"Śledziarz" buduje amfiteatr
Tytusa Flawiusza Wespazjana w ciągu całego życia opatrzność opuściła tylko na jedną krótką chwilę, aby potem co rychlej obsypać go dowodami łaski.
Ten niebezpieczny incydent przydarzył mu się w roku 66 n.e., kiedy to towarzysząc Neronowi w podróży po Grecji pozwolił sobie na dużą nieostrożność: zasnął w odeonie w trakcie popisów śpiewaczych cesarza. Możemy łatwo sobie wyobrazić tę scenę: najpierw chrapanie Wespazjana, potem aria przerwana w połowie, moment przebudzenia z drzemki, wściekły wzrok Nerona i struchlałe spojrzenia dworaków. Nieszczęśnik przeżył jednak ten epizod. Popadł wprawdzie w głęboką niełaskę ale — co najważniejsze — ocalił życie. Koniec końców skończyło się to wszystko łagodnym wymiarem kary: cesarz zesłał go na rzymski „front wschodni", czyli do Judei, gdzie właśnie wybuchło kolejne powstanie żydowskie.
Wespazjan, syn poborcy podatkowego, jeszcze za- i nim został cesarzem poznał potęgę pieniądza. Lubił grosz i — co tu dużo mówić — umiał się o niego troszczyć. Zyskawszy władzę opodatkował nawet latryny miejskie, a swemu synowi, który zżymał się mówiąc, iż nie przystoi to władcy świata, podetknął pod nos garść miedziaków i zapytał: „Czy one śmierdzą?". Ano, nie śmierdzą, co w wersji łacińskiej — „pecunia non olet" — stało się światowym porzekadłem, ulubionym przez wszystkich łapowników i dusigroszy.
Aż dziw bierze, ale to właśnie ten sknera zafundował Rzymowi najkosztowniejszy podarunek, jaki Wieczne Miasto kiedykolwiek otrzymało: amfiteatr na blisko 80 tysięcy ludzi, nazwany na cześć Wespazjana i jego dwóch synów, noszących rodowe imię Flawiuszów — Amphiteatrum Flavium.
Przez całe swoje życie Wespazjan ciułał pieniądze i budował, budował — jak szalony; między innymi podźwignął z ruin spalony przez Nerona Kapitol, osobiście wnosząc na święte wzgórze pierwszy kosz cegieł. W roku 72 n.e., w którym po raz pierwszy i ostatni w życiu splamił się śmiercią człowieka, zapoczątkował dzieło niesłychane, którego widoczne rozmiary nie dają pełnego wyobrażenia o pracach niewidzialnych — na środku sadzawki (Stagna Neronis) należącej niegdyś do wyposażenia Złotego Domu Nerona polecił wznieść amfiteatr blisko 200 metrów długi, 150 metrów szeroki i 50 metrów wysoki.
Do budowy amfiteatru na miarę Rzymu — stolicy świata, przymierzali się po kolei wszyscy poprzednicy Wespazjana: August zamówił był nawet plany, ale nie rozpoczął robót, Kaligula zaczął budować, ale wnet zaprzestał, woląc wydawać pieniądze w przyjemniejszy sposób, Neron zaś, koniec końców, musiał — z braku środków — zadowolić się amfiteatrem drewnianym. Tego, czego nie udało się dokonać cezarom z najświetniejszych rodów, dokonał on — Wespazjan, syn lichwiarza, człek niskiego stanu, co gorsza, szczycący się marnością swego pochodzenia, który pewnego dnia o mały włos nie pękł ze śmiechu, gdy któryś pochlebca próbował go przekonać, że ród Flawiuszów wywodzi się od mitycznego Flawiusza, przyjaciela samego Herkulesa...
Miał Wespazjan, jak żaden inny rzymski cezar, poczucie absurdu, imperialnej pompy i bzdury na wszystko, co działo się wokół niego, patrzył z mądrym i wyrozumiałym przymrużeniem oka. Wszak to on właśnie w czasie tryumfu zorganizowanego specjalnie na jego cześć po prostu... usnął, a pompa trwała nadal, tylko odrobinę ciszej.
Trudno powiedzieć, żeby był władcą lubianym. Mieszkańcy Aleksandrii z powodu jego skąpstwa zwali go pogardliwie ,,śledziarzem", inni jeszcze gorzej. I cóż z tego, że żydowski kronikarz i imiennik zarazem, Józef Flawiusz, uznał w końcu Wespazjana za oczekiwanego Mesjasza — w niczym to już nie zmieniło negatywnego obrazu cesarza u współczesnych i potomnych.
Nienawidziły go wszystkie warstwy (z wyjątkiem może tej najniższej) za to, że wyciskał ostatni grosz, że wykazywał nadludzką pomysłowość w wynajdywaniu nowych podatków. Szczyt jego niepopularności wypadł wtedy, gdy ścisnął cesarstwo jak gąbkę, aby wydusić zeń pieniądze na pomnik swego życia — Amfiteatr. Strużka pieniędzy, która rychło przemieniła się w rzekę, popłynęła w kierunku sadzawki Nerona. Samo osuszenie terenu i wykopanie fundamentów kosztowało majątek, a przecież była to ledwie przygrywka i strojenie instrumentów przed uwerturą wydatków, jaka się miała wnet rozpocząć. Koszty tego przedsięwzięcia rosły wraz z jego budową, albowiem w starożytności, podobnie jak dziś, budowlani nigdy nie mogli poprzestać na pierwotnych kosztorysach.
Ten niebezpieczny incydent przydarzył mu się w roku 66 n.e., kiedy to towarzysząc Neronowi w podróży po Grecji pozwolił sobie na dużą nieostrożność: zasnął w odeonie w trakcie popisów śpiewaczych cesarza. Możemy łatwo sobie wyobrazić tę scenę: najpierw chrapanie Wespazjana, potem aria przerwana w połowie, moment przebudzenia z drzemki, wściekły wzrok Nerona i struchlałe spojrzenia dworaków. Nieszczęśnik przeżył jednak ten epizod. Popadł wprawdzie w głęboką niełaskę ale — co najważniejsze — ocalił życie. Koniec końców skończyło się to wszystko łagodnym wymiarem kary: cesarz zesłał go na rzymski „front wschodni", czyli do Judei, gdzie właśnie wybuchło kolejne powstanie żydowskie.
Wespazjan, syn poborcy podatkowego, jeszcze za- i nim został cesarzem poznał potęgę pieniądza. Lubił grosz i — co tu dużo mówić — umiał się o niego troszczyć. Zyskawszy władzę opodatkował nawet latryny miejskie, a swemu synowi, który zżymał się mówiąc, iż nie przystoi to władcy świata, podetknął pod nos garść miedziaków i zapytał: „Czy one śmierdzą?". Ano, nie śmierdzą, co w wersji łacińskiej — „pecunia non olet" — stało się światowym porzekadłem, ulubionym przez wszystkich łapowników i dusigroszy.
Aż dziw bierze, ale to właśnie ten sknera zafundował Rzymowi najkosztowniejszy podarunek, jaki Wieczne Miasto kiedykolwiek otrzymało: amfiteatr na blisko 80 tysięcy ludzi, nazwany na cześć Wespazjana i jego dwóch synów, noszących rodowe imię Flawiuszów — Amphiteatrum Flavium.
Przez całe swoje życie Wespazjan ciułał pieniądze i budował, budował — jak szalony; między innymi podźwignął z ruin spalony przez Nerona Kapitol, osobiście wnosząc na święte wzgórze pierwszy kosz cegieł. W roku 72 n.e., w którym po raz pierwszy i ostatni w życiu splamił się śmiercią człowieka, zapoczątkował dzieło niesłychane, którego widoczne rozmiary nie dają pełnego wyobrażenia o pracach niewidzialnych — na środku sadzawki (Stagna Neronis) należącej niegdyś do wyposażenia Złotego Domu Nerona polecił wznieść amfiteatr blisko 200 metrów długi, 150 metrów szeroki i 50 metrów wysoki.
Do budowy amfiteatru na miarę Rzymu — stolicy świata, przymierzali się po kolei wszyscy poprzednicy Wespazjana: August zamówił był nawet plany, ale nie rozpoczął robót, Kaligula zaczął budować, ale wnet zaprzestał, woląc wydawać pieniądze w przyjemniejszy sposób, Neron zaś, koniec końców, musiał — z braku środków — zadowolić się amfiteatrem drewnianym. Tego, czego nie udało się dokonać cezarom z najświetniejszych rodów, dokonał on — Wespazjan, syn lichwiarza, człek niskiego stanu, co gorsza, szczycący się marnością swego pochodzenia, który pewnego dnia o mały włos nie pękł ze śmiechu, gdy któryś pochlebca próbował go przekonać, że ród Flawiuszów wywodzi się od mitycznego Flawiusza, przyjaciela samego Herkulesa...
Miał Wespazjan, jak żaden inny rzymski cezar, poczucie absurdu, imperialnej pompy i bzdury na wszystko, co działo się wokół niego, patrzył z mądrym i wyrozumiałym przymrużeniem oka. Wszak to on właśnie w czasie tryumfu zorganizowanego specjalnie na jego cześć po prostu... usnął, a pompa trwała nadal, tylko odrobinę ciszej.
Trudno powiedzieć, żeby był władcą lubianym. Mieszkańcy Aleksandrii z powodu jego skąpstwa zwali go pogardliwie ,,śledziarzem", inni jeszcze gorzej. I cóż z tego, że żydowski kronikarz i imiennik zarazem, Józef Flawiusz, uznał w końcu Wespazjana za oczekiwanego Mesjasza — w niczym to już nie zmieniło negatywnego obrazu cesarza u współczesnych i potomnych.
Nienawidziły go wszystkie warstwy (z wyjątkiem może tej najniższej) za to, że wyciskał ostatni grosz, że wykazywał nadludzką pomysłowość w wynajdywaniu nowych podatków. Szczyt jego niepopularności wypadł wtedy, gdy ścisnął cesarstwo jak gąbkę, aby wydusić zeń pieniądze na pomnik swego życia — Amfiteatr. Strużka pieniędzy, która rychło przemieniła się w rzekę, popłynęła w kierunku sadzawki Nerona. Samo osuszenie terenu i wykopanie fundamentów kosztowało majątek, a przecież była to ledwie przygrywka i strojenie instrumentów przed uwerturą wydatków, jaka się miała wnet rozpocząć. Koszty tego przedsięwzięcia rosły wraz z jego budową, albowiem w starożytności, podobnie jak dziś, budowlani nigdy nie mogli poprzestać na pierwotnych kosztorysach.