Ballada o Gotach
O roku 455 n.e. można by było napisać oddzielny tom historii. Był to rok dla cesarstwa przełomowy. Zjawiska, które koniec końców przypieczętowały upadek imperium, wystąpiły z niespotykanym nasileniem. Tenże rok, feralny dla Rzymian, okazał si bardzo pomyślny dla germańskiego plemienia Ostrogotów. Ale nie uprzedzajmy wypadków.
Pasmo tragicznych wydarzeń roku 455 otworzył cesarz Walentynian III gwałcąc żonę Maksymusa, jednego ze swoich senatorów. Okoliczności były po temu wprawdzie stosowne, bo Maksymus wyjechał, ale czasy już nie te same co dawniej. Ostatnie kilka stuleci pokazało, że najbezkarniej na świecie zabija się... cesarzy. Toteż mąż zemścił się najokrutniej jak tylko potrafił. W dwa dni po Idach marcowych w czasie przeglądu oddziałów na Polu Marsowym w Rzymie, dwóch wynajętych przezeń zbirów na oczach wojska i dworu zaszlachtowało Walentyniana, któremu nikt nie pospieszył z pomocą.
Teraz z kolei zgwałcono Maksymusa kładąc mu siłą koronę na głowę. Panował krótko. Po trzech miesiącach tłum ukamienował go na ulicy, a ciało wrzucił do Tybru. Kalejdoskop zdarzeń nabierał dopiero rozmachu. Zwłoki efemerycznego władcy nie zdążyły jeszcze spłynąć do morza, kiedy pod bramami Rzymu pojawił się Genzeryk, król plemienia Wandalów, wezwany na pomoc przez wdowę po Walentynianie, cesarzową Eudoksję.
Przez dwa tygodnie Wandalowie plądrowali miasto — zdarto wówczas nawet pozłacaną dachówkę ze świątyni Jowisza Kapitolińskiego. W roku 455 w światowym dykcjonarzu pojawiło się nowe słowo wandalizm. Genzeryk zabrał menorę, czyli siedmioramienny świecznik zrabowany ongiś przez Tytusa w świątyni jerozolimskiej (kradzione nie tuczy) oraz... cesarzową Eudoksję, która — o ironio — wezwała go na pomoc. Na początku lipca Wandalowie wsiedli na okręty pełne łupów wszelakich i łapiąc w żagle korzystny wschodni wiatr odpłynęli do Kartaginy — stolicy swego nowego afrykańskiego królestwa (które, jak wszystko co mieli, zabrali Rzymianom).
Takich stygmatów śmierci na ciele chorego imperium nie można już było zatrzeć. Nawet na krańcach cesarstwa dawało się odczuć, iż Rzym dożywa dni swoich. Dwanaście sępów widzianych na niebie przez założyciela Rzymu Romulusa, symbolizujących 12 wieków pomyślności miasta — dawno już przeleciało. Imperium stanęło u progu 13 feralnego stulecia swego istnienia, niepewne dalszych losów. Historycy tylko przez litość przedłużają życie cesarstwa do 476 roku; de facto Rzym był już martwy Anno Domini 455. Tego roku w miejscowości Carnuntum, leżącej w Panonii (w pobliżu Wiednia), przyszedł na świat Teodoryk.
Śmierć Attyli w roku 453 oznaczała dla Gotów zamieszkujących nizinę węgierską nadejście lepszych czasów. Nie czując nad sobą „Bicza Bożego" zaczęli oni hardo podnosić głowy. W roku 455 Hunowie urządzają wprawdzie ekspedycję karną, która ma uciszyć i spacyfikować zbuntowanych Ostrogotów, ale ich „konarmia" która wtargnęła na nizinę węgierską od wschodu, zaraz na wstępie została rozbita przez drużynę Walamira, jednego z gockich królewiątek.
Wieść o tym zwycięstwie szerokim echem rozniosła się po świecie, a do Walamirowego brata, króla Teodemira, dotarła w chwili, gdy ulubiona konkubina powiła mu syna pierworodnego, któremu dano sławne wśród Gotów imię Teodoryka. Przyjście na świat następcy tronu w dzień walnego zwycięstwa nad Hunami poczytane zostało za znak pomyślny, uznano, że chłopak urodził się pod szczęśliwą gwiazdą i wróżono mu, iż będzie mężem niezwyciężonym.
Przez osiem pierwszych lat życia królewicz wychowywał się pod opieką matki. Potem wysłano go na dwór cesarski w Konstantynopolu. Między królem Teodemirem a cesarzem Leonem stanął bowiem układ wieczysty, gwarantowany obecnością gockie-go królewicza na dworze cesarskim jako zakładnika. Ze swojej strony Leon zobowiązał się wypłacać Gotom rocznie 300 funtów złota, a ci solennie przyrzekali posłuszeństwo.
Pokój z cesarstwem wszystkim wyszedł na dobre. Skorzystały obie strony, a najbardziej Teodoryk. Cesarz traktował go jak własnego syna i posyłał do najlepszych szkół. Chrześcijański władca Wschodu mając na uwadze, iż jego zakładnik zostanie kiedyś królem wojowniczych sąsiadów, starał się wzbudzić w nim podziw i szacunek dla bizantyńskiej kultury i cywilizacji.
Wysiłki te zakończyły się tylko połowicznym sukcesem. Teodoryk nauczył się wprawdzie jeździć konno, fechtować, rzucać oszczepem, a jakże, przyswoił sobie nawet pewne elementy greckiej strategii wojskowej, ale mimo wysiłków nauczycieli nie nauczył się pisać ani po grecku, ani po łacinie. Później, gdy był już królem Italii, skonstruowano mu specjalny złoty szablon z wyciętymi pierwszymi czterema literami jego imienia: TEOD-oryk. W ten sposób mógł on się podpisać... nie potrafiąc pisać.
W czasie gdy Teodoryk przebywał jako zakładnik w Konstantynopolu, jego pobratymcy odnieśli wprawdzie wiele sukcesów ale... ich huczne zwycięstwa przynosiły im więcej glorii niż strawy, więcej uznania niż odzienia. Niezwyciężeni Goci byli więc głodni i bosi. 300 funtów w złocie wypłacanych im przez Leona tonęło w morzu potrzeb. Gocka gospodarka polegająca na łupieniu sąsiadów nie była w stanie wyżywić sporego narodu, który coraz mniej łaknął igrzysk, za to coraz głośniej domagał się chleba.
Chcąc uniknąć pierwszej w swym życiu porażki — bardzo dotkliwej w skutkach klęski głodu — niezwyciężony Teodemir postanowił wywieść lud swój z ziemi węgierskiej i osiedlić go na nowych, żyżniejszych terenach. Goci bez żalu opuścili dotychczasowe siedziby i udali się na południe — w głąb cesarstwa.
Cesarz bizantyński niewiele miał tu do powiedzenia — nieproszeni goście usadowili się nad Dolnym Dunajem, 200 kilometrów od jego stolicy w Konstantynopolu. Ponieważ fakt — jakby na to popatrzeć — był dokonany, a ziemia stracona, kancelaria cesarska „post factum" sporządziła akt „dobrowolnego" nadania. (Aby usankcjonować grabież i zachować jakoś twarz, przesiedleńcom powierzono zaszczytny obowiązek obrony prowincji naddunajskiej przed... im podobnymi intruzami. Tak mniej więcej wyglądał „problem gocki", gdy Teodoryk powrócił z Konstantynopola. Miał już wtedy osiemnaście wiosen, sławę i mir wśród Gotów. Brakowało mu tylko korony.
Nie musiał na nią długo czekać. Dwa lata później umarł jego ojciec Teodemir i Goci wśród zbiorowego aplauzu podnieśli Teodoryka na tarczy, co było u nich pradawnym obyczajem koronacyjnym. Przez następnych trzynaście lat Teodoryk — dawny zakładnik — panował po sąsiedzku jako „dobry" lennik cesarstwa. Powinności wasala pojmował po swojemu: cały czas warował wiernie u wrót stolicy swego bizantyńskiego pana, ale też i w każdej chwili gotów był rzucić mu się da gardła. W roku 484 cesarz mianuje Teodoryka honorowym konsulem i zaszczyca okolicznościowym posągiem, a już w dwa lata później niewdzięczny Got stoi u bram stolicy, nie kryjąc wrogich zamiarów. W czasie tych przymusowych trzynastu lat sąsiedztwa, lat pełnych fałszywej przyjaźni i szczerej nienawiści w kancelarii cesarskiej dojrzewał iście diabelski plan. Gdyby się powiódł, za jednym zamachem spodziewano się pozbyć sąsiedztwa Gotów i odzyskać Italię, którą rządził inny germański uzurpator — Odoaker.
Teodorykowi zaproponowano więc złoty interes: uda się on do Italii, przepędzi stamtąd Odoakra, w nagrodę dostanie po nim jego włości, którymi będzie rządził jako lennik cesarski.
Teodoryk dał się przekonać, zebrał cały swój lud i z cesarskim błogosławieństwem ruszył na zachód. W roku 489 Goci przeszli Kras i jak wezbrana rzeka rozlali się po nizinie nadpadańskiej. Tutaj w pobliżu Akwilei Odoaker został pobity po raz pierwszy, a dwa tygodnie później pod Werona po raz drugi. Potem, po trzeciej porażce nad rzeką Addą, zwątpiwszy w sens dalszej walki w otwartym polu, zamknął się w położonej wśród bagien i mokradeł Rawennie, gdzie postanowił doczekać lepszych czasów.
Teodoryk występował wszędzie jako pełnomocnik cesarski, przeto rdzenni mieszkańcy Italii przechodzili na jego stronę. Tylko germańska Rawenna broniła się przez trzy jata i pewnie broniłaby się dłużej, gdyby nie perfidny podstęp: Goci pod pozorem rokowań wywabili Odoakra poza mury miasta i wiarołomnie zamordowali w czasie uczty. To ostatnie posunięcie przekonało wszystkich zainteresowanych, iż w trudnej sztuce „wielkiej polityki" król Gotów umie już prawie wszystko.
Po zamordowaniu Odoakra Goci obwołali Teodoryka królem Italii, on zaś — tylko „pro forma" uważając się za cesarskiego wasala — rozpoczął rządy niczym nie skrępowane, przynosząc mieszkańcom wyniszczonego kraju 30 lat spokoju (tzw. Pax Go-tica przerywały tylko potyczki z Bułgarami, prowadzone zawsze na terytorium wroga i zawsze z dużym szczęściem).
Teodoryk nie mógł zmusić swego germańskiego ludu do przyjęcia rzymskich praw i nie mógł też narzucić mieszkańcom Italii surowych i barbarzyńskich obyczajów ostrogockich. Musiał zatem z konieczności podjąć ryzykowną próbę utrzymania dwóch różnych ludów, rządzących się różnymi prawami, mówiących odmiennymi językami, w ramach jednego organizmu państwowego. Ustrój rzymski pozostał więc nienaruszony, a Rzymianie stali się doradcami króla w sprawach polityki wewnętrznej i zewnętrznej. Goci otrzymali najpierw grunty poległych bądź wydanych żołnierzy Odoakra, a kiedy i tego było im mało z każdej rzymskiej posiadłości wykrojono trzecią część ziemi i oddano im w wieczystą dzierżawę. Podział funkcji praw i obowiązków w królestwie Teodoryka był bardzo prosty: Gotów przypisano do miecza, autochtonów zaś do lemiesza. Żadna ze stron nie zgłaszała pretensji, każdy bowiem robił to, co umiał najlepiej: Goci się bili, dawni waleczni Rzymianie pracowali i modlili się, jak zawsze czekając lepszych czasów.
O dziwo, rządy króla-analfabety odznaczały się roztropnością i tolerancją. Osuszono wówczas bagna pontyjskie i umbryjskie, rolnictwo zaś podźwignęło się tak dalece, iż Włochy po raz pierwszy od kilkuset lat mogły się znów same wyżywić.
Teodoryk żywił głęboki szacunek dla świętej tradycji Rzymu. Podczas swego pobytu w Wiecznym Mieście powołał tam do życia pierwszy Urząd Ochrony Zabytków, dając mu roczny dochód w wysokości 200 funtów w złocie, wpływy z ceł pobieranych w porcie oraz... przydział 25 tysięcy dachówek na najpilniejsze reperacje. Ze wszystkich zabytków Rzymu Gotom najbardziej podobały się... konie z Monte Cavallo (Kwirynał) — są to figury Dioskurów (Kastora i Polluksa) trzymających konie.
Stolicą swego państwa uczynił jednak Teodoryk nie Rzym, ale Rawennę (zgodnie z tradycją istniejącą już od 402 roku). Tam pobudował sobie pałac zachowany po dziś dzień i wspaniały kościół San Apollinare Nuovo. Drugą stolicą Gotów stała się Werona, miasto szekspirowskich kochanków. Tu stanął drugi pałac królewski i wspaniałe łaźnie. Król rad tam przebywał, bo cenił sobie to miasto ze względu na jego klimat i korzystne położenie (dlatego w starych legendach niemieckich nazywa się go często Dietrichem von Bern, czyli Dietrichem z Werony).
Z podziwu godną maestrią, godząc sprzeczności i swary, panował Teodoryk do roku 524, kiedy to urządził krwawe igrzyska w rzymskim Koloseum Gdy na arenie od dłuższego czasu nie używanego amfiteatru poległo kilku gladiatorów i zaszlachtowano kilkadziesiąt dzikich zwierząt, w Teodoryku obudziła się rządzą krwi. W ciągu krótkiego czasu, jaki upłynął od tego wydarzenia, polecił on stracić swoich najbliższych doradców. Pod topór kolejno dali głowy myśliciel Boecjusz i jego teść Symmachus, notabene dawny senator i bliski przyjaciel Teodoryka.
Po szale podejrzeń króla z kolei' ogarnęła mania prześladowcza. Lęki i strachy nasiliły się do tego stopnia, iż pewnego dnia w czasie wieczerzy, kiedy na stół podano głowę rzadkiej i wielkiej ryby, Teodoryk pobladł, zadygotał i trzęsąc się jak w febrze krzyknął, iż widzi przed sobą odrąbaną głowę Symmachusa, oczy senatora, wpatrujące się weń z nienawiścią i zęby, które pragną go pożreć. Potem zerwał się przerażony i uciekł do swej komnaty, gdyż wydało mu się, iż ryba otwiera paszczę. Wezwanemu medykowi wyznał, iż żałuje morderstw popełnionych na Boecjuszu i Symmachu. Trzy dni później umarł w nieludzkich cierpieniach.
Można by było sądzić, iż po długim pobycie w czyśćcu, dusza Teodoryka trafiła jednak do raju sprawiedliwych, gdyby nie wizja pewnego włoskiego pustelnika, który widział we śnie, jak demony zabierają ciało króla, zanoszą na Wyspy Liparyjskie i ciskają w głąb czeluści wulkanu Stromboli — jednego z wiecznie płonących ogni piekielnych...
Pasmo tragicznych wydarzeń roku 455 otworzył cesarz Walentynian III gwałcąc żonę Maksymusa, jednego ze swoich senatorów. Okoliczności były po temu wprawdzie stosowne, bo Maksymus wyjechał, ale czasy już nie te same co dawniej. Ostatnie kilka stuleci pokazało, że najbezkarniej na świecie zabija się... cesarzy. Toteż mąż zemścił się najokrutniej jak tylko potrafił. W dwa dni po Idach marcowych w czasie przeglądu oddziałów na Polu Marsowym w Rzymie, dwóch wynajętych przezeń zbirów na oczach wojska i dworu zaszlachtowało Walentyniana, któremu nikt nie pospieszył z pomocą.
Teraz z kolei zgwałcono Maksymusa kładąc mu siłą koronę na głowę. Panował krótko. Po trzech miesiącach tłum ukamienował go na ulicy, a ciało wrzucił do Tybru. Kalejdoskop zdarzeń nabierał dopiero rozmachu. Zwłoki efemerycznego władcy nie zdążyły jeszcze spłynąć do morza, kiedy pod bramami Rzymu pojawił się Genzeryk, król plemienia Wandalów, wezwany na pomoc przez wdowę po Walentynianie, cesarzową Eudoksję.
Przez dwa tygodnie Wandalowie plądrowali miasto — zdarto wówczas nawet pozłacaną dachówkę ze świątyni Jowisza Kapitolińskiego. W roku 455 w światowym dykcjonarzu pojawiło się nowe słowo wandalizm. Genzeryk zabrał menorę, czyli siedmioramienny świecznik zrabowany ongiś przez Tytusa w świątyni jerozolimskiej (kradzione nie tuczy) oraz... cesarzową Eudoksję, która — o ironio — wezwała go na pomoc. Na początku lipca Wandalowie wsiedli na okręty pełne łupów wszelakich i łapiąc w żagle korzystny wschodni wiatr odpłynęli do Kartaginy — stolicy swego nowego afrykańskiego królestwa (które, jak wszystko co mieli, zabrali Rzymianom).
Takich stygmatów śmierci na ciele chorego imperium nie można już było zatrzeć. Nawet na krańcach cesarstwa dawało się odczuć, iż Rzym dożywa dni swoich. Dwanaście sępów widzianych na niebie przez założyciela Rzymu Romulusa, symbolizujących 12 wieków pomyślności miasta — dawno już przeleciało. Imperium stanęło u progu 13 feralnego stulecia swego istnienia, niepewne dalszych losów. Historycy tylko przez litość przedłużają życie cesarstwa do 476 roku; de facto Rzym był już martwy Anno Domini 455. Tego roku w miejscowości Carnuntum, leżącej w Panonii (w pobliżu Wiednia), przyszedł na świat Teodoryk.
Śmierć Attyli w roku 453 oznaczała dla Gotów zamieszkujących nizinę węgierską nadejście lepszych czasów. Nie czując nad sobą „Bicza Bożego" zaczęli oni hardo podnosić głowy. W roku 455 Hunowie urządzają wprawdzie ekspedycję karną, która ma uciszyć i spacyfikować zbuntowanych Ostrogotów, ale ich „konarmia" która wtargnęła na nizinę węgierską od wschodu, zaraz na wstępie została rozbita przez drużynę Walamira, jednego z gockich królewiątek.
Wieść o tym zwycięstwie szerokim echem rozniosła się po świecie, a do Walamirowego brata, króla Teodemira, dotarła w chwili, gdy ulubiona konkubina powiła mu syna pierworodnego, któremu dano sławne wśród Gotów imię Teodoryka. Przyjście na świat następcy tronu w dzień walnego zwycięstwa nad Hunami poczytane zostało za znak pomyślny, uznano, że chłopak urodził się pod szczęśliwą gwiazdą i wróżono mu, iż będzie mężem niezwyciężonym.
Przez osiem pierwszych lat życia królewicz wychowywał się pod opieką matki. Potem wysłano go na dwór cesarski w Konstantynopolu. Między królem Teodemirem a cesarzem Leonem stanął bowiem układ wieczysty, gwarantowany obecnością gockie-go królewicza na dworze cesarskim jako zakładnika. Ze swojej strony Leon zobowiązał się wypłacać Gotom rocznie 300 funtów złota, a ci solennie przyrzekali posłuszeństwo.
Pokój z cesarstwem wszystkim wyszedł na dobre. Skorzystały obie strony, a najbardziej Teodoryk. Cesarz traktował go jak własnego syna i posyłał do najlepszych szkół. Chrześcijański władca Wschodu mając na uwadze, iż jego zakładnik zostanie kiedyś królem wojowniczych sąsiadów, starał się wzbudzić w nim podziw i szacunek dla bizantyńskiej kultury i cywilizacji.
Wysiłki te zakończyły się tylko połowicznym sukcesem. Teodoryk nauczył się wprawdzie jeździć konno, fechtować, rzucać oszczepem, a jakże, przyswoił sobie nawet pewne elementy greckiej strategii wojskowej, ale mimo wysiłków nauczycieli nie nauczył się pisać ani po grecku, ani po łacinie. Później, gdy był już królem Italii, skonstruowano mu specjalny złoty szablon z wyciętymi pierwszymi czterema literami jego imienia: TEOD-oryk. W ten sposób mógł on się podpisać... nie potrafiąc pisać.
W czasie gdy Teodoryk przebywał jako zakładnik w Konstantynopolu, jego pobratymcy odnieśli wprawdzie wiele sukcesów ale... ich huczne zwycięstwa przynosiły im więcej glorii niż strawy, więcej uznania niż odzienia. Niezwyciężeni Goci byli więc głodni i bosi. 300 funtów w złocie wypłacanych im przez Leona tonęło w morzu potrzeb. Gocka gospodarka polegająca na łupieniu sąsiadów nie była w stanie wyżywić sporego narodu, który coraz mniej łaknął igrzysk, za to coraz głośniej domagał się chleba.
Chcąc uniknąć pierwszej w swym życiu porażki — bardzo dotkliwej w skutkach klęski głodu — niezwyciężony Teodemir postanowił wywieść lud swój z ziemi węgierskiej i osiedlić go na nowych, żyżniejszych terenach. Goci bez żalu opuścili dotychczasowe siedziby i udali się na południe — w głąb cesarstwa.
Cesarz bizantyński niewiele miał tu do powiedzenia — nieproszeni goście usadowili się nad Dolnym Dunajem, 200 kilometrów od jego stolicy w Konstantynopolu. Ponieważ fakt — jakby na to popatrzeć — był dokonany, a ziemia stracona, kancelaria cesarska „post factum" sporządziła akt „dobrowolnego" nadania. (Aby usankcjonować grabież i zachować jakoś twarz, przesiedleńcom powierzono zaszczytny obowiązek obrony prowincji naddunajskiej przed... im podobnymi intruzami. Tak mniej więcej wyglądał „problem gocki", gdy Teodoryk powrócił z Konstantynopola. Miał już wtedy osiemnaście wiosen, sławę i mir wśród Gotów. Brakowało mu tylko korony.
Nie musiał na nią długo czekać. Dwa lata później umarł jego ojciec Teodemir i Goci wśród zbiorowego aplauzu podnieśli Teodoryka na tarczy, co było u nich pradawnym obyczajem koronacyjnym. Przez następnych trzynaście lat Teodoryk — dawny zakładnik — panował po sąsiedzku jako „dobry" lennik cesarstwa. Powinności wasala pojmował po swojemu: cały czas warował wiernie u wrót stolicy swego bizantyńskiego pana, ale też i w każdej chwili gotów był rzucić mu się da gardła. W roku 484 cesarz mianuje Teodoryka honorowym konsulem i zaszczyca okolicznościowym posągiem, a już w dwa lata później niewdzięczny Got stoi u bram stolicy, nie kryjąc wrogich zamiarów. W czasie tych przymusowych trzynastu lat sąsiedztwa, lat pełnych fałszywej przyjaźni i szczerej nienawiści w kancelarii cesarskiej dojrzewał iście diabelski plan. Gdyby się powiódł, za jednym zamachem spodziewano się pozbyć sąsiedztwa Gotów i odzyskać Italię, którą rządził inny germański uzurpator — Odoaker.
Teodorykowi zaproponowano więc złoty interes: uda się on do Italii, przepędzi stamtąd Odoakra, w nagrodę dostanie po nim jego włości, którymi będzie rządził jako lennik cesarski.
Teodoryk dał się przekonać, zebrał cały swój lud i z cesarskim błogosławieństwem ruszył na zachód. W roku 489 Goci przeszli Kras i jak wezbrana rzeka rozlali się po nizinie nadpadańskiej. Tutaj w pobliżu Akwilei Odoaker został pobity po raz pierwszy, a dwa tygodnie później pod Werona po raz drugi. Potem, po trzeciej porażce nad rzeką Addą, zwątpiwszy w sens dalszej walki w otwartym polu, zamknął się w położonej wśród bagien i mokradeł Rawennie, gdzie postanowił doczekać lepszych czasów.
Teodoryk występował wszędzie jako pełnomocnik cesarski, przeto rdzenni mieszkańcy Italii przechodzili na jego stronę. Tylko germańska Rawenna broniła się przez trzy jata i pewnie broniłaby się dłużej, gdyby nie perfidny podstęp: Goci pod pozorem rokowań wywabili Odoakra poza mury miasta i wiarołomnie zamordowali w czasie uczty. To ostatnie posunięcie przekonało wszystkich zainteresowanych, iż w trudnej sztuce „wielkiej polityki" król Gotów umie już prawie wszystko.
Po zamordowaniu Odoakra Goci obwołali Teodoryka królem Italii, on zaś — tylko „pro forma" uważając się za cesarskiego wasala — rozpoczął rządy niczym nie skrępowane, przynosząc mieszkańcom wyniszczonego kraju 30 lat spokoju (tzw. Pax Go-tica przerywały tylko potyczki z Bułgarami, prowadzone zawsze na terytorium wroga i zawsze z dużym szczęściem).
Teodoryk nie mógł zmusić swego germańskiego ludu do przyjęcia rzymskich praw i nie mógł też narzucić mieszkańcom Italii surowych i barbarzyńskich obyczajów ostrogockich. Musiał zatem z konieczności podjąć ryzykowną próbę utrzymania dwóch różnych ludów, rządzących się różnymi prawami, mówiących odmiennymi językami, w ramach jednego organizmu państwowego. Ustrój rzymski pozostał więc nienaruszony, a Rzymianie stali się doradcami króla w sprawach polityki wewnętrznej i zewnętrznej. Goci otrzymali najpierw grunty poległych bądź wydanych żołnierzy Odoakra, a kiedy i tego było im mało z każdej rzymskiej posiadłości wykrojono trzecią część ziemi i oddano im w wieczystą dzierżawę. Podział funkcji praw i obowiązków w królestwie Teodoryka był bardzo prosty: Gotów przypisano do miecza, autochtonów zaś do lemiesza. Żadna ze stron nie zgłaszała pretensji, każdy bowiem robił to, co umiał najlepiej: Goci się bili, dawni waleczni Rzymianie pracowali i modlili się, jak zawsze czekając lepszych czasów.
O dziwo, rządy króla-analfabety odznaczały się roztropnością i tolerancją. Osuszono wówczas bagna pontyjskie i umbryjskie, rolnictwo zaś podźwignęło się tak dalece, iż Włochy po raz pierwszy od kilkuset lat mogły się znów same wyżywić.
Teodoryk żywił głęboki szacunek dla świętej tradycji Rzymu. Podczas swego pobytu w Wiecznym Mieście powołał tam do życia pierwszy Urząd Ochrony Zabytków, dając mu roczny dochód w wysokości 200 funtów w złocie, wpływy z ceł pobieranych w porcie oraz... przydział 25 tysięcy dachówek na najpilniejsze reperacje. Ze wszystkich zabytków Rzymu Gotom najbardziej podobały się... konie z Monte Cavallo (Kwirynał) — są to figury Dioskurów (Kastora i Polluksa) trzymających konie.
Stolicą swego państwa uczynił jednak Teodoryk nie Rzym, ale Rawennę (zgodnie z tradycją istniejącą już od 402 roku). Tam pobudował sobie pałac zachowany po dziś dzień i wspaniały kościół San Apollinare Nuovo. Drugą stolicą Gotów stała się Werona, miasto szekspirowskich kochanków. Tu stanął drugi pałac królewski i wspaniałe łaźnie. Król rad tam przebywał, bo cenił sobie to miasto ze względu na jego klimat i korzystne położenie (dlatego w starych legendach niemieckich nazywa się go często Dietrichem von Bern, czyli Dietrichem z Werony).
Z podziwu godną maestrią, godząc sprzeczności i swary, panował Teodoryk do roku 524, kiedy to urządził krwawe igrzyska w rzymskim Koloseum Gdy na arenie od dłuższego czasu nie używanego amfiteatru poległo kilku gladiatorów i zaszlachtowano kilkadziesiąt dzikich zwierząt, w Teodoryku obudziła się rządzą krwi. W ciągu krótkiego czasu, jaki upłynął od tego wydarzenia, polecił on stracić swoich najbliższych doradców. Pod topór kolejno dali głowy myśliciel Boecjusz i jego teść Symmachus, notabene dawny senator i bliski przyjaciel Teodoryka.
Po szale podejrzeń króla z kolei' ogarnęła mania prześladowcza. Lęki i strachy nasiliły się do tego stopnia, iż pewnego dnia w czasie wieczerzy, kiedy na stół podano głowę rzadkiej i wielkiej ryby, Teodoryk pobladł, zadygotał i trzęsąc się jak w febrze krzyknął, iż widzi przed sobą odrąbaną głowę Symmachusa, oczy senatora, wpatrujące się weń z nienawiścią i zęby, które pragną go pożreć. Potem zerwał się przerażony i uciekł do swej komnaty, gdyż wydało mu się, iż ryba otwiera paszczę. Wezwanemu medykowi wyznał, iż żałuje morderstw popełnionych na Boecjuszu i Symmachu. Trzy dni później umarł w nieludzkich cierpieniach.
Można by było sądzić, iż po długim pobycie w czyśćcu, dusza Teodoryka trafiła jednak do raju sprawiedliwych, gdyby nie wizja pewnego włoskiego pustelnika, który widział we śnie, jak demony zabierają ciało króla, zanoszą na Wyspy Liparyjskie i ciskają w głąb czeluści wulkanu Stromboli — jednego z wiecznie płonących ogni piekielnych...