100 dni cesarza Tytusa
Otwarcie Koloseum — jak wiemy — miało miejsce w 81 roku n.e. i było najdłuższą, najkrwawszą, najkosztowniejszą imprezą w powszechnej historii
rozrywki. Spektakl trwający okrągłe 100 dni pochłonął lwią część oszczędności Wespazjana i kosztowała życie kilkudziesięciu tysięcy zwierząt i kilkuset ludzi. Relacje dziejopisów o tym spektaklu wzbudzają grozę i niedowierzanie. Jakim cudem mogło tylko jednego dnia paść na arenie 5 tysięcy dzikich zwierząt, toż to jest przerób dzienny dużej rzeźni?!
Najbardziej jednak nieprawdopodobne jest, iż urządził to widowisko człowiek łagodny i bogobojny, Cesarz Tytus, „amor et deliciae generis humani" człowiek wielkiego miłosierdzia, który ilekroć zdarzyło mu się nie uczynić za dnia żadnego dobrego uczynku, pod wieczór biadolił: „Diem perdidi", czyli „Dzień straciłem". Kronikarze jego panowania milczą głucho: czy owe sto dni w Amfiteatrze uznał on za stracone czy też nie.
Inauguracyjna hekatomba zaczęła się z samego rana barwnym korowodem przypominającym defiladę wojskową, procesję religijną i przemarsz cyrku zarazem. Przez kilka godzin Świętą Drogą płynęła kawalkada zwierząt i ludzi. Tradycyjnie otwierali ją liktorowie, niosący topory zawinięte w pęki rózeg — symbole ich władzy nad życiem i śmiercią. Za nimi całą szerokością ulicy waliła młódź rzymska konno lub pieszo, zależnie od urodzenia i majętności.
Kolorowo odziani młodzieńcy trzymali się dziarsko i prezentowali nader okazale. Ale przemarsz ich wśród zgromadzonych tłumów nie wywoływał specjalnego podniecenia. Również podążająca za nimi „dywizja rydwanów" wywołała więcej łoskotu na jezdni niż wrzawy na poboczach. Tłum wyraźnie oszczędzał gardła na powitanie swych ulubieńców, których było tylko patrzeć.
W rzeczy samej, jeszcze nie zamilkł turkot kół rydwanów niknących za zakrętem, a już od strony Wielkiego Cyrku dał się słyszeć miarowy, narastajacy odgłos kroków. Jeszcze tylko przemknął oddział kawalerzystów dosiadających białych jak mleko rumaków i już pojawili się prawdziwi gwiazdorzy areny — gladiatorzy.
Szli prowadzeni przez lenistów czyli „trenerów", podzieleni na specjalności. W „barwach klubowych" oddzielnie maszerowali retiarii, czyli sieciarze, „tak zwani — pisze Grzegorz Piramowicz — iż w sieci zajmowali głowę przeciwnika i wikłali go, za oręż trójzębnej włóczni zażywali", oddzielnie secutores, „przeciwko tym retiariom walczący, kiedy bez skutku sieciami zajmowani byli z pałaszem się za tamtymi uganiali". Oprócz nich w kolumnie gladiatorów (zwanych z polska niegdyś: wysiekaczami) dostrzec można było lekkozbrojnych Traków, cesarskich ulubieńców, których siłą była kocia zwinność i nieprawdopodobny wprost refleks. Trakowie, odziani w strój grecki i uzbrojeni w małe okrągłe tarcze, żyli najkrócej, ale cieszyli się największą popularnością.
Procesję gladiatorów otwierali tzw. andobaci (an-dobatae), „wysiekacze z zawiązanymi oczyma z koni się potykający" — jak pisze Piramowicz — zamykali zaś ciężkozbrojni hoplamachowie (hoplomacnii), potężne chłopy zakute od stóp do głów w żelazo i zasłonięte wielkimi tarczami. Ich uzbrojenie, dające im przewagę nad przeciwnikiem, było zarazem ich przekleństwem. Byli oni nieruchawi i mało zwrotni, toteż w pełnym słońcu, na rozprażonym piasku areny, częściej padali ze zmęczenia niż od ciosów miecza czy trójzęba.
