejscu był ten, który miał najbliżej z Naukratis do Tell Defenneh było tylko niespełna 100 mil, toteż Petrie „szybkim marszem przeszedł wszerz Deltę i założył bazę u stóp „El-Kasr el-Bint el-Yahoudi". Miano mu później za złe taką politykę faktów dokonanych, ale po cichu wszyscy byli radzi, że Dafne dostała się w dobre ręce.

Już wiosną 1885 roku robotnicy Petriego zaczęli wgryzać się w zbocze „Zamku córki Żyda" i po kilku dniach okazało się, że lokalne wieści przekazywane z pokolenia na pokolenie rzadko kłamią. Wewnątrz wzgórza odkryto bowiem olbrzymią cytadelę, której niegdyś strzegł grecki garnizon, a w środk pałac faraona Psametyka I. Cytadelę strawił ogień — znać to było aż nadto wyraźnie po grubej na stopę warstwie popiołu. W zgliszczach znaleziono mnóstwo waz greckich, fragmenty uzbrojenia z brązu oraz narzędzia z żelaza.

Na odchodnym, opuszczając już Dafne, Petrie swoim zwyczajem zajrzał pod każdy z czterech rogów cytadeli, i — to się nazywa mieć nosa — znalazł cztery bogate depozyty fundacyjne złożone z waz, kości ofiarnego wołu, cegieł, próbek rudy, małych tabliczek ze złota, srebra i lapis-lazuli. Tryumfalny pochód tego wielkiego uczonego przez pustynie i... bagna egiptologii, pochód pełen wielkich odkryć, zaskakujących wniosków i śmiałych teorii o Petrie odkrył w Qift, na północ od Teb... egipską prehistorię) trwał aż do jego śmierci, jaka nastąpiła w 1942 roku. Na błyskotliwej karierze „ojca egiptologii" nieprzyjemnie zaciążył spór, który na terenie Egiptu wiódł on z archeologami francuskimi. Nie wiadomo, jak było naprawdę, ale na pewno oliwy do ognia dolał sam Petrie, gdy w czasie prac Abydos oskarżył francuskich kolegów kopiących przed nim na tym stanowisku, o „wandalizm równy, ile nie większy od wandalizmu rabusiów grobów lub ciemnych, średniowiecznych Koptów" (sic).

Petrie miał swoje powody do rozgoryczenia. Wykopaliska Emile Amelineau w Abydos na nekropolii el-Gab nazwane zostały potem „tragedią egipologii". Francuz, będący „na żołdzie" muzeum, nie prowadził wykopalisk w dzisiejszym rozumieniu tego słowa, tylko pośpiesznie przewracał ziemię w poszukiwaniu zabytków. Nie prowadził też żadnej dokumentacji, interesowały go bowiem tylko te przedmioty, które przedstawiały jakąś wartość muzealną bądź antykwaryczną. Po czterech latach jego „badań" nekropolia wyglądała jak zagon ziemniaków po wykopkach. Petrie usiłował uratować i opisać to, co jeszcze ocalało, ale wobec ogromu zniszczeń niewiele mógł zdziałać. Stąd jego napastliwy ton i „antyfrancuska" postawa. Nic dziwnego, że niechęć była wzajemna. „Francuscy wandale" nie zapomnieli mu tych gorzkich słów i przy byle okazji odpłacali pięknym za nadobne. A że począwszy od czasów Mariette'a na stanowisku szefa Egipskiej Służby Starożytności tradycyjnie zasiadał Francuz, życie Petriego w Egipcie stało się nieznośne. Był szykanowany do tego stopnia, że w latach dwudziestych naszego stulecia uznał za stosowne wynieść się z niegościnnego kraju nad Nilem i poszukać szczęścia gdzie indziej. Odtąd bada on „Egipt poza granicami Egiptu", śledząc wpływy tej wielkiej kultury w Palestynie i na półwyspie Synaj.

W roku 1893, z inspiracji zmarłej rok wcześniej pisarki Amelii B. Edwards, powołana została do życia na Uniwersytecie Londyńskim Katedra Esiptologii, która do dziś jest jedną z niewielu na świecie placówek naukowych kształcących studentów bardziej w przedmiocie archeologii niż filologii. Petrie został pierwszym kierownikiem tej katedry, a jego niezrównana prywatna kolekcja egiptologiczna posłużyła za pomoc w procesie dydaktycznym. W roku 1923 w uznaniu zasług parlament brytyjski nadał mu tytuł szlachecki, a w rok później również decyzją parlamentu ustanowiono tzw. „Petrie Medal for Distinguished Work in Archealogy" (Medal Petriego za Wybitne Zasługi w Dziedzinie Archeologii). Pierwszym odznaczonym był oczywiście sam sir Flinders wśród następnych znalazł się między innymi Sir Artur Evans, odkrywca pałaców w Knossos na Krecie i inni.