Berła i łopaty
Na pomysł zorganizowania wykopalisk w Baalbek pierwszy wpadł Jan Baptysta Colbert (1619—1683), francuski mąż stanu i wszechwładny minister na dworze „Króla-Słońce", Ludwika XIV. W liście skierowanym do H. Wanslebena — zakonnika, uczonego i marszanda, udającego się właśnie w kolejną podróż na Bliski Wschód napisał on między innymi: "(...) te same relacje potwierdzają, iż w Baalbek, który leży u stóp góry Liban, stoją świątynie i mnóstwo rzeźb pogrzebanych jest między ruinami — można by je było stamtąd wyciągnąć, oczywiście za pozwoleniem paszy Damaszku, do którego należy się zwrócić o zgodę na wykopaliska".
Jak większość pomysłów Colberta i ten wyprzedzał epokę. Dopiero na przełomie wieków XIX i XX łopaty archeologów przebudziły Miasto Słońca z tysiącletniej drzemki. Przyczyną wskrzeszenia Baal-beku jesienią 1898 roku stała się wizyta niemieckiej pary panującej.
Współczesna epopeja Miasta Słońca zaczęła się pod wieczór 11 listopada 1898 roku. Wizyta Ich Wysokości trwała nader krótko. Cesarz Wilhelm i cesarzowa Augusta spędzili w ruinach Baalbeku noc, a już o ósmej rano następnego dnia, po uroczystym śniadaniu i krótkiej przechadzce, ruszyli dalej.
Piotr Belon pisał w XVI wieku, że „człowiek interesujący się antykami nie zdoła obejrzeć w Heliopolisie wszystkiego w czasie krótszym niż 8 dni". Dawne to były czasy i ludzie widać inni, bo u progu XX stulecia niemiecki władca większość i tak już krótkiego czasu spędzonego w sanktuarium poświęcił na grzeczności i ceremonie związane z odsłonięciem okolicznościowej tablicy pamiątkowej, którą sułtan nadesłał był właśnie ze Stambułu. Tylko obecność archeologa, profesora Moritza, który cesarskiej parze służył za przewodnika, zapobiegła umieszczeniu tej okropnej płyty w środku muru świątyni Jowisza, w miejscu najbardziej widocznym. Koniec końców wmurowano ją w mur świątyni Bachusa — tym samym Wilhelm wpisał się na długą listę wandali, którzy od tysiąca pięciuset lat „ozdabiali" sanktuarium w Heliopolis różnymi bazgrołami w rodzaju „Ja, Androkles, byłem tu w 5 roku panowania Dioklecjana" lub „Ja, Wilhelm, byłem tu w li roku swego panowania".
W, czasie swej bliskowschodniej podróży kajzer załatwił u sułtana dwie rzeczy: koncesję na budowę kolei bagdadzkiej — która po wybudowaniu jej przez Niemców miała połączyć Berlin z Bagdadem — oraz firman zezwalający na wykopaliska w Baalbeku.
Na kierownika wykopalisk cesarz osobiście wyznaczył Boberta Koldeweya, co było zaszczytem bardzo kłopotliwym, jako że Koldewey, z wykształcenia architekt z zamiłowania orientalista, miał wówczas inne plany. W roku 1898, kiedy otrzymał zawiadomienie o mianowaniu go dowódcą „ekspedycji heliopolitańskiej", przygotowywał się właśnie do objęcia kierownictwa wykopalisk Niemieckiego Towarzystwa Orientalistycznego w Babilonie, co było marzeniem jego życia. A tu, masz ci los — Baalbek! Ale, pan każe, sługa musi.
Całą zimę z 1898 na 1899 Koldewey spędza w Mieście Słońca — skutym wtedy, jak na ironię, lodem i pokrytym jak nigdy grubą warstwą śniegu — kreśląc plany, klnąc pod nosem, kopiując inskrypcje i marząc w duchu o babilońskich wiszących ogrodach Semiramidy.
Ale na szczęście jego baalbeckie „zesłanie" nie trwało długo, już bowiem w marcu 1899 roku pożegnał na zawsze Miasto Słońca, gdzie wymarzł się jak nigdy w życiu, i rozpoczął wykopaliska w baśniowym Babilonie, które prowadził z małymi przerwami przez 18 lat, aż do zakończenia I wojny światowej.
W Baalbeku zaś wiosną 1900 roku rozpoczęły się prawdziwe, zakrojone na wielką skalę wykopaliska. Kierownictwo objął profesor Otto Puchstein, wykładowca na uniwersytecie we Fryburgu Bryzgowijskim (Badenia-Wirtembergia), który zyskał już sobie pewną sławę brawurowymi rekonstrukcjami świątyń greckich w południowej Italii. (Czyżby więc Niemcy planowali odbudowę Heliopolis?)
Prace misji niemieckiej trwały bez przerwy 4 lata. Nie zdołały ich przerwać ani dwa wybuchy epidemii cholery wśród robotników, ani też plagi febry i dyzenterii trapiące archeologów. Wszyscy uczestnicy cesarskich wykopalisk w Baalbek — bodaj najefektywniejszych w dziejach archeologii — przypłacili zdrowiem swą przygodę z Miastem Słońca. Sanktuarium zostało jednak bardzo gruntownie przebadane, sporządzono bezcenne plany, wykonano kilkaset fotografii — niektóre na kliszach formatu 40X40 centymetrów. Koncesja wykopaliskowa, będąca ze strony tureckiej bardziej wyrazem wzbierających sympatii proniemieckich niż zdrowego rozsądku, dała Niemcom niesłychanie korzystne warunki: tylko w jednym roku 1905, kiedy już nie prowadzono regularnych wykopalisk, samych — jak to ładnie określono — „próbek architektonicznych" wyekspediowano do Berlina aż 57 skrzyń! Bagatela.
Jak większość pomysłów Colberta i ten wyprzedzał epokę. Dopiero na przełomie wieków XIX i XX łopaty archeologów przebudziły Miasto Słońca z tysiącletniej drzemki. Przyczyną wskrzeszenia Baal-beku jesienią 1898 roku stała się wizyta niemieckiej pary panującej.
Współczesna epopeja Miasta Słońca zaczęła się pod wieczór 11 listopada 1898 roku. Wizyta Ich Wysokości trwała nader krótko. Cesarz Wilhelm i cesarzowa Augusta spędzili w ruinach Baalbeku noc, a już o ósmej rano następnego dnia, po uroczystym śniadaniu i krótkiej przechadzce, ruszyli dalej.
Piotr Belon pisał w XVI wieku, że „człowiek interesujący się antykami nie zdoła obejrzeć w Heliopolisie wszystkiego w czasie krótszym niż 8 dni". Dawne to były czasy i ludzie widać inni, bo u progu XX stulecia niemiecki władca większość i tak już krótkiego czasu spędzonego w sanktuarium poświęcił na grzeczności i ceremonie związane z odsłonięciem okolicznościowej tablicy pamiątkowej, którą sułtan nadesłał był właśnie ze Stambułu. Tylko obecność archeologa, profesora Moritza, który cesarskiej parze służył za przewodnika, zapobiegła umieszczeniu tej okropnej płyty w środku muru świątyni Jowisza, w miejscu najbardziej widocznym. Koniec końców wmurowano ją w mur świątyni Bachusa — tym samym Wilhelm wpisał się na długą listę wandali, którzy od tysiąca pięciuset lat „ozdabiali" sanktuarium w Heliopolis różnymi bazgrołami w rodzaju „Ja, Androkles, byłem tu w 5 roku panowania Dioklecjana" lub „Ja, Wilhelm, byłem tu w li roku swego panowania".
W, czasie swej bliskowschodniej podróży kajzer załatwił u sułtana dwie rzeczy: koncesję na budowę kolei bagdadzkiej — która po wybudowaniu jej przez Niemców miała połączyć Berlin z Bagdadem — oraz firman zezwalający na wykopaliska w Baalbeku.
Na kierownika wykopalisk cesarz osobiście wyznaczył Boberta Koldeweya, co było zaszczytem bardzo kłopotliwym, jako że Koldewey, z wykształcenia architekt z zamiłowania orientalista, miał wówczas inne plany. W roku 1898, kiedy otrzymał zawiadomienie o mianowaniu go dowódcą „ekspedycji heliopolitańskiej", przygotowywał się właśnie do objęcia kierownictwa wykopalisk Niemieckiego Towarzystwa Orientalistycznego w Babilonie, co było marzeniem jego życia. A tu, masz ci los — Baalbek! Ale, pan każe, sługa musi.
Całą zimę z 1898 na 1899 Koldewey spędza w Mieście Słońca — skutym wtedy, jak na ironię, lodem i pokrytym jak nigdy grubą warstwą śniegu — kreśląc plany, klnąc pod nosem, kopiując inskrypcje i marząc w duchu o babilońskich wiszących ogrodach Semiramidy.
Ale na szczęście jego baalbeckie „zesłanie" nie trwało długo, już bowiem w marcu 1899 roku pożegnał na zawsze Miasto Słońca, gdzie wymarzł się jak nigdy w życiu, i rozpoczął wykopaliska w baśniowym Babilonie, które prowadził z małymi przerwami przez 18 lat, aż do zakończenia I wojny światowej.
W Baalbeku zaś wiosną 1900 roku rozpoczęły się prawdziwe, zakrojone na wielką skalę wykopaliska. Kierownictwo objął profesor Otto Puchstein, wykładowca na uniwersytecie we Fryburgu Bryzgowijskim (Badenia-Wirtembergia), który zyskał już sobie pewną sławę brawurowymi rekonstrukcjami świątyń greckich w południowej Italii. (Czyżby więc Niemcy planowali odbudowę Heliopolis?)
Prace misji niemieckiej trwały bez przerwy 4 lata. Nie zdołały ich przerwać ani dwa wybuchy epidemii cholery wśród robotników, ani też plagi febry i dyzenterii trapiące archeologów. Wszyscy uczestnicy cesarskich wykopalisk w Baalbek — bodaj najefektywniejszych w dziejach archeologii — przypłacili zdrowiem swą przygodę z Miastem Słońca. Sanktuarium zostało jednak bardzo gruntownie przebadane, sporządzono bezcenne plany, wykonano kilkaset fotografii — niektóre na kliszach formatu 40X40 centymetrów. Koncesja wykopaliskowa, będąca ze strony tureckiej bardziej wyrazem wzbierających sympatii proniemieckich niż zdrowego rozsądku, dała Niemcom niesłychanie korzystne warunki: tylko w jednym roku 1905, kiedy już nie prowadzono regularnych wykopalisk, samych — jak to ładnie określono — „próbek architektonicznych" wyekspediowano do Berlina aż 57 skrzyń! Bagatela.