Każde pojawienie się gladiatorów wywoływało objawy zbiorowej histerii, było bowiem w tych pierwszych w historii zawodowych sportowcach i mordercach zarazem coś, co bardzo silnie i celnie trafiało do podświadomości tłumu. Znamy — a jakże — kilka portretów ulubieńców rzymskiej publiczności; z mozaik przechowywanych dziś w Villa Borghese w Rzymie patrzą na nas osobnicy, jakby żywcem wyjęci z kartotek policyjnych. Wszyscy są do siebie niemal bliźniaczo podobni: z potężnych byczych karków wyrastają małe główki o niskich czołach i krótko przystrzyżonych włosach. Niektórych z tych „półbogów" znamy z imienia: Musclosus, Spiculus to były bożyszcza znane i uwielbiane w nie mniejszym stopniu niż championi współczesnego boksu. Nie bez kozery pewna inskrypcja z Pompejów nazywa tamtejszego idola areny: sospirium puellarum, czyli westchnienie dziewcząt.
I myślałby kto, że to krwawe rzemiosło było zajęciem wyłącznie męskim — nic podobnego: z Hali-karnasu w Azji Mniejszej pochodzi relief przedstawiający dwie niewiasty, uzbrojone po zęby i nacierające na siebie z iście kobiecą iurią.
Przejście gladiatorów oznaczało, iż procesja zbliża się do swego kulminacyjnego punktu. Istotnie, w chwilę potem zza zakrętu wyłoniły się potężne sylwetki słoni, które od czasów wojen z Hannibalem stanowiły „clou" każdej rzymskiej parady. Na inaugurację Koloseum Tytus sprowadził wyjątkowo dorodne słonie afrykańskie, toteż zgromadzonych ciarki przechodziły na myśl o tym, że niebawem — może za dwa dni lub nawet już jutro — te potwory zmierzą się na arenie z niedźwiedziami, żubrami, lwami, lampartami, no i z ludźmi oczywiście. Publiczność rzymska, ciekawa nowych wrażeń i nowych zwierząt, lubiła najpierw zobaczyć, jako owe „nowości" wyglądają, jak się poruszają, jak walczą, a na koniec — jak umierają. Po tryumfalnej paradzie wszystkich czworonożnych mieszkańców cesarstwa przed oczami gapiów przewaliła się w delirycznych pląsach, przy dźwiękach piszczałek i bębenków, kawalkada tancerzy, błaznów i kuglarzy. Potem uroczystość raz jeszcze zmieniła charakter, z jarmarcznej fety stając się znów uroczystością religijną — oto w majestacie najwyższych funkcji państwowych, otoczeni chmurą kadzidła pojawili się kapłani i kapłanki. Podzieleni na kolegia, w swych najlepszych szatach, szli lub płynęli ponad głowami tłumu, niesieni w lektykach pomiędzy wizerunkami bóstw opiekuńczych Rzymu i cesarstwa. Tuż za nimi dreptały „Panny Westalskie", kapłanki bogini Westy, dziewicze opiekunki świętego ognia, które otaczał tłum malowanych bądź rzeźbionych bogów, bożków, herosów i idoli. Zamykał tę kolumnę bóstw i ludzi jedyny żywy bóg w tym ruchomym Panteonie — cesarz Tytus Flawiusz, starszy syn zmarłego przed dwoma laty Wespazjana.
Kiedy jego lektyka, kołysząca się na barkach tragarzy, zniknęła w czarnym otworze vomitorium, aby po chwili wynurzyć się w rozświetlonej słońcem loży cesarskiej, na widowni podniósł się tumult nie do opisania. Z 80 tysięcy gardeł wydarł się ryk podobny do grzmotu, który z siłą huraganu trzykrotnie przetoczył się po amfiteatrze. Mury zatrzęsły się od tego wrzasku, a lniane velarium wydęło się jak żagiel. W tym momencie inauguracja się dokonała i lud podziękował Tytusowi za wspaniały podarek.
Trwające 100 dni inauguracyjne widowisko przyniosło zarazem szczyt popularności Tytusowi. Nigdy w ciągu swych dwuletnich rządów nie był on bardziej popularny. Po zakończeniu spektaklu cesarz był bankrutem, ale co tam — o inauguracji Koloseum długo opowiadano dziwy. Bogobojny i miłosierny cezar okazał się być wytrawnym znawcą okrucieństwa. W ułożonym przez niego programie znalazło się sto rodzajów umierania i sto jeden sposobów zabijania. Ów festiwal śmierci A.D. 81 zaczął się tradycyjnie jatką zwierząt: bestiarii, czyli zawodowi pogromcy, zajmujący się łowieniem w buszu i zabijaniem na arenie, zaszlachtowali kilkadziesiąt tysięcy zwierząt, sami również ścieląc się gęsto.
Odwrotnie niż publiczność hiszpańska, zakochana w corridzie i solowych pojedynkach ludzi ze zwierzętami, publiczność rzymska ceniła sobie dużo bardziej sceny zbiorowe, udramatyzowane na sposób teatralny. Na rzymskiej corridzie rolę torreadora odgrywało zwykle kilku lub kilkunastu bastariusów, którzy walczyli ze stadem złożonym z kilkunastu lwów, bawołów lub niedźwiedzi.
W modzie były również naiwniutkie scenki rodzajowe, noszące pozory autentyzmu, na przykład lew polujący w sztucznych zaroślach na antylopę lub lampart uganiający się za królikiem, który nie bardzo miał gdzie uciec. Reżyserzy tych spektakli lubowali się w przeróżnych smaczkach; w ambitnie ułożonym programie nie mogło — nie powinno — zabraknąć pojedynku człowieka z krokodylem lub powolnego konania lwa, króla zwierząt. W cenie były również epizody z udziałem słoni, których śmierć — porównywana tylko ze śmiercią człowieka — dostarczała widowni największej porcji wrażeń.
W antraktach wypełnianych podpisami orkiestry służba porządkowa uprzątała arenę. Padlinę niejadalną, tzn. pospołu ludzi i niektóre gatunki zwierząt, wrzucano do wielkich, głębokich dołów wykopanych tuż obok amfiteatru i zwanych „carnarii". Po osiemnastu stuleciach, gdy włoski archeolog Lanciani rozkopał jeden z takich rowów, smród, jaki podniósł się z głębi tych zbiorowych mogił ludzi i zwierząt, był tak nieznośny, iż nawet najodporniejsi robotnicy odmówili dalszej pracy.
Po uprzątnięciu trupów i padliny arenę posypywano świeżym piaskiem i starannie grabiono. Owe krótkie przerwy publiczność wykorzystywała na plotki, komentarze i przekąski. Można było wtedy zjeść drugie śniadanie, bądź darmowy podwieczorek lub jeszcze lepiej — jak radzi poeta — wykorzystać ten czas na... poderwanie jakiejś dziewczyny.
Nie ma bowiem stosowniejszego momentu na zawarcie nowej znajomości niż „pauza" w Koloseum. Najlepiej poprosić samotną niewiastę o pozwolenie zerknięcia w program, upewniwszy się pierwej, że dziewczyna takowy posiada. Potem już swobodniej można zacząć rozmowę na dowolny temat: a to, że velarium już przetarte jak sito, a w vomitoriach smród jak w kloace, a to że gladiatorzy dzisiaj jacyś leniwi, a zwierzęta ospałe. Można też było pozwolić sobie na jakąś kąśliwą uwagę pod adresem fryzury cesarzowej lub rogów dowódcy pretorianów (wszak jesteśmy we Włoszech).
Dźwięk trąby oznaczał koniec przerwy. Następowała teraz chwila wyczekującej ciszy i za moment zrywał się wrzask nie do opisania, bo oto na arenę dwójkami wchodzili dziarsko gladiatorzy, robili rundę honorową, posyłali pokłony i całusy, zatrzymując się dopiero przed lożą cesarską, gdzie padało z ich ust sakramentalne: Ave Caesar imperator, morituri te salutant (Bądź zdrów cesarzu imperatorze, pozdrawiają cię mający umrzeć). Widowisko rozpoczynał osobiście cesarz; schodził na arenę, by sprawdzić ostrość mieczy (tzw. probatio armorum). Miało to zapobiec częstym mistyfikacjom, markowaniu walki, ustalaniu z góry zwycięzców i pokonanych, czyli jak to się dzisiaj mówi: „sprzedawaniu walk". Bywało bowiem, że gladiatorzy zmawiali się przed zawodami ustalając, że będą się oszczędzać stosując tępe miecze, fingowane uderzenia i niedozwolone uniki. Cesarz, który osobiście sprawdzał broń, występował więc w roli sędziego jego werdykt był dla widowni gwarancją, iż pojedynki będą „serio" i że wszystko odbędzie się be lipy, tzn. trup padnie gęsto i zwyciężą naprawdę najlepsi.
Przebiegu samych walk doglądali już fechmistrze cesarscy. Nie wiemy, jakie były ich kompetencje, ale zapewne baczyli oni, aby widowisko z jednej strony było atrakcyjne i krwawe, z drugiej zaś walki przebiegały zgodnie z regulaminem.
Najbardziej jednak nieprawdopodobne jest, iż urządził to widowisko człowiek łagodny i bogobojny, Cesarz Tytus, „amor et deliciae generis humani" człowiek wielkiego miłosierdzia, który ilekroć zdarzyło mu się nie uczynić za dnia żadnego dobrego uczynku, pod wieczór biadolił: „Diem perdidi", czyli „Dzień straciłem". Kronikarze jego panowania milczą głucho: czy owe sto dni w Amfiteatrze uznał on za stracone czy też nie.
Inauguracyjna hekatomba zaczęła się z samego rana barwnym korowodem przypominającym defiladę wojskową, procesję religijną i przemarsz cyrku zarazem. Przez kilka godzin Świętą Drogą płynęła kawalkada zwierząt i ludzi. Tradycyjnie otwierali ją liktorowie, niosący topory zawinięte w pęki rózeg — symbole ich władzy nad życiem i śmiercią. Za nimi całą szerokością ulicy waliła młódź rzymska konno lub pieszo, zależnie od urodzenia i majętności.
Kolorowo odziani młodzieńcy trzymali się dziarsko i prezentowali nader okazale. Ale przemarsz ich wśród zgromadzonych tłumów nie wywoływał specjalnego podniecenia. Również podążająca za nimi „dywizja rydwanów" wywołała więcej łoskotu na jezdni niż wrzawy na poboczach. Tłum wyraźnie oszczędzał gardła na powitanie swych ulubieńców, których było tylko patrzeć.
W rzeczy samej, jeszcze nie zamilkł turkot kół rydwanów niknących za zakrętem, a już od strony Wielkiego Cyrku dał się słyszeć miarowy, narastajacy odgłos kroków. Jeszcze tylko przemknął oddział kawalerzystów dosiadających białych jak mleko rumaków i już pojawili się prawdziwi gwiazdorzy areny — gladiatorzy.
Szli prowadzeni przez lenistów czyli „trenerów", podzieleni na specjalności. W „barwach klubowych" oddzielnie maszerowali retiarii, czyli sieciarze, „tak zwani — pisze Grzegorz Piramowicz — iż w sieci zajmowali głowę przeciwnika i wikłali go, za oręż trójzębnej włóczni zażywali", oddzielnie secutores, „przeciwko tym retiariom walczący, kiedy bez skutku sieciami zajmowani byli z pałaszem się za tamtymi uganiali". Oprócz nich w kolumnie gladiatorów (zwanych z polska niegdyś: wysiekaczami) dostrzec można było lekkozbrojnych Traków, cesarskich ulubieńców, których siłą była kocia zwinność i nieprawdopodobny wprost refleks. Trakowie, odziani w strój grecki i uzbrojeni w małe okrągłe tarcze, żyli najkrócej, ale cieszyli się największą popularnością.
Procesję gladiatorów otwierali tzw. andobaci (an-dobatae), „wysiekacze z zawiązanymi oczyma z koni się potykający" — jak pisze Piramowicz — zamykali zaś ciężkozbrojni hoplamachowie (hoplomacnii), potężne chłopy zakute od stóp do głów w żelazo i zasłonięte wielkimi tarczami. Ich uzbrojenie, dające im przewagę nad przeciwnikiem, było zarazem ich przekleństwem. Byli oni nieruchawi i mało zwrotni, toteż w pełnym słońcu, na rozprażonym piasku areny, częściej padali ze zmęczenia niż od ciosów miecza czy trójzęba.
Każde pojawienie się gladiatorów wywoływało objawy zbiorowej histerii, było bowiem w tych pierwszych w historii zawodowych sportowcach i mordercach zarazem coś, co bardzo silnie i celnie trafiało do podświadomości tłumu. Znamy — a jakże — kilka portretów ulubieńców rzymskiej publiczności; z mozaik przechowywanych dziś w Villa Borghese w Rzymie patrzą na nas osobnicy, jakby żywcem wyjęci z kartotek policyjnych. Wszyscy są do siebie niemal bliźniaczo podobni: z potężnych byczych karków wyrastają małe główki o niskich czołach i krótko przystrzyżonych włosach. Niektórych z tych „półbogów" znamy z imienia: Musclosus, Spiculus to były bożyszcza znane i uwielbiane w nie mniejszym stopniu niż championi współczesnego boksu. Nie bez kozery pewna inskrypcja z Pompejów nazywa tamtejszego idola areny: sospirium puellarum, czyli westchnienie dziewcząt.
I myślałby kto, że to krwawe rzemiosło było zajęciem wyłącznie męskim — nic podobnego: z Hali-karnasu w Azji Mniejszej pochodzi relief przedstawiający dwie niewiasty, uzbrojone po zęby i nacierające na siebie z iście kobiecą iurią.
Przejście gladiatorów oznaczało, iż procesja zbliża się do swego kulminacyjnego punktu. Istotnie, w chwilę potem zza zakrętu wyłoniły się potężne sylwetki słoni, które od czasów wojen z Hannibalem stanowiły „clou" każdej rzymskiej parady. Na inaugurację Koloseum Tytus sprowadził wyjątkowo dorodne słonie afrykańskie, toteż zgromadzonych ciarki przechodziły na myśl o tym, że niebawem — może za dwa dni lub nawet już jutro — te potwory zmierzą się na arenie z niedźwiedziami, żubrami, lwami, lampartami, no i z ludźmi oczywiście. Publiczność rzymska, ciekawa nowych wrażeń i nowych zwierząt, lubiła najpierw zobaczyć, jako owe „nowości" wyglądają, jak się poruszają, jak walczą, a na koniec — jak umierają. Po tryumfalnej paradzie wszystkich czworonożnych mieszkańców cesarstwa przed oczami gapiów przewaliła się w delirycznych pląsach, przy dźwiękach piszczałek i bębenków, kawalkada tancerzy, błaznów i kuglarzy. Potem uroczystość raz jeszcze zmieniła charakter, z jarmarcznej fety stając się znów uroczystością religijną — oto w majestacie najwyższych funkcji państwowych, otoczeni chmurą kadzidła pojawili się kapłani i kapłanki. Podzieleni na kolegia, w swych najlepszych szatach, szli lub płynęli ponad głowami tłumu, niesieni w lektykach pomiędzy wizerunkami bóstw opiekuńczych Rzymu i cesarstwa. Tuż za nimi dreptały „Panny Westalskie", kapłanki bogini Westy, dziewicze opiekunki świętego ognia, które otaczał tłum malowanych bądź rzeźbionych bogów, bożków, herosów i idoli. Zamykał tę kolumnę bóstw i ludzi jedyny żywy bóg w tym ruchomym Panteonie — cesarz Tytus Flawiusz, starszy syn zmarłego przed dwoma laty Wespazjana.
Kiedy jego lektyka, kołysząca się na barkach tragarzy, zniknęła w czarnym otworze vomitorium, aby po chwili wynurzyć się w rozświetlonej słońcem loży cesarskiej, na widowni podniósł się tumult nie do opisania. Z 80 tysięcy gardeł wydarł się ryk podobny do grzmotu, który z siłą huraganu trzykrotnie przetoczył się po amfiteatrze. Mury zatrzęsły się od tego wrzasku, a lniane velarium wydęło się jak żagiel. W tym momencie inauguracja się dokonała i lud podziękował Tytusowi za wspaniały podarek.
Trwające 100 dni inauguracyjne widowisko przyniosło zarazem szczyt popularności Tytusowi. Nigdy w ciągu swych dwuletnich rządów nie był on bardziej popularny. Po zakończeniu spektaklu cesarz był bankrutem, ale co tam — o inauguracji Koloseum długo opowiadano dziwy. Bogobojny i miłosierny cezar okazał się być wytrawnym znawcą okrucieństwa. W ułożonym przez niego programie znalazło się sto rodzajów umierania i sto jeden sposobów zabijania. Ów festiwal śmierci A.D. 81 zaczął się tradycyjnie jatką zwierząt: bestiarii, czyli zawodowi pogromcy, zajmujący się łowieniem w buszu i zabijaniem na arenie, zaszlachtowali kilkadziesiąt tysięcy zwierząt, sami również ścieląc się gęsto.
Odwrotnie niż publiczność hiszpańska, zakochana w corridzie i solowych pojedynkach ludzi ze zwierzętami, publiczność rzymska ceniła sobie dużo bardziej sceny zbiorowe, udramatyzowane na sposób teatralny. Na rzymskiej corridzie rolę torreadora odgrywało zwykle kilku lub kilkunastu bastariusów, którzy walczyli ze stadem złożonym z kilkunastu lwów, bawołów lub niedźwiedzi.
W modzie były również naiwniutkie scenki rodzajowe, noszące pozory autentyzmu, na przykład lew polujący w sztucznych zaroślach na antylopę lub lampart uganiający się za królikiem, który nie bardzo miał gdzie uciec. Reżyserzy tych spektakli lubowali się w przeróżnych smaczkach; w ambitnie ułożonym programie nie mogło — nie powinno — zabraknąć pojedynku człowieka z krokodylem lub powolnego konania lwa, króla zwierząt. W cenie były również epizody z udziałem słoni, których śmierć — porównywana tylko ze śmiercią człowieka — dostarczała widowni największej porcji wrażeń.
W antraktach wypełnianych podpisami orkiestry służba porządkowa uprzątała arenę. Padlinę niejadalną, tzn. pospołu ludzi i niektóre gatunki zwierząt, wrzucano do wielkich, głębokich dołów wykopanych tuż obok amfiteatru i zwanych „carnarii". Po osiemnastu stuleciach, gdy włoski archeolog Lanciani rozkopał jeden z takich rowów, smród, jaki podniósł się z głębi tych zbiorowych mogił ludzi i zwierząt, był tak nieznośny, iż nawet najodporniejsi robotnicy odmówili dalszej pracy.
Po uprzątnięciu trupów i padliny arenę posypywano świeżym piaskiem i starannie grabiono. Owe krótkie przerwy publiczność wykorzystywała na plotki, komentarze i przekąski. Można było wtedy zjeść drugie śniadanie, bądź darmowy podwieczorek lub jeszcze lepiej — jak radzi poeta — wykorzystać ten czas na... poderwanie jakiejś dziewczyny.
Nie ma bowiem stosowniejszego momentu na zawarcie nowej znajomości niż „pauza" w Koloseum. Najlepiej poprosić samotną niewiastę o pozwolenie zerknięcia w program, upewniwszy się pierwej, że dziewczyna takowy posiada. Potem już swobodniej można zacząć rozmowę na dowolny temat: a to, że velarium już przetarte jak sito, a w vomitoriach smród jak w kloace, a to że gladiatorzy dzisiaj jacyś leniwi, a zwierzęta ospałe. Można też było pozwolić sobie na jakąś kąśliwą uwagę pod adresem fryzury cesarzowej lub rogów dowódcy pretorianów (wszak jesteśmy we Włoszech).
Dźwięk trąby oznaczał koniec przerwy. Następowała teraz chwila wyczekującej ciszy i za moment zrywał się wrzask nie do opisania, bo oto na arenę dwójkami wchodzili dziarsko gladiatorzy, robili rundę honorową, posyłali pokłony i całusy, zatrzymując się dopiero przed lożą cesarską, gdzie padało z ich ust sakramentalne: Ave Caesar imperator, morituri te salutant (Bądź zdrów cesarzu imperatorze, pozdrawiają cię mający umrzeć). Widowisko rozpoczynał osobiście cesarz; schodził na arenę, by sprawdzić ostrość mieczy (tzw. probatio armorum). Miało to zapobiec częstym mistyfikacjom, markowaniu walki, ustalaniu z góry zwycięzców i pokonanych, czyli jak to się dzisiaj mówi: „sprzedawaniu walk". Bywało bowiem, że gladiatorzy zmawiali się przed zawodami ustalając, że będą się oszczędzać stosując tępe miecze, fingowane uderzenia i niedozwolone uniki. Cesarz, który osobiście sprawdzał broń, występował więc w roli sędziego jego werdykt był dla widowni gwarancją, iż pojedynki będą „serio" i że wszystko odbędzie się be lipy, tzn. trup padnie gęsto i zwyciężą naprawdę najlepsi.
Przebiegu samych walk doglądali już fechmistrze cesarscy. Nie wiemy, jakie były ich kompetencje, ale zapewne baczyli oni, aby widowisko z jednej strony było atrakcyjne i krwawe, z drugiej zaś walki przebiegały zgodnie z regulaminem